Newsroom Wiadomości Najciekawsze Komiksy Tematy RSS
Wiadomość opinie 7 sierpnia 2022, 13:11

autor: Hubert Sosnowski

Ten klon Baldura przypomniał mi, że czasem warto grać w średniaki

Black Geyser uderza do miłośników Baldur's Gate oraz Pillars of Eternity. Jako mniejsze, niedopieszczone przegrało starcie z izometrycznym behemotem RPG, Pathfinder: Wrath of Righteous. Ale jedną rzecz zrobiło lepiej niż reszta gatunku.

Normalnie pewnie bym się za Black Geyser: Couriers of Darkness tylko obejrzał, ale że trwa posucha, to szukałem czegoś w swoim stylu. Czegoś na umilenie – izometrycznego, klasycznego w założeniach RPG, żeby poczuć się jak za starych, dobrych czasów. Black Geyser mi tego nie zafundowało. To średniak z typowymi chorobami małego i średniego budżetu, o czym zaraz. Natomiast może pochwalić się jedną ciekawą mechaniką, która mocno procentowała po pewnym czasie. I przypomina mi, że czasem warto sięgnąć po średniaka, by wygrzebać takie pojedyncze rozwiązania-perełki.

Najpierw o tym, co nie działa – a co podobno ma zostać poprawione i załatane. Twórcy z GrapeOcean nie umieli wygenerować iluzji żywego świata. Tu wszystko jest po to, by wchodzić w interakcje z bohaterem i nawet nie udaje, że ma inną funkcję. Pewnie, w tle jest jakaś wojna i magia, ale wszystko czeka, aż to my tę sprawę ruszymy. W lokacjach stoją sobie NPC-słupy uzbrojone w te same kwestie, jeśli w ogóle w jakieś. Brakuje przypadkowych spotkań i sytuacji, kłócących się przy drodze ludzi, na których byśmy wpadli. A i pisanie, zwłaszcza na początku, było drętwe jak kłoda – a w izometrycznych grach to niemal gwóźdź do trumny. Momentami się poprawia, pozwala nadać bohaterowi nieco charakteru przy rozmowach, ale ewidentnie scenariusz czekają przeróbki i dopiski. Problemy techniczne też długo nękały tę grę, a z przeciągniętym czasem ładowania twórcy uporali się dopiero niedawno. No i gra generalnie jest pustawa, w każdej lokacji czeka na nas raptem parę wartych poznania postaci. Nasi towarzysze też mogliby mieć więcej do powiedzenia.

Tak poza tym to dosyć poprawny klon Baldura z typowymi mechanikami, dodatkiem craftingu, zbieraniem drużyny i walką z aktywną pauzą. Wręcz podręcznikowy przykład. Raczej ciekawostka dla miłośników gatunku. A jednak jedna rzecz w tym wszystkim mnie zaintrygowała na tyle, że chcę grać dalej i eksperymentować z tym aspektem.

Ten klon Baldura przypomniał mi, że czasem warto grać w średniaki - ilustracja #1

Są dwie drogi tego, jak osiągnąć bogactwo i potęgę w staroszkolnych wyrobach balduropodobnych. Pierwsza to udawać świętoszka i mówić, że „nie, stary, naprawdę nie potrzebuję nagrody” – a potem dostawać jakiś niesamowity artefakt lub pomoc w najczarniejszej godzinie. Druga to po prostu... się nachapać. Okradać wszystkich, których można, i przygarniać każde dobro, aż potęgę będziemy mogli sobie zwyczajnie kupić. Ktoś nas nie lubi, ale jeśli kradliśmy niezauważeni, to praktycznie zawsze złamiemy system ekonomiczny większości izometrycznych – i nie tylko – RPG. Pod koniec Baldurów, Icewinda, Arcanum czy Neverwinter Nights pływaliśmy w złocie, nie mieliśmy co robić z kasą. Chyba tylko Pillars of Eternity 2 znalazło na to rozwiązanie pod postacią okrętu, który wymagał od nas stałych opłat na załogę, naprawy, żywność i leczenie.

Tymczasem Black Geyser postanowiło ograć graczy i rzucić wyzwanie wszystkim złodziejom-cwaniakom. Na krainie, w której toczy się akcja, ciąży klątwa chciwości. Chęć zarobienia ludzka rzecz, ale jeśli tu podążamy za tym za bardzo – świat oszaleje. Ekonomia zacznie być bardziej krwiożercza (wzrosną ceny wszystkiego), ludzie będą się do nas gorzej odnosić, niektórzy popadać w szaleństwo. Tyczy się to także członków drużyny.

Generalnie nie lubię grać dupkami w RPG (nie licząc Pillarsów 2, gdzie z przyjemnością poprowadziłem chaotycznego antybohatera, który olał niemal wszystkie wielkie stronnictwa). Tym razem jednak się skusiłem, dla dobra nauki. I rzeczywiście, gra pokazuje pazura, jeśli przegniemy strunę z chciwością. Robi się trudniej, drużyna staje się wredniejsza, reakcje na nas chłodniejsze – albo zgoła wrogie. Nagle jakby ten martwy świat… ożył, przynajmniej w tych punktach, w których mógł, czyli przy NPC-ach, których dotyczyły zadania poboczne i główne, ale zawsze coś. Gra sprawiła, że poczułem się brudny. Nieźle jak budżetowego klona Baldur’s Gate.

Black Geyser zostanie w mojej pamięci raczej tylko przez tę mechanikę – chyba, że twórcy stworzą jakąś wypasioną Enhanced Edition (jest na to szansa, ponoć devowie są bardzo mili, uczynni, szybko reagują na sugestie graczy i poprawiają, co się da) z ożywionym światem, większą liczbą wątków. Wtedy tak, wtedy to może się stać naprawdę wartościowa produkcja. Ale już ta jedna mechanika była warta sprawdzenia i ogrania. Bo wiecie – albo to studio zrobi z nią coś użytecznego w kolejnej grze, albo jakaś większa rybka z akwarium zainteresuje się systemem, przerobi go po swojemu i wypuści interesujący przebój. Ot, taki wielki kulturowy i twórczy krąg życia, jak powiedziałby Mufasa. Może nie powinienem o tym wspominać po lekcji, jakiej udziela Black Geyser, ale jeśli sprawy przybiorą taki obrót, to tylko z korzyścią dla nas.

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz otrzymywać go przed wszystkimi, zapisz się do naszego newslettera.