Star Wars: The Force Awakens po Star Wars: The Rise of Skywalker - Kathleen Kennedy. Twórcy, którzy popsuli słynne seriale i filmy
- Twórcy, którzy popsuli znane marki
- Gra o tron (Game of Thrones) - David Benioff i D.B. Weiss
- Wiedźmin Netflixa - Lauren Hissrich i Declan De Barra
- Star Wars: The Force Awakens po Star Wars: The Rise of Skywalker - Kathleen Kennedy
- Ghostbusters. Pogromcy duchów (Ghostbusters) - Paul Feig
- Liga Sprawiedliwości (Justice League) - Joss Whedon
- House of Cards - Melissa James Gibson i Frank Pugliese
Star Wars: The Force Awakens po Star Wars: The Rise of Skywalker - Kathleen Kennedy

- Co to: średnio udany powrót serii, na której wychowało się kilka pokoleń kinomaniaków
- Gdzie obejrzeć: m.in. Premiery Canal+, Player, Apple TV, Chili, VOD.pl
Na naszej liście dominują seriale, ale nie tylko one padają ofiarami niekompetentnych twórców bądź nietrafionych pomysłów. Kathleen Kennedy to producentka, która w portfolio ma m.in. E.T., Park Jurajski, Szósty zmysł, Ciekawy przypadek Benjamina Buttona czy Indianę Jonesa i Królestwo Kryształowej Czaszki. Gdy więc okazało się, że będzie odpowiedzialna za nową serię Gwiezdnych wojen, można było mieć optymistyczne przewidywania odnośnie do jakości.
Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Kennedy i jej współpracownicy postanowili uwspółcześnić Star Wars na siłę, co okazało się katastrofalne w skutkach. Oczywiście, bazowanie wyłącznie na nostalgii dotychczasowych fanów byłoby błędem, ale we wszystkich „nowych” produkcjach spod tego znamienitego szyldu (wyłączając pierwszą i ostatnią część z głównego cyklu, o czym niżej) wplatanie wątków, które mają przybliżyć widowisko teraźniejszej publiczności, robione jest ściegiem tak grubym i kontrastującym ze spuścizną serii, że w oczy kole. To mój główny zarzut wobec producentki. Do tego dochodzi cała otoczka fabularnych głupotek i dziur, traktowanie odbiorców niczym idiotów czy całkowita klapa pod względem promocyjnym (bo – choć Gwiezdne wojny przyciągają do kin rzesze filmomaniaków – powszechnie kolejne części są odbierane jako skok na łatwą kasę).
Na osłodę: J.J. Abramsowi udało się trochę uprzątnąć bałagan, który zastał po poprzednich reżyserach – nawet z Kennedy u steru. Jego początek w odległej galaktyce, Przebudzenie mocy, nie był tragiczny, a i Skywalker. Odrodzenie potrafi się obronić. Nie jest to poziom „przedpotopowych” epizodów, ale wspomniane obrazy nie powodują też zgrzytania zębami (w aż tylu scenach). W tym wypadku rozliczamy jednak całość, która – kolokwialnie mówiąc – czterech liter nie urywa.