Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Hyde Park 13 czerwca 2006, 15:13

autor: eJay

Mission Impossible 3 - recenzja filmu

„Ethan Hunt wraca w kolejnej już – trzeciej – części Mission Impossible. Tym razem jako instruktor przyszłych agentów stawi czoła jednemu z najgroźniejszych przestępców na świecie, Owenowi Davianowi.”
Poniższy tekst został nadesłany przez naszego czytelnika i został opublikowany w oryginalnej formie.

Ethan Hunt wraca w kolejnej już – trzeciej – części Mission Impossible. Tym razem jako instruktor przyszłych agentów stawi czoła jednemu z najgroźniejszych przestępców na świecie, Owenowi Davianowi. Kosztująca 150 milionów dolarów superprodukcja z pewnością zadowoli wielu miłośników kina akcji. Jest to bowiem część trylogii najbardziej intensywna, obfitująca w wiele kaskaderskich popisów. Ci, którzy spodziewają się jednak powtórki błędu Johna Woo z całkowitym wyizolowaniem fabuły na korzyść efektów specjalnych, są w błędzie. W wątek ratowania świata przez panicza Hunta wpleciono... jego żonę. :) Dzięki temu przygody agenta nie są już tak płaskie pod względem fabularnym. Bohaterem targają ludzkie emocje, a świadomość utraty ukochanej motywuje go do dalszych działań. Ponadto scenarzyści wreszcie dowartościowali jego działania w poprzednich akcjach i powierzyli mu zespół złożony z 3 osób, w tym znanego z wcześniejszych epizodów Luthera Stickell’a granego przez Vinga Rhames’a.

Film zaczyna się od mocnego uderzenia. Owen Davian – główny, czarny charakter trzeciej części – znęca się psychicznie nad więzionym Huntem w obecności jego żony. Ta moralna rozgrywka kończy się dla agenta tragicznie. Akcję przerywa słynny już motyw muzyczny i lista płac przewijająca się przez ekran. Po napisach rozpoczyna się właściwa część fabuły, która po kolei doprowadza nas do momentu przedstawionego na samym początku. Wykorzystanie takiego zabiegu spowodowało, że akcja filmu rozkręca się z minuty na minutę. Nie ma tu miejsca na nudę, gdyż reżyserowi J.J. Abramsowi udało się uniknąć stworzenia kliszy poprzednich części. Oczywiście można znaleźć pewne odwołania do słynnej już akcji w Langley (Cruise opuszcza się z muru i zatrzymuje się w sposób kontrolowany kilka centymetrów nad ziemią), ale są to z pewnością próby oddania hołdu pierwszej części serii. Abrams doskonale sobie poradził z realizacją scen akcji. Latające motocykle, walki wyjęte niczym z Matrixa braci Wachowskich, szalone pościgi po krawędziach łańcuchów górskich zostały zastąpione równie efektownymi scenami, ale zdecydowanie bardziej stonowanymi. Nie liczcie jednak, ze Abrams wprowadził w akcje bohaterów pełen realizm. Na tym polu Mission jest dalej Impossible. Wielu z was zapamięta sekwencję na moście, gdzie Davian zostaje odbity przez swoich towarzyszy. Co ważniejsze – w rozsądny sposób ograniczono efekty komputerowe na korzyść prawdziwych wybuchów, wypadków czy strzelanin.

Filmowi pomaga również ukazanie kulis poszczególnych misji. W ten sposób dowiadujemy się, jak tworzona jest maska dla agenta oraz jak pracują biura IMF. Dla fanów serii będą to naprawdę warte obejrzenia ciekawostki. Aktorsko film wypada bardzo przyzwoicie. Szczególna zasługa w tym Philipa Seymoura Hoffmana, grającego złego i demonicznego Owena Daviana. Jego chłodne spojrzenie, brak skrupułów i przestrzeganie własnych zasad z pewnością wprowadza do trylogii sporo świeżości. Szkoda jednak, że scenarzyści nie do końca wykorzystali potencjał drzemiący w tym charakterze. Hoffman pokazuje się na ekranie za rzadko jak na filmowego wroga. A szkoda, bo po pierwszej scenie ów aktor od razu zasługuje na miano 100% bad guy’a.