Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Elden Ring Recenzja gry

Recenzja gry 1 marca 2022, 15:50

autor: Karol Laska

Recenzja gry Elden Ring - otwarty świat śmierci wart

Dark Souls… Dark Souls nigdy się nie zmienia. Czy aby na pewno? Bo choć Elden Ring czerpie garściami z dokonań i mechanik swoich poprzedników, to zawiera wiele nowości – w tym tę jedną, monumentalną, nazywaną otwartym światem. Bolesnym jak nigdy.

Recenzja powstała na bazie wersji PS5. Dotyczy również wersji XSX, PS4, XONE

PLUSY:
  1. ogromny otwarty świat aż proszący się o dokładną eksplorację, z potencjałem na stanie się kultowym;
  2. pełna dowolność działania i kierunek podróżowania z pominięciem popularnych w dzisiejszych czasach pytajników na mapie;
  3. sprawdzony system walki z Dark Souls wzbogacony o ataki z wyskoku i finishery znane z Sekiro oraz ruchy specjalne;
  4. zapierająca dech w piersiach gotycka architektura, prezentująca się jeszcze lepiej przy zachodach słońca;
  5. pozytywnie pieprznięty, znamienny dla gier FromSoftware, design przeciwników – w tym głównych bossów;
  6. angażująca fabuła łącząca mroczną wyobraźnię Miyazakiego z przygodowo-fantastycznym sznytem Martina;
  7. szereg świeżych mikromechanik, które nie zaburzają wysokiego poziomu trudności, ale uprzyjemniają rozgrywkę;
  8. Struga (nasz koń) to nie byle Płotka – jazda na niej to prawdziwa przyjemność!
MINUSY:
  1. sporadyczne problemy z płynnością na PlayStation 5 – i w trybie jakości, i w trybie wydajności;
  2. doczytujące się tekstury trawy przed moimi oczyma;
  3. momentami zauważalny recykling dungeonów i przeciwników – z niektórymi bossami walczy się po 3–4 razy.

„Nie żyjesz”. Muszę wyznać, że trochę stęskniłem się za tym wielkim czerwonym napisem, któremu zawsze towarzyszy powoli zanikający mistyczny dźwięk kojarzący się z wniebo- albo wpiekłowstąpieniem (niepotrzebne skreślić). Elden Ring pozwolił mi więc oglądać go ponownie wiele, wiele razy. Na tyle często, że chwilami zaczynałem wątpić w dalszy sens mojej tułaczki do Złotego Drzewa po miano Eldeńskiego Władcy. Wspomniany komunikat towarzyszył mi głównie podczas starć z bezlitosnymi bossami, ale zdarzało się, że całkowicie zapominałem o jego istnieniu, bo... nie ginąłem. Zamiast tego przyglądałem się zachodowi słońca, eksplorowałem, ile sił w nogach i kopytach, przeczesywałem każde ruiny i starałem się rozwikłać wiele pojawiających się po drodze zagadek. A to wszystko to oczywiście zasługa otwartego świata – ekscytującej nowości dla „soulsomaniaków” i nie tylko.

Jasne, open world to nic świeżego, przynajmniej na papierze. Ba, jesteśmy nimi nieustannie zasypywani, korzysta z nich co druga gra AAA, a pytajniki i fetch questy śnią się nam po nocach na zmianę z walczącymi kurczakami z Far Crya 6. Jestem nimi niebywale zmęczony, a mimo to na Elden Ringa czekałem niecierpliwie i z wielką nadzieją. Bo wiedziałem, że gdy FromSoftware wykorzysta zdobyte doświadczenie i nie zapomni przy okazji o wszystkich swoich najlepszych sztuczkach, to te w otwartym świecie zadziałają wyśmienicie pod warunkiem, że nie zawiedzie sam otwarty świat. Uspokajam więc – Elden Ring to wielki koncert Miyazakiego z cyklu The Greatest Hits wzbogacony o szereg świeżych przebojów i wystawiony na najbardziej monumentalnej, wyrafinowanej i depresyjnej scenie w całym multiwersum. To nowe rozdanie dla soulslike’ów i kolejny ważny krok dla open worldów.

FAQ – ELDEN RING W PIGUŁCE

Czy Elden Ring naprawdę ma otwarty świat? To nie ściema?

Oj, FromSoftware nie żartowało – zapewniam Was, że zaprojektowało tak ogromny otwarty świat, iż mapa i szybka podróż po prostu musiały zostać wprowadzone. Inaczej nie wiedziałbym, co ze sobą począć. A i tak momentami nie wiedziałem.

