Newsroom Wiadomości Najciekawsze Komiksy Tematy RSS
Wiadomość opinie 17 maja 2022, 16:40

11 lat najgorszego Wiedźmina, którego i tak mam za świetną grę

Wiedźmin 2: Zabójcy królów obchodzi dziś jedenaste urodziny. Mam względem tej gry dość mieszane uczucia. Z jednej strony bowiem jest bardzo dobra. Z drugiej jednak – to najgorsza przygoda Geralta, jaką zaserwował CD Projekt RED.

Premiera obchodzącego dziś jedenaste urodziny Wiedźmina 2: Zabójców królów była nie lada wydarzeniem – przynajmniej w Polsce. Twarz Geralta wyskakiwała dosłownie zewsząd (trailer z Letho i Iorwethem obejrzałem na nieistniejącym już kanale telewizyjnym Hyper chyba ze sto razy). Pamiętam, że miałem z nim zeszyt i teczkę, a to raczej nie wszystko, co można było dostać w sklepach. Wróć – na pewno nie wszystko; w końcu wydawnictwo SuperNova, we współpracy z firmą CD Projekt, wypuściło serię książek Andrzeja Sapkowskiego z okładkami przedstawiającymi postacie z gry.

Jak być może pamiętacie, moja przygoda z Wiedźminem zaczęła się od pierwszej produkcji „Redów”. Uznawszy, że jest to wydanie dla mnie – idealnie oddające genezę mojej sympatii dla fantastycznego świata wykreowanego przez popularnego „AS-a” – możliwie szybko nabyłem je i przeczytałem oba zbiory opowiadań oraz pięcioksiąg (Sezonu burz jeszcze wtedy nie było). Z zakupem Zabójców królów wstrzymałem się jednak ponad dwa lata – ot, studenckie czasy – aż do letniej wyprzedaży na Steamie w 2013 roku. Co ciekawe, wydawszy pięć euro, z jakiegoś powodu odwlekałem granie przez następne dwanaście miesięcy.

Z perspektywy czasu i po trzykrotnym przejściu drugiego „Wieśka” uważam, że jest to dobra i niezwykle ważna polska gra. Jednocześnie postrzegam ją jako najgorszego Wiedźmina „Redów”.

Miłe (nie tak znowu) złego początki

11 lat najgorszego Wiedźmina, którego i tak mam za świetną grę - ilustracja #1
Sposób prowadzenia akcji w pierwszych scenach to majstersztyk.

Zanim wyjaśnię dlaczego, musicie wiedzieć, iż moja opinia o Zabójcach królów wielokrotnie się zmieniała. Po pierwszym ukończeniu prologu byłem zachwycony. Efektowne sceny, interesujący sposób prowadzenia akcji, zwrot fabularny – wydawało mi się, że względem „jedynki” jest tylko lepiej. Po dotarciu do Flotsam zacząłem jednak trochę żałować, iż lokacje nie są choć odrobinę większe. Irytowała mnie również relatywnie mała liczba zadań pobocznych, których w pierwszym Wiedźminie było na pęczki. Na szczęście ich różnorodność i – na ogół – ciekawa konstrukcja sprawiły, że zacząłem stawiać jakość nad ilością.

Spodobało mi się również podejście „Redów” do dokonywanych w grze wyborów moralnych. Co prawda żałowałem, że nie wszystkie moje decyzje z „jedynki” znalazły odzwierciedlenie w „dwójce” (najlepszym tego przykładem jest wiadomość od Talara – dostajemy ją, mimo że w pierwszym Wiedźminie można go było zabić), ale ogólnie było dobrze. Długo nie mogłem się zdecydować, czy chcę pójść ścieżką Iorwetha, czy Roche’a. Kiedy zaś dotarłem do epilogu, przez ponad pół godziny zastanawiałem się, czy powinienem walczyć z Letho. Nie przypominam sobie, by jakakolwiek inna gra postawiła mnie przed równie trudnym dylematem.

