- 5 scen ze Star Wars, za które kochamy Obi-Wana
- Uważajcie na ręce
- Zmiana aktora
- Hello there
- To koniec, Anakinie. Stoję wyżej
Hello there

To jedna z tych scen, które po latach stały się memem. Przypomnę kontekst. Trwa wojna klonów. Jedi próbują wyeliminować dowództwo separatystów, które chronione jest przez generała Grievousa. Gdy udaje się ich namierzyć na planecie Utapau, Kenobi prowadzi oddział klonów.
Zamiast jednak wysłać ich przodem, sam przeciska się przez ciasne techniczne przejścia, żeby w końcu efektownie zeskoczyć za plecami generała. Oczywiście, jak w memie, wita się z zaskoczonym wrogiem słowami „Hello there”.
Czy to było rozsądne? Niespecjalnie. Jedi trafia sam w sam środek szeregów przeciwnika i naraża się w ten sposób na szybką i w gruncie rzeczy niepotrzebną śmierć. Oczywiście wychodzi z tego zwycięsko. Gdy robi się gorąco, na przeciwnika zajętego Kenobim napadają klony.
W Zemście Sithów Kenobi jest już poważnym mistrzem, członkiem rady. A mimo to potrafi się zachować nie lepiej niż jego narwany uczeń, szukający na każdym kroku okazji, by wykazać się brawurą. Trzeba jednak pamiętać, że ta scena, tak jasna od zawadiackiego błysku w oku Jedi, kończy się mrocznie. To właśnie na Utapau Kenobi znajduje się w momencie, w którym klony wykonują rozkaz 66. To scena z Obi-Wanem jest pierwszą w długiej i mrocznej sekwencji pełnej martwych Jedi. Rozpaczliwy głos jego nieziemskiego wierzchowca spadającego w przepaść łączy się z pierwszymi dźwiękami motywu muzycznego, który tak mocno wrył mi się w pamięć.
Ten ciąg wydarzeń przypomina nam zresztą, że nowa trylogia, choć da się jej wytknąć wiele, ze słabym aktorstwem na czele, posiadała intrygę, która miała sens. A Obi-Wan Kenobi w tej intrydze odgrywał rolę człowieka, który zbyt późno zrozumiał, że stał się narzędziem w czyichś rękach… a kiedy już to zrozumiał, stanął wyżej.
