Newsroom Wiadomości Najciekawsze Komiksy Tematy RSS
Wiadomość pozostałe 6 grudnia 2008, 17:05

AgreGOLmat (29 listopada - 5 grudnia 2008)

W kwietniu czwarta część „Wielkiego Złodzieja Aut” weszła w posiadaczy konsol lekko, niczym w masełko. Gra z miejsca stała się największym przebojem w historii wirtualnej zabawy i włożone weń sto milionów zielonych zwróciło się zanim jeszcze główny bohater zdzielił w łeb pierwszego Albańczyka.

W kwietniu czwarta część „Wielkiego Złodzieja Aut” weszła w posiadaczy konsol lekko, niczym w masełko. Gra z miejsca stała się największym przebojem w historii wirtualnej zabawy i włożone weń sto milionów zielonych zwróciło się zanim jeszcze główny bohater zdzielił w łeb pierwszego Albańczyka. Nawet w takim kraju, jak nasz, który jest ponoć zbyt słabo spenetrowany kawałkiem plastiku, aby zwróciło się ku niemu łaskawe oko włodarzy pewnej usługi Microsoftu, odbyły się nocne premiery GTA IV. Tym samym Niko Bellic awansował do statusu gwiazdy, jakim do tej pory cieszył się tylko Harry Potter. Sukces nowej produkcji Rockstara był fantastyczny, na co zresztą gra w pełni sobie zasłużyła. Nikomu wcześniej nie udało się tak znakomicie odtworzyć klimatu wielkiej metropolii, która nie tylko stanowi tło do pogoni i strzelanin, ale tak naprawdę jest drugim, cichym bohaterem opowieści.

Upadek boli najbardziej wtedy, kiedy spada się z samego szczytu. Muszę zaznaczyć, że mówiąc o tym bynajmniej nie mam na myśli ekipy Rockstara, która po osiągniętym sukcesie być może poczuła się zbyt pewnie i chyba zlekceważyła nieco pecetową konwersję. Jak inaczej można bowiem nazwać taką, wydawałoby się drobnostkę, jak nie zadanie sobie nawet trudu sprawdzenia poprawności działania zwyczajnego autoruna na komputerach wyposażonych w Windows w innej wersji językowej niż angielska.

Tym, co upadło i srodze się potłukło, były oczekiwania graczy, którzy słusznie spodziewali się, że w związku z półrocznym opóźnieniem otrzymają program wyposażony w szereg poprawek, z lepszą grafiką, a przede wszystkim, sprawnie i płynnie działający na konfiguracjach, które są w stanie sensownie udźwignąć takie monstrum, jak Crysis. Co prawda przed premierą podawano, że do zabawy przydałby się komputer wyposażony w czterordzeniowy procesor, jednakże większości osób wydawało się, że taki sprzęt pomoże wygenerować grafikę, która dosłownie zmiecie całą konkurencję. Tak się nie stało. Dał o sobie znać syndrom księgowego, czyli konieczność wypuszczenia gry w podanym terminie za wszelką cenę, bez względu na jej jakość. Nie pierwsza i nie ostatnia to gra, którą spotkał taki los. Koszty produkcji wciąż rosną, a firma to nie instytucja charytatywna i musi przynosić zyski. Można sobie zadać również pytanie, jak bardzo oszukana poczułaby się część graczy, gdyby w chwili, kiedy już wchodzą do ogródka i zamierzają przywitać się z gąską, nagle ktoś zatrzasnął przed nimi furtkę na kolejne trzy miesiące. I tak źle, i tak niedobrze.

Nie od 2 grudnia wiadomo, że Rockstar nie radzi sobie z wszelkimi konwersjami. Podobna, choć nie aż tak jak teraz drastyczna, sytuacja miała miejsce w przypadku San Andreas i wydanego niedawno Bully. Może gdyby tak pozbyć się części pracowników i zastąpić ich fachowcami z innych firm mielibyśmy w końcu do czynienia, jeżeli nie z prawdziwymi perełkami, to chociaż porządnie wykonanymi i sprawdzonymi produktami. W chwili obecnej prawda jest taka, że tylko osoby posiadające coś więcej niż blaszaka są w stanie dostrzec pełną wartość tych gier. Reszta musi zadowolić się, jeśli nie lizaniem lodów przez szybkę, to co najwyżej zajadaniem się nie pierwszej świeżości frykasami.