Okej, otwarty świat to jedno, ale czy jest w nim co robić?

Tak, tak, po stokroć tak. Może zacznę wymieniać: gra oferuje masę ukrytych znajdziek, artefaktów, jaskiń, katakumb, zagadek logicznych, bossów, NPC, a nawet odseparowanych od głównej mapy lokacji. A poza tym kilkadziesiąt godzin „wątku głównego”, jeśli można tak to nazwać.

Czy otwarty świat nie sprawił, że klimat Soulsów przepadł?

Nie, nadal czułem, że żyję w świecie fantasy wykreowanym przez tych samych artystów. Znów będziecie bali się otwierać skrzynie, znów powalczycie z psami i szczurami (klasyczny zestawik przeciwników), znów nie będziecie wiedzieli, o co tu chodzi.

Czy Elden Ring to, zgodnie z przewidywaniami, najłatwiejszy soulslike FromSoftware?

Odpowiem przewrotnie: to najłatwiejszy i zarazem najtrudniejszy soulslike FromSoftware. Bossowie bywają cholernie wymagający, a moment nieuwagi zawsze oznacza śmierć, ale sporo ułatwień pokroju większej liczby punktów kontrolnych czy walki na koniu łagodzi te bolączki.

Czy Elden Ring to najlepsza gra roku 2022?

Mamy dopiero luty, trochę za wcześnie na takie opinie, ale wiem jedno – świat gier wideo nie widział lepszego otwartego świata od czasów Red Dead Redemption 2 i The Legend of Zelda: Breath of the Wild.

Zmatowieniec kontra reszta świata.

Stoisz sam pośrodku świata

Elden Ring rozpoczyna się niepozornie, powiedziałbym nawet, że dość klasycznie. Ciemna krypta, szereg początkowych przeciwników, tutorialowy boss na przetarcie szlaku oraz znana z Soulsów ciasnota, duchota i klaustrofobiczne przestrzenie. Potem jednak oglądamy obrazki rodem z nowej Zeldy, czyli opuszczenie kamienistej klitki na rzecz zielonych połaci sporego terenu. Od razu zostałem uderzony swobodą, ogromem otaczającego mnie świata, poruszałem się po nim ostrożnie i nieśmiało, bo też nie wiedziałem, w którą stronę się udać – podejść do podejrzanego rycerza na pancernym koniu, uciec w stronę zagajnika czy zejść do jeziora pachnącego zasadzką. Mnogość ścieżek, lekki poznawczy szok – stałem sam w obliczu całej magicznej krainy. Niby osamotniony, ale gotowy na podróż w nieznane.

Takich odczuć w poprzednich grach FromSoftware po prostu nie miałem. I Bloodborne, i trylogia Dark Souls to przecież imponująco zaprojektowane, wielogałęziowe siatki lokacji osadzonych w fantastycznych uniwersach, ale w zestawieniu z Elden Ringiem od razu dostrzega się wyraźny kontrast pomiędzy korytarzowością i liniowością a totalną otwartością. Do niedawna broniłbym tezy, że Soulsy miały co najmniej półotwarte światy, teraz biję się w pierś.

Konserwatywni fani serii mieli dość spore obawy co do samej gry, kiedy to na pierwszych gameplayach zaprezentowana została mapa oraz możliwość oznaczania na niej punktów, które później w postaci smugi światła widniały na horyzoncie, dzięki czemu byliśmy w stanie z łatwością zmierzać w ich stronę. Miało to w opinii ludu zabić soulsową, nomen omen, duszę, całkowicie wyeliminować jakże potrzebny w tej serii aspekt izolacji i zagubienia gracza. Prawda jest jednak zupełnie inna. Mapa sprawia, że w Elden Ringa da się normalnie grać. Mówimy bowiem o świecie potężnych rozmiarów. I chodzi mi nie tylko o długość i szerokość, ale też wysokość. Wertykalizm odwiedzanych lokacji odgrywa tu bowiem kluczową rolę, sprawiając, że tylko szczegółowe wylizanie każdego centymetra ściany zagwarantuje, że odkryje się każdy sekret.

Jeden z punktów na mapie okazał się kryptą z NPC uczącym magii.