BŁĄD, PRZEZ KTÓRY PRAWIE PORZUCIŁEM GRĘ

Musicie wiedzieć, że w Wiedźmina 2 grałem po raz pierwszy na dość słabym laptopie. Cieszyłem się jednak, że mogę poznać fabułę i poprzebywać w świecie Geralta. Przynajmniej do momentu walki z kejranem, którą trzeba stoczyć pod koniec pierwszego rozdziału. Wcześniej wykonałem wszystkie zadania, stworzyłem pułapkę, uwarzyłem eliksiry, ale to wszystko na nic się zdało, bo bestia po odcięciu jej trzech macek wyprowadzała atak, na który należało odpowiedzieć, wykonując prostą sekwencję QTE. Byłem pewien, że robię wszystko dobrze, ale z jakiegoś powodu akcja za każdym razem kończyła się niepowodzeniem, a Geralta czekało bolesne spotkanie z glebą.

W końcu nabrałem przekonania, iż gdzieś popełniam błąd. Próbowałem go znaleźć, ale nie mogłem. Do internetu nie zaglądałem, bo chciałem to rozgryźć sam. W pewnym momencie przyszło mi do głowy, że może to wina słabego komputera. Maksymalnie obniżyłem więc detale oraz rozdzielczość, wyłączyłem wszelkie niepotrzebne efekty graficzne i... dalej nic. Trochę już zdesperowany, skopiowałem zapis rozgrywki na pendrive’a, poszedłem do kolegi – który miał dużo mocniejszy komputer – zalogowałem się na swoje konto Steam, pobrałem Wiedźmina 2, wczytałem przygotowanego wcześniej save’a i... pokonałem kejrana za pierwszym razem.

Okazało się, że na moim PC po sekwencji QTE nie wczytywała się odpowiednia animacja, po której w zasadzie następował koniec walki. Błąd może i nietypowy, ale sprawił, iż z tym prostym w sumie starciem borykałem się przez trzy wieczory.

11 lat najgorszego Wiedźmina, którego i tak mam za świetną grę - ilustracja #2
Myślałem, że ta walka nigdy nie dobiegnie końca...

Równie nietuzinkowy okazał się zabieg twórców zastosowany w drugim rozdziale Zabójców królów. W zależności od naszej wcześniejszej decyzji – Roche bądź Iorweth – jego przebieg był zupełnie inny. Ponadto mieliśmy do czynienia z różnymi postaciami, a poznanie pełnej historii wymagało ukończenia gry dwa razy. Był to dość ryzykowny eksperyment, który wielu graczom nie przypadł do gustu, więc „Redzi” nie wrócili do podobnego pomysłu w Dzikim Gonie. Mnie jednak bardzo się ten zabieg spodobał. Raczej nie chciałbym, aby stał się standardem w grach, ale twórcy mogliby decydować się nań nieco częściej.

Plac eksperymentalny

Generalnie mam wrażenie, że Wiedźmin 2: Zabójcy królów był swego rodzaju testem dla wielu rozwiązań. Część z nich się przyjęła – inne niekoniecznie... choć pytanie, czy zawsze były to dobre decyzje ze strony twórców, pozostaje otwarte, nawet mimo sukcesu „trójki”. Ograniczenie do minimum ekranów ładowania dodało światu przestawionemu wiarygodności – do jaskiń rzeczywiście się schodziło, a nie tylko przechodziło przez nieistniejące drzwi jak w części pierwszej. System walki wymagał już jednak poprawek. Był on oczywiście znacznie lepszy i bardziej efektowny od rytmicznego klikania z „jedynki”, ale picie eliksirów przed starciem – choć dodające immersji i zgodne z duchem książek Sapkowskiego – okazało się rozwiązaniem średnio pasującym do gry wideo.

11 lat najgorszego Wiedźmina, którego i tak mam za świetną grę - ilustracja #3
Picie eliksirów przed walką było dobre w książkach – w grze sprawdziło się średnio.

Krokiem wstecz był za to nowy system rozwoju postaci, który – w nieco zmienionej formie – trafił również do Dzikiego Gonu. O ile jednak w tym ostatnim można było przymknąć na niego oko, bo mechanika walki była bardziej responsywna i zręcznościowa – nie wspominając o eliksirach, które dało się popijać w trakcie starć – o tyle w Zabójcach królów ulepszanie Geralta sprawiało niewiele satysfakcji. Serio – zdecydowanie bardziej lubiłem talenty z „jedynki”.

