Stare i nowe drogi
Równowaga prowadzi nas do kolejnej warstwy opowieści i... przyznaję zupełnie szczerze, nie wiedziałem, czy poruszać ten temat, bo dotyczy bardzo delikatnych i drażliwych istot, ale skoro serial je zachwycił, to cóż… Cobra Kai to bowiem opowieść o nas, o współczesnych facetach i naszym zagubieniu. To historia o tym, jak musimy nauczyć się korzystać z wielu nowych środków do operowania w rzeczywistości, nie odrzucając przy tym tak całkiem starej szkoły. Nie zrozumcie mnie źle, kobiety odgrywają tutaj równie ważną rolę, mają świetnie rozpisane wątki, piorą się nie gorzej od facetów, a często nawet lepiej, jak choćby Tory (świetna Peyton List), która wyrosła na moją ulubienicę obok Amandy LaRusso (Courtney Henggler). Mają swoje problemy, drogę do przejścia, prawdy do odkrycia i wdrożenia, bywają aktywniejsze i mądrzejsze od chłopaków, ale to jest opowieść o świecie, który przez lata był zdominowany przez facetów i stanowi metaforę ich obecnego stanu. Tutaj nawet nostalgiczna otoczka lat osiemdziesiątych służy jako środek wyrazu.

Na tym poziomie konflikt w Cobra Kai oparto na zestawieniu skrajnej, pozbawionej empatii agresji z współczuciem, łagodnością i pasywnością aż do przesady. Stare wzorce kontra nowe modele. Bohaterowie zaczynają często na jednym z końców tej osi jako kompletnie zagubione ciapy albo tępi brutale. Potem uczą się, popełniają pierwsze błędy, wątpią. I gdzieś w toku akcji okazuje się, że… nie ma jednej dobrej drogi dla wszystkich. Że siła potrzebuje empatii, a łagodność – zahartowania. Nie ma Yin bez Yang.
Scenarzyści Cobra Kai nie zatrzymują się jednak na takiej prostej wizji równowagi. Dzięki temu, że mają dość miejsca, mogą pokazać niuanse i zróżnicowane modele zachowań. Przede wszystkim Cobra Kai pokazuje, by nie podążać ślepo za żadnym gotowym wzorcem, choć to łatwe, jeśli jest się młodym zagubionym facetem (bardzo współczesna obserwacja – niejeden tak wpadł w objęcia ugrupowań, o których im mniej powiemy, tym lepiej). Każdy ma swoje unikalne karate do wypracowania.
Johnny Lawrence, od którego wszystko się zaczyna, jest idealnym przykładem. Kiedy go poznajemy w pierwszym odcinku, jest to zapijaczony dinozaur wyciągnięty wprost z lat 80. Buc, fatalny rodzic, chlor, żyjący iluzją dawnej chwały kobieciarz. Kiedy jednak spotyka na swej drodze Miguela i zaczyna go uczyć sztuk walki, poznaje jego oczami nowy świat. Gdzieś tam powoli dociera do Johnny'ego, że rzeczywistość nie jest czarno-biała, że siła nie oznacza prania wszystkich bez litości, a raczej stawianie się tym, którzy zachowują się jak skończone dupki, choćby byli groźniejsi od Ciebie.

Jednocześnie zaczyna też raczkować w kwestiach emocjonalności i rodzicielstwa, generalnie tych „miękkich” cech, których przecież większość z nas potrzebuje. A że robi to z pewnym niepodrabialnym wdziękiem faceta, dla którego ryk muscle cara to najlepsza muzyka... to też element tej równowagi, którą trzeba zachować między starym i nowym. Równowagi, która dla każdego wygląda trochę inaczej. I którą każdy z nas musi wypracowywać w trakcie długiego, niełatwego i bolesnego procesu. Tak jak Johnny, który uczy się na błędach – dawnych i tych nowych, które popełnia za każdym razem, gdy odkrywa coś nowego lub rozbija się o ścianę. To tak jak my wszyscy. Wzorzec zachowania (już nawet nie „faceta”) składamy sobie od nowa, ze strzępów rodziny, środowiska, treści, które przyswajamy. To trudne i chaotyczne. Wypieprzymy się z hukiem nie raz.
Pokaż mi swoje najlepsze karate
Wiadomo – to wciąż tylko uproszczony model relacji stworzony na potrzeby rozrywkowego serialu, ale zachowuje umiar i dystans. Jakimś magicznym sposobem Cobra Kai pozostaje całkiem życiową opowieścią już od czterech sezonów i ani razu nie otarła się o coachingowe pieprzenie.

Może dlatego że przy wszystkim, co produkcja kryje się pod maską, Cobra Kai to przede wszystkim wciąż niesamowicie zabawny, rozrywkowy serial. Przejmujący, ale i niosący oczyszczenie. Walki pompują adrenalinę w żyły wojowników, ale i nasze. Są świetnie nakręcone i nie tylko niosą ładunek emocjonalny, ale i są po prostu ładną, wizualną popisówą. Aż chce się wyciągnąć kimono/gi/dobok czy inny strój treningowy z szafy i wrócić na matę.
Mam tylko nadzieję, że twórcy nie będą przeciągać historii w nieskończoność i zamkną przynajmniej tę opowieść ze świata Karate Kid na zapowiadanym szóstym sezonie. Że pokażą swoje najlepsze, filmowe karate i zejdą z maty niepokonani. Inaczej istnieje ryzyko, że w którymś momencie przegną. Ale wierzę w nich. Autorzy, którzy wykorzystują I wanna be somebody W.A.S.P. do sekwencji rehabilitacji wiedzą, co robią. Tak samo jak autorzy, którzy do treningowych montaży puszczają Twisted Sister czy Judas Priest. Ech, cholera, co ja będę udawał, na nostalgię też mnie złapali... Ale to przecież element równowagi, o której jest Cobra Kai. Równowagi, dzięki której stare zabawki pomagają opowiadać o czymś nowym.
OD AUTORA
Rozbieranie tego serialu na czynniki pierwsze sprawia mi ogromną frajdę. A jeszcze większą – po prostu seans i cieszenie się całością. Z muzyką, grą aktorską i bajeranckimi kopaninami. Cobra Kai obejrzałem już ze cztery razy i zawsze odnajduję w tym serialu nowe źródło radości. I tego również Wam życzę, jeśli jeszcze nie oglądaliście serialu. Bo to chyba najsprytniejszy produkt naszych czasów budowany na nostalgii. A owa nostalgia nie jest tylko składnikiem marketingowym – jak przy Gwiezdnych wojnach – ale początkiem nowej drogi. I chcę zobaczyć, dokąd wiedzie.
Chcesz ze mną pogadać o Cobra Kai? Zapraszam na fanpage Hubert pisuje.