Warto opowiedzieć o mapie trochę więcej, bo spogląda się na nią co chwilę, aby na bieżąco ustalać swoje położenie. Co ciekawe, nie zawiera ona żadnej legendy, a więc sami musimy rozgryźć, co oznacza szereg prostokątów, okręgów czy dziwnych czerwonych plam na tym obszernym rysunku. Już nie mówiąc o wielkich zbiorach najróżniejszych geometrycznych figur na bank symbolizujących twierdze czy inne architektoniczne cuda. Najlepiej więc zaznaczyć taki punkt na mapie, a potem udać się w jego stronę, by samemu go odkryć. Bez żadnych podpowiedzi, wykrzykników czy innych takich. Poza tym – ważna sprawa – dopóki nie odnajdziemy poszczególnych fragmentów mapy, po niektórych lokacjach zmuszeni jesteśmy poruszać się na ślepo. Podobnie sytuacja wyglądała chociażby w Hollow Knighcie. Cały ten system stopniowego odkrywania świata – we własnym tempie i w wybrany przez siebie sposób – sprawia, że eksploracja w Elden Ringu to absolutne mistrzostwo świata.

Historia jednego z wielu

Nie jest też oczywiście tak, że jako gracze zostajemy bez żadnych informacji dotyczących celu naszej zabawy. Co to, to nie. Na starcie dowiadujemy się, że jesteśmy zmatowieńcem (z ang. tarnished), czyli w dużym skrócie śmiałkiem, jednym z całego mnóstwa takowych, dążących do stania się Eldeńskim Władcą. Poszczególni NPC sugerują nam więc a to zmierzanie w stronę napełnionego świętością i łaską Złotego Drzewa, a to wyrżnięcie w pień paru lordów, których tzw. Wielkie Runy mogą pomóc w zyskaniu boskiej przychylności.

Z tą wiedzą mamy jednak prawo zrobić, co tylko chcemy – i to mi się niezwykle podoba. Równie dobrze możecie zignorować drogę uświęcenia, głosić heretyckie hasła i pomagać spotykanym po drodze postaciom w pomniejszych, ale równie interesujących zadaniach, polegających na odbiciu podbitego przez coś na kształt ghuli zamku czy na próbie nakarmienia morowymi gałązkami stwora, który w nagrodę będzie nam oddawał swoje części ciała. Tu naprawdę jest co robić, jeśli chodzi o poznawanie najróżniejszych fabuł. I tych mniejszych, i tych większych.

Złote Drzewo... Zawsze wydaje się tak nieodległe, a w rzeczywistości droga do niego daleka.

Sama historia z kolei nie okazuje się aż tak enigmatyczna jak w pierwszym Dark Souls (choć nadal warto czytać opisy najróżniejszych przedmiotów), wyrywa się także z bloodborne’owego, wiktoriańskiego mroku, oferując nieco bardziej zróżnicowane klimaty. Motywem przewodnim najnowszego dzieła FromSoftware jest samotność – niemal każda postać przeżywa ją tu na swój sposób. O protagoniście nie muszę chyba wspominać – „stoi sam pośrodku świata”. Z kolei jeden z bossów został porzucony przez partnera i próba przepracowania tej traumy staje się tłem ekscytującego starcia. Ponadto pewna zmatowieńczyni cierpi na depresję, uważając, że do niczego w życiu nie dojdzie. I tak, możemy wyciągnąć do niej pomocną dłoń albo ją zignorować, kontynuując bezrefleksyjną rzeź na każdym żywym i nieżywym organizmie.

DRUGA OPINIA

Recenzja gry Elden Ring - otwarty świat śmierci wart - ilustracja #4

Troszkę obawiałem się Elden Ringa, bo te otwarte światy wychodzą różnie. FromSoftware pokazało jednak kolejny raz, że doskonale wie, co robi. Niby można powiedzieć, że to miszmasz wszystkich dotychczasowych dzieł tego studia, ale to też spory powiew świeżości. Takiej mieszanki jeszcze nie było. Osamotnienie i melancholia rodem z Shadow of the Colossus plus szaleństwo soulslike’ów. A do tego ta przepiękna kraina, która aż prosi się o zwiedzenie każdego jej zakamarka. I widowiskowe oraz wciąż dające popalić walki z bossami. Nie ma lekko i bardzo dobrze. FromSoftware dostarczyło arcydzieło, które na ten moment wyrwało mi ponad 60 godzin z życia. Czy jestem w połowie gry? Nie mam pojęcia, ale wstępnie daję 9/10.

Krzysztof „Kalwa” Kalwasiński

Widać w tym wszystkim typowe wybory kreatywne Hidetaki Miyazakiego, które nigdy się nudzą, ale wyczuwam też akcenty i rysy świata przedstawionego zaproponowane przez George’a R.R. Martina. Może nie jest to nowa Gra o tron, ale mamy tu Okrągły Stół, są motywy rycerskiej wyprawy po wielkość – zachodnie wizje fantasy zaskakująco dobrze łączą się z dalekowschodnimi szaleństwami i dziwnościami.