UBER BOSS

Wady opisanych powyżej, nietrafionych – przynajmniej moim zdaniem – pomysłów obnażyła najtrudniejsza walka w grze. Na szczęście jest ona całkowicie opcjonalna, bo inaczej mogłaby się odbić CD Projektowi RED niemałą czkawką. Mowa oczywiście o starciu z Operatorem Artefaktu w podziemiach Loc Muinne, które można stoczyć w ramach finału zadania „Sprzed stuleci”. Problem z tą potyczką jest taki, że odbywa się ona na niewielkiej arenie, a wróg zadaje nam spore obrażenia – jednak zdecydowanie mocniej biją gargulce, które przyzywa do pomocy kilka razy podczas tego pojedynku. Przechodząc tę walkę na najwyższym poziomie trudności, miałem wrażenie, że twarz mi drętwieje, ale gdy już udało się ją wygrać, satysfakcja była ogromna. Niewykluczone, iż właśnie to skłoniło mnie do zainteresowania się serią Dark Souls.

Tego typu mniej lub bardziej udanych pomysłów z drugiego Wiedźmina da się wymienić jeszcze kilka. Można również wspomnieć o nieco zbyt jaskrawej oprawie graficznej, która nie przypadła do gustu wielu osobom – co bardziej złośliwe twierdziły wręcz, że wraz z nią uleciał klimat „prawdziwego Wiedźmina”. Zgadzam się z tym tylko w pewnym stopniu, gdyż zmian względem „jedynki” było tyle, iż trudno wskazać jedną cechę mogącą zaburzyć komuś odbiór Zabójców królów.

Mnie na przykład nie do końca przypadł do gustu sposób, w jaki Jacek Rozenek podłożył Geraltowi głos w „dwójce” – miałem wrażenie, że niektóre kwestie wypadają nazbyt teatralnie. Ani w części pierwszej, ani – później – w trzeciej tego nie słyszałem. Niemniej to wszystko należy uznać za bardzo subiektywne drobnostki, gdyż polska wersja językowa jako całość brzmi kapitalnie, a grafika broni się nawet dziś.

Solidny fundament

11 lat najgorszego Wiedźmina, którego i tak mam za świetną grę - ilustracja #4
Twarz Geralta również przechodziła spore zmiany. Ta z „dwójki” podoba mi się chyba najmniej.

Podobnie jest z wieloma innymi elementami gry. Jestem przekonany, że nawet te z nich, które ja wspominam tak sobie, mają swoich zwolenników żałujących, iż „Redzi” nie przenieśli ich w całości do Dzikiego Gonu. O ile jednak Wiedźmin 1 i 2 były niejako zupełnie innymi grami, o tyle „trójkę” można określić mianem sequela idealnego „dwójki” – zbudowanego na jej solidnym fundamencie, pozbawionego kilku co bardziej nietrafionych rozwiązań oraz wzbogaconego o klimat i „słowiańskość” rodem z części pierwszej. Pokuszę się też o stwierdzenie, iż Zabójcy królów to najlepsza opowieść CD Projektu RED obok Cyberpunka 2077 (mam tu oczywiście na myśli sam wątek główny). To jednak temat na zupełnie inną okazję.

OD AUTORA

Z Wiedźminem jestem za pan brat od przeszło dekady. Najbardziej cenię Dziki Gon, w drugiej kolejności zaś „jedynkę”. W Zabójcach królów zawsze mi czegoś brakowało – co też starałem się oddać w powyższym tekście. Niemniej wciąż uważam, że jest to bardzo dobra gra – po prostu najgorszy Wiedźmin. Mimo to ukończyłem ją trzy razy – w tym raz po „trójce” – nieźle się przy tym bawiąc.

TWOIM ZDANIEM

Czy ukończyłeś Wiedźmina 2?

Nie grałem w Wiedźmina 2.
39,2%
Tak, ukończyłem grę jedną ścieżką.
25,3%
Jeszcze nie ukończyłem, ale gram dalej!
13,4%
Tak, ukończyłem grę obiema ścieżkami.
13,3%
Przestałem grać po prologu.
4,7%
Przestałem grać po I akcie.
2,6%
Przestałem grać po II akcie.
1,1%
Przestałem grać po III akcie.
0,4%
Zobacz inne ankiety