Klientom usługi Steam zwracane są pieniądze, prasa i serwisy sieciowe pieją z zachwytu, a użytkownicy i tak wiedzą swoje – co doskonale widać na przykładzie średniej ocen przyznawanych grze w serwisie Metacritic. Cztery punkty na dziesięć to już nie miażdżąca krytyka dzieła Amerykanów. To nokaut, wstyd, hańba i plama na honorze do siódmego pokolenia. Na tym tle konsolowe wersje prezentują się wręcz sielsko, choć jeśli sięgnąć pamięcią wstecz, to narzekań na słaby framerate, doczytujące się obiekty i początkową niemożność zabawy w trybie multi na PS3, nie brakowało. A w przypadku komputerów? No cóż, wyjdzie patch, który może poprawi to i owo, ale smród pozostanie. Jestem jednak w stanie założyć się, że w momencie, kiedy Rockstar poinformuje o produkcji kolejnej części, wszystkie te utyskiwania zostaną zapomniane, a my, niczym głodne psy, będziemy z niecierpliwością wyczekiwać na każdy ochłap informacji.

AgreGOLmat (29 listopada - 5 grudnia 2008) - ilustracja #1

„Każdy dostanie takie Diablo 3, na jakie sobie zasłuży” – Św. Mikołaj.

Bardzo adekwatnym tytułem, wprost proporcjonalnym do oferowanej zawartości, popisała się firma JoWood, wydawca serii Gothic. Forsaken Gods okazał się faktycznie dobiciem boskiego truchła, całkowitym sprofanowaniem i tak już mizernej technicznie części trzeciej. Jakie zdanie na temat tej produkcji ma lhorror, dowiecie się czytając napisaną przez niego recenzję. Od siebie dodam, że znając umiejętności programistów Piranha Bytes, którzy jakiś czas temu rozstali się z JoWood, niczego dobrego po Risen bym się nie spodziewał. Wojciech Młynarski śpiewał: „Co by tu jeszcze sp…ć panowie… ” „Już wszystko sp…liście ” – odpowiedziało echo.

Rare znakomitą firmą jest i basta. To, co panowie wyrabiali w czasach Nintendo 64 przechodziło ludzkie pojęcie i choć po przejęciu przez Microsoft firma faktycznie zanotowała słabszy okres, to wydaje się, że w chwili obecnej odzyskała swój dawny blask. Nie przeszkodziło w tym nawet odejście w styczniu ubiegłego roku jej założycieli, czyli braci Stamperów. Dowodem na to są znakomite oceny, jakie otrzymuje nowy Banjo, którego w naszym serwisie miał okazję przetestować Von Zay. Nuts & Bolts to jedna z tych gier, kiedy podtatusiały gracz zdejmując ją ze sklepowej półki napotykając dziwne spojrzenia innych klientów, zaczyna tłumaczyć, że to zakup dla syna. No cóż, ja bym tak zrobił, a potem dał się porwać zabawie.

Kolekcję Wszech Czasów serii Heroes & Might & Magic na czynniki pierwsze rozebrał U.V. Impaler. Wszystkie części już od dawna posiadam w swojej własnej kolekcji, ale szczerze mówiąc poświęciłbym chętnie jeszcze te dwie i pół stówki choćby tylko po to, aby w moim systemie „Hi-Hi” zakręciły się te trzy płytki audio.

Z anime trawię tylko Ghost In the Shell i Macrossy, ale jeżeli komuś odpowiada kreskówkowa opera mydlana w rodzaju Dragon Balla, powinien spróbować zagrać w Naruto: Ultimate Ninja Storm. Crash zachwala, a ja nie mam powodu, aby mu nie wierzyć.

Za oknem świeci słoneczko, Hed kusi Białym szaleństwem, a Sandro recenzją pecetowego GTA IV. Mało która gra wzbudziła w nas w tym roku aż taki podziw i oburzenie zarazem. Miejmy nadzieję, że za karę Św. Mikołaj wręczy programistom Rockstara rózgi, a nie trzytygodniowe urlopy na Majorce.

Na zakończenie zapraszam również do zapoznania się z poradnikiem do gry Tomb Raider: Underworld, który przygotowany został z myślą o wszystkich zagubionych w starożytnych ruinach odkrywcach. Pomocą w świecie klocków LEGO i majtek zakładanych na kalesony służy zaś DizZorder, który napisał solucję do przygód najnowszego Batmana.