Newsroom Wiadomości Najciekawsze Komiksy Tematy RSS
Wiadomość pozostałe 19 kwietnia 2020, 15:00

Crysis Remastered przypomniał mi, że żyjemy w epoce nostalgii - i mam z tym problem. Felieton

Powrót Crysisa przypomniał mi nie to, że był to świetny FPS (bo akurat nigdy nie zapałałem miłością do tego cyklu), tylko że żyjemy w czasach, którymi rządzi nostalgia. A do tego mam mieszany stosunek.

Tak, tak, gra, która paliła nasze pecety i do dziś wygląda fenomenalnie, powraca – i to nie tylko na blaszaki, ale również na konsole. Co więcej, pojawi się nawet na niezbyt mocnym Switchu – ot, znak czasów, namacalny dowód rozwoju technologicznego. Mnie jednak Crysis Remastered przypomniał, że granie na nostalgii to najlepszy sposób na podbicie serc graczy. I że mam z tym jakiś problem.

Weźmy największe premiery tego roku. Dopiero co mogliśmy powrócić do przygód Clouda Strife’a w 23-letniej opowieści, jaką jest Final Fantasy VII. Chwilę wcześniej wcieliliśmy się w Jill Valentine, żeby ponownie zmierzyć się z przerażającym Nemesis, zmutowanym bossem z Resident Evil 3 – gry, która ma 21 lat. Na przestrzeni tych paru miesięcy 2020 roku pokonaliśmy też demony w nowej odsłonie kultowego Dooma (seria niedługo dobije trzydziestki), a także ponownie odwiedziliśmy City 17 z nie mniej kultowego Half-Life’a (znowu – 22 lata na karku). Blizzard w styczniu odświeżył 18-letniego WarCrafta III, a Nintendo w marcu dogodziło nam nowym Animal Crossing (18 lat cyklu na rynku). Nawet świeże Call of Duty: Warzone ma 17 lat gamingowej historii w metryce. Najmłodszym hitem początku roku jest Mount & Blade 2, którego korzenie sięgają „raptem” dwanaście lat wstecz. Całkiem możliwe, że te gry (lub ich korzenie) są starsze niż większość osób, które po nie dzisiaj sięga…

Oczywiście, co rusz debiutują i nowe marki. Valorant, NiOh 2 (raptem druga odsłona stosunkowo nowej serii) czy nadchodzące Ghost of Tsushima nie mogą jednak przysłonić faktu, że żyjemy w czasach, w których „cyferka” w tytule gry, filmu czy nawet książki to obowiązkowy standard (kiedy ostatni raz znaleźliście w księgarni powieść fantasy czy science fiction, która nie jest częścią cyklu?). Zastanawialiśmy się niedawno w GRYOnline.pl, czy duzi wydawcy faktycznie boją się eksperymentów – i wyszło nam, że tak. Nie powinno to jednak dziwić. Odwoływanie się do kultowych marek i sprawdzonych rozwiązań daje po prostu większą szansę na zwrot wielomilionowych inwestycji, jakimi są dzisiejsze gry AAA.

Nie będę ukrywał – sam regularnie wpadam w pułapkę nostalgii. Zakochałem się w Stranger Things, właśnie gram w Final Fantasy VII Remake, a jak słyszę, że wróci Baldur’s Gate (jedna z ukochanych gier mojego dzieciństwa), to przyspiesza mi tętno. Tak to już z nami, ludźmi jest – najbardziej lubimy melodie, które już znamy. Cieszę się więc na te wszystkie powroty, ale i zarazem smucę, bo zajmują one miejsce nowym markom. A w zeszłym roku to właśnie one przyniosły najwięcej świeżości w naszej zdominowanej przez plagę remake’ów czy kontynuacji branży. Death Stranding, Disco Elysium, Control bądź Apex Legends to były perły 2019 roku – i chciałbym, żebyśmy mieli więcej tego typu świeżych doświadczeń. Więcej odważnych nowości, a mniej bezpiecznych kontynuacji. Niestety, obawiam się, że to pobożne życzenie.

Ostatnia aktualizacja: 2020-04-19

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz otrzymywać go przed wszystkimi, zapisz się do naszego newslettera.