Może nie wygląda tak imponująco jak homar czy gekon z Horizon Forbidden West, ale sami przyznajcie – żółw biskup ma swój urok.

Nie ciążą nam jednak sidła narracji, nie musimy się nigdzie spieszyć, nie jesteśmy punkiem z futurystycznego miasta, u którego postępuje cybernetyczna choroba, więc postanawia bez obawy o dalsze życie budować swoją reputację w i tak już upadłym światku. W Elden Ringu panuje wszechobecny spokój, cisza, emocjonalna pustka – pomimo dość beznadziejnych czasów, w których przyszło naszemu zmatowieńcowi dzielnie trwać. Możemy więc udać się w miejsca tajemnicze, których historia pozostaje jeszcze nieodkryta, a w których sami możemy napisać własną historię.

Karol Laska

Karol Laska

Swoją żurnalistyczną przygodę rozpoczął na osobistym blogu, którego nazwy już nie warto przytaczać. Następnie interpretował irańskie dramaty i Jokera, pisząc dla świętej pamięci Fali Kina. Dziennikarskie kompetencje uzasadnia ukończeniem filmoznawstwa na UJ, ale pracę dyplomową napisał stricte groznawczą. W GOL-u działa od marca 2020 roku, na początku skrobał na potęgę o kinematografii, następnie wbił do newsroomu, a w pewnym momencie stał się człowiekiem od wszystkiego. Aktualnie redaguje i tworzy treści w dziale publicystyki. Od lat męczy najdziwniejsze „indyki” i ogląda arthouse’owe filmy – ubóstwia surrealizm i postmodernizm. Docenia siłę absurdu. Pewnie dlatego zdecydował się przez 2 lata biegać na B-klasowych boiskach jako sędzia piłkarski (z marnym skutkiem). Przesadnie filozofuje, więc uważajcie na jego teksty.

więcej

TWOIM ZDANIEM

Grasz w gry typu soulslike dlatego, że są trudne?

Tak
2,5%
Nie
54,5%
Tak, ale nie tylko dlatego
43%
Zobacz inne ankiety
Oceny redaktorów, ekspertów oraz czytelników VIP ?

kALWa888 Ekspert 19 marca 2022

(PS4) Wersja na PS4 ma trochę technicznych problemów (okazyjne spadki płynności), ale nie przeszkadza to w odbiorze. Genialny system walki, świetna stylistyka, przemyślany i angażujący otwarty świat. No i do tego cała pomysłowość twórców. Gra potrafi zaskoczyć nawet po stu godzinach i tym samym utrzymać zainteresowanie.

9.0

Spoolsh VIP 19 marca 2022

(PC) Git!

10
Recenzja gry Final Fantasy VII Rebirth. Wielka, piękna, bezkompromisowa
Recenzja gry Final Fantasy VII Rebirth. Wielka, piękna, bezkompromisowa

Recenzja gry

Reguły zawsze były oczywiste – gry są albo krótkie i intensywne, albo długie i powtarzalne. Prosta zasada. Jednak Final Fantasy VII Rebirth przy całym swoim ogromie potrafi jakimś cudem zaskakiwać, angażować i ani myśli zwalniać przez dziesiątki godzin.

Recenzja gry Banishers: Ghosts of New Eden. Ni śmierć, ni budżet nie powstrzyma zakochanych
Recenzja gry Banishers: Ghosts of New Eden. Ni śmierć, ni budżet nie powstrzyma zakochanych

Recenzja gry

Sześć lat po wydaniu średniego Vampyra twórcy Life Is Strange znów celują w gatunek RPG. Tym razem poszło im znacznie lepiej. Banishers: Ghosts of New Eden udanie łączy rozgrywkę a la God of War z klimatem, jakiego nie powstydziłby się Wiedźmin.

Recenzja gry Like a Dragon: Infinite Wealth. To opowieść, której nigdy nie zapomnę
Recenzja gry Like a Dragon: Infinite Wealth. To opowieść, której nigdy nie zapomnę

Recenzja gry

Lekko spóźnieni, przybywamy z recenzją hawajskiego Like a Dragon: Infinite Wealth – produkcji, której fani cyklu absolutnie nie mogą sobie odpuścić, a reszta graczy koniecznie powinna się nią zainteresować.