Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 12 lutego 2007, 16:03

autor: Krzysztof Gonciarz

Crackdown - recenzja gry

Słyszeliście? Do bety Halo 3 dają jakąś grę! Nie zmienia to jednak faktu, że Crackdown nie jest grą złą.

Recenzja powstała na bazie wersji X360.

Zdania są cokolwiek podzielone. Jedni twierdzą, że akcja marketingowa Microsoftu, która wiąże się z dołączaniem do Crackdowna bety Halo 3, to próba ratowania zgoła chybionej inwestycji w produkcję tego tytułu. Z drugiej jednak strony pojawiają się opinie, jakoby wszystko było z debiutem Real Time Worlds w całkowitym porządku, a cały ambaras miał być po prostu sprytną zagrywką reklamową. Jaka jest prawda? Bliskie spotkanie grającego stopnia z retailową wersją dzieła Szkotów udowadnia, że więcej racji mieli ci drudzy. Crackdown nie jest bowiem grą złą. A okazję się o tym przekonać miałem niejako na raty: zanim ostatecznie zmierzyłem się z płytką w domowych pieleszach, dane mi było odwiedzić siedzibę developerów w niewielkim miasteczku opodal Edynburga o wdzięcznej nazwie Dundee, gdzie nad przebiegiem mojej kilkugodzinnej partyjki czuwali wybrani programiści i managerowie.

Panowie po bokach zrobili Crackdowna. Pan pośrodku zrecenzował go.

Śmieszna to sytuacja, gdy w czasie testowania gry wisi nad ramieniem dwóch członków zespołu ją tworzącego i komentuje zaplecze technologiczne każdego, najmniejszego szczegółu. Jakkolwiek trudnego i abstrakcyjnego pytania by się nie wymyśliło, ci goście znają na nie odpowiedź, heh. Niewątpliwie dobry był to punkt wyjścia do zaznajomienia się z tytułem, co chyba nazbyt skutecznie udowodniłem przechodząc w ciągu tych dwóch godzin bez mała jedną trzecią gry. „This guy’s a freaking demon!” – szeptali sobie za moimi plecami, nieco bezradnie patrząc na moje mimowolne próby umniejszenia skali ich przedsięwzięcia. Ale żeby nie było, że taki ze mnie słowiański Belzebub, zaplanowany na późniejszą część prezentacji turniej time triala przegrałem z kretesem, przeciwstawiając swe nędzne 14 minut na pokonanie bossa 2 minutom jakiegoś dziennikarza o latynoskich rysach. Szampana przewaliłem, ale co zobaczyłem, to zobaczyłem. Grało się dobrze, jednak myśl o niesmacznie szybkim przebrnięciu przez spory kawał rozgrywki nie dawała mi spokoju. Gdy po ponad tygodniowej przerwie usiadłem przed redakcyjną konsolą, by dokończyć dzieła zniszczenia, obawy okazały się słuszne. Jak na tytuł garściami czerpiący z rockstarowego dziedzictwa, Crackdown jest wyjątkowo płytki.

Ideą przewodnią tej produkcji jest postawienie gracza w roli policjanta-superbohatera, genetycznie podrasowanego klona, którego celem jest oczyszczenie miasta (Pacific City) z trzech dominujących w nim gangów. Poza obdarzeniem nas nadludzkimi mocami oraz zmuszeniem do stania po stronie dobra, cała otoczka to taki standardowy third-personowy symulatorek życia miejskiego. Chodzimy po metropolii, strzelamy do bandziorów, wyrywamy kierowców z samochodów za fraki, rozbijamy się na lewo i prawo, siejąc strach i pożogę. Lajcik i szara codzienność. Pierwszym, co zwraca uwagę po zabraniu się za grę, jest brak misji jako takich. Żadnych markerów na mapie wskazujących zleceniodawcę, cut-scenek z udziałem głównego bohatera, czy fabuły w ogóle (!). W zasadzie to z miejsca rzucani jesteśmy po prostu w ferwor akcji, a naszym zadaniem jest wyeliminowanie kilku głównych działaczy każdego gangu, po czym dobranie się do samego bossa. Kolejność wykonywania działań dowolna; jeśli czujesz się na siłach, teoretycznie możesz od razu ruszać na najlepiej strzeżony drapacz chmur w mieście. Szanse powodzenia masz jednak bliskie zeru. Było nie było, takie podejście jest bardzo słuszne – żadnych sztucznych ograniczeń, remontowanych mostów czy niewidzialnych ścian. Jeśli chcesz, działaj, tylko potem nie płacz, że ktoś cię oskalpował po drodze.

Recenzja gry Minecraft: Dungeons – prawie jak Diablo, tylko dla dzieci
Recenzja gry Minecraft: Dungeons – prawie jak Diablo, tylko dla dzieci

Recenzja gry

Zupełnie nowy Minecraft to posiadający niewiele wspólnego z oryginałem hack’n’slash. Przelotny romans Mojanga okazał się całkiem udany, ale równocześnie pozostawił pewien niedosyt, przez który z tego związku raczej dzieci nie będzie.

Recenzja gry Resident Evil 3 – Mr. X był ledwie rozgrzewką
Recenzja gry Resident Evil 3 – Mr. X był ledwie rozgrzewką

Recenzja gry

Resident Evil 3 to na pierwszy rzut oka więcej tego samego co w zeszłorocznym RE2 Remake. Nemezis tkwi jednak w szczegółach.

Recenzja Half-Life: Alyx – najlepsza gra, w którą nigdy nie zagracie
Recenzja Half-Life: Alyx – najlepsza gra, w którą nigdy nie zagracie

Recenzja gry

Half-Life to jedna z najważniejszych serii, która na zawsze zmieniła oblicze gier wideo. Alyx zaś to nie tylko jedna z najlepszych gier na VR, w jakie grałem. To jedna z najlepszych gier, w jakie w ogóle grałem!