Electronic Arts oficjalnie zostało przejęte przez „Konsorcjum”, a gracze z niepokojem zastanawiają się, dokąd zaprowadzi wydawcę ten kosztowny zakup.
Zakup Electronic Arts za 55 miliardów dolarów stał się faktem, poinformował wydawca, ku nie do końca radosnym reakcjom graczy i nawet niektórych deweloperów.
Na oficjalnej stronie EA pojawił się komunikat, w którym potwierdzono zakończenie przejęcia spółki przez „Konsorcjum”, czyli saudyjski Fundusz Inwestycji Publicznych (PIF) oraz grupy inwestycyjne Silver Lake i Affinity Partners (zarządzana przez Jareda Kushnera, zięcia prezydenta Donalda Trumpa). To potwierdzenie informacji sprzed tygodnia i efekt zatwierdzenia transakcji przez wszystkie organy regulacyjne, w tym Komisję Europejską, która wyraziła na to zgodę 23 lipca.
Andrew Wilson, prezes Electronic Arts, nie kryje swojego entuzjazmu:
Z kolei inwestorzy, w których ręce trafiło EA, zapewniają, że mają „głębokie zrozumienie unikalnej platformy” i „ikonicznych marek spółki” i Konsorcjum jest w „unikalnej pozycji do zostania długoterminowym partnerem dla zarządu” wydawcy w celu zapewnienia „stałego wzrostu i innowacyjności”. Przedstawiciele tych spółek zapewnili też, że firma będzie docierała do nowych odbiorców (w tym przez sposoby „łączenia świata przez granie”) i „inspirować nowe pokolenie twórców”.
Choć ogłoszenie to tylko potwierdzenie znanych już informacji i finał transakcji, o której wiemy od września 2025 roku, gracze i dziennikarze nadal żywo komentują finalizację przejęcia. Częściowo wynika to z gigantycznej kwoty 55 miliardów dolarów, którą wyłożyli przedstawiciele „Konsorcjum” na zakup EA. Niemniej rzadko da się znaleźć przejawy entuzjazmu w porównaniu z podobnym zakupem Activision Blizzarda przez Microsoft wiele lat wcześniej.
Po prawdzie to właśnie jeden z powodów, dla którego fani gier wideo nie są dobrej myśli co do przejęcia EA. Jak dotąd wielkie zakupy Microsoftu (wliczając w to Bethesdę) przełożyły się na przegraną generację konsol i wielkie zwolnienia, dzięki którym gigant z Redmond walnie przyczynił się do niewesołej sytuacji w branży.
Wiele osób obawia się, że dokładnie taki sam los czeka EA, które też ma swoje problemy, a do tego przez dekady zyskało złą sławę w związku z przejmowaniem i szybkim zamykaniem uznanych studiów.
W tym kontekście gracze boją się także możliwego rozczłonkowania dorobku Electronic Arts, tj. odsprzedania – jak to ujęto w jednym z komentarzy – „kawałków spółki, w tym aktywów, które nie uważają za niezbędne lub zyskowne, by spłacić 20 miliardów długu” zaciągniętego w ramach tej transakcji. Nie pomagają też saudyjskie korzenie nabywców wydawcy, które martwią graczy nie mniej niż w przypadku podobnego zakupu serii turniejów EVO (jako forma „wybielenia” wizerunku Arabii Saudyjskiej), jak również mniej lub bardziej konkretne obawy co do wpływu inwestorów i „garniturów” na przyszłość EA, co miałoby przełożyć się na wyższe ceny gier i jeszcze więcej mikrotransakcji.
Takie uwagi padają nie tylko ze strony graczy. Shams Jorjani, szef Arrowhead Game Studios, wyraził obawy w e-mailu wysłanym do redakcji gamingowych odnośnie do tego, czy przejęcie EA nie oznacza, że spółka będzie bardziej stawiać na sprawdzone, bezpieczne inwestycje kosztem bardziej oryginalnych pomysłów:
Oferta EA zawsze charakteryzowała się taką różnorodnością: Battlefield, The Sims i Mass Effect to jedne z moich ulubionych hitów ostatnich 15 lat, ale do tej grupy zaliczam również Split Fiction i Unravel, a także klasyki, takie jak C&C Generals i SimCity 2000 (tak, z 2000 roku), które wciąż nie straciły na aktualności. Ta transakcja to bez wątpienia konsolidacja — i zastanawiam się, czy nowi właściciele postawią na bezpieczną opcję, czyli więcej sequeli i więcej mega-serii, kosztem tej różnorodności.
Na pozór mówienie o EA jako spółce z „różnorodnym” i kreatywnym katalogiem może wydawać się na wyrost w kontekście sportowych tasiemców. Trzeba jednak pamiętać, że to w katalogu tej firmy znajdziemy dzieła studia Hazelight, serię Unravel i inne pozycje powstałe w ramach programu wspierania „niezależnych” studiów (EA Originals). Owszem, nie wszystkie z nich odniosły większy sukces, ale Jorjani zastanawia się, czy „nowe” Electronic Arts da szansę jakimkolwiek nowym pomysłom, czy też stanie się „maszyną do sequeli-i-megaserii”.
Dla równowagi: Marek Tymiński z CI Games uważa, że to mogą być „świetnie wieści” dla branży gier, a tu ówdzie pojawiają się opinie, jakoby zakup EA mógł przełożyć się na lepszą kontrolę jakości (bo nowi właściciele niby woleliby nie być kojarzeni z typowymi zabugowanymi premierami gier AAA) lub odrodzenie serii, o których samo Electronic Arts zapomniało bądź zaniedbało.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google
Więcej:Plany twórców Battlefield 6 wykraczają daleko poza 5. Sezon. Fani strzelanki mają na co czekać

Autor: Jakub Błażewicz
Ukończył polonistyczne studia magisterskie na Uniwersytecie Warszawskim pracą poświęconą tej właśnie tematyce. Przygodę z GRYOnline.pl rozpoczął w 2015 roku, pisząc w Newsroomie growym, a następnie również filmowym i technologicznym (nie zabrakło też udziału w Encyklopedii Gier). Grami wideo (i nie tylko wideo) zainteresowany od lat. Zaczynał od platformówek i do dziś pozostaje ich wielkim fanem (w tym metroidvanii), ale wykazuje też zainteresowanie karciankami (także papierowymi), bijatykami, soulslike’ami i w zasadzie wszystkim, co dotyczy gier jako takich. Potrafi zachwycać się pikselowymi postaciami z gier pamiętających czasy Game Boya łupanego (jeśli nie starszymi).