Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 9 marca 2010, 13:02

autor: Krzysztof "Krzysztof Gonciarz" Gonciarz

Final Fantasy XIII - recenzja gry

Długo musieliśmy czekać na wkroczenie serii Final Fantasy na obecną generację sprzętu. Przygody Lightning powinny zadowolić wszystkich zadeklarowanych fanów, ale niekoniecznie przekonają do gatunku nowych graczy.

Recenzja powstała na bazie wersji PS3. Dotyczy również wersji X360

Kilkadziesiąt godzin grania, przepiękne przerywniki filmowe, baśniowo-romansowa linia fabularna i ciuchy, których nie kupisz nawet w Tokio – tak, Final Fantasy XIII ma to wszystko. Długo oczekiwana kontynuacja „głównej” serii FF w końcu trafia do sprzedaży, wprowadzając od dawna obecną w świecie gier markę na konsole obecnej generacji. Dzieło Square Enix ląduje więc na sprzęcie dojrzałym, z którego wypadałoby wycisnąć siódme poty.

Zaczyna się mocno. W pięknym wprowadzeniu poznajemy piątkę z szóstki głównych bohaterów, barwną obsadę indywidualności, która z początku wydaje się być złączona przez zupełny zbieg okoliczności. Nasza uwaga skupia się na postaci Lightning, seksownej pani komandos, damskiego odpowiednika Clouda Strife’a z Final Fantasy VII (archetyp introwertycznego gbura) – to ona rozpoczyna cały bieg wydarzeń, które ustawią nas w roli zbawców świata.

Serah, siostra Lightning i ukochana Snowa, jest bardzo ważnąpostacią dla fabuły, ale nie dołącza do naszej drużyny.

Jesteśmy w mieście Cocoon, gdzie trwają dramatyczne przesiedlenia ludzi, którzy podejrzani są o wejście w kontakt z fal’Cie, czyli czymś w rodzaju demona. O czym dowiadujemy się niedługo później – fal’Cie mają w zwyczaju zamieniać ludzi w swoich niewolników – l’Cie. Każdy z l’Cie wyposażony zostaje w charakterystyczny tatuaż oraz swój cel, tzw. focus. Jego spełnienie oznacza otrzymanie daru wiecznego życia i przemianę ciała w kryształ, jego zignorowanie – zamienienie się w bezwolne zombie. Jak się nietrudno domyślić, cała grupa bohaterów, którzy mniej lub bardziej przypadkowo dołączają do Lightning, staje się l’Cie. Wtedy jednak okazuje się, że życie pół-człowieka i pół-demona nie jest wcale takie zerojedynkowe, a początkowy podział na dobrych i złych niekoniecznie musi być jedynym słusznym. Odkrycie przeznaczenia naszej drużyny oraz odpowiedź na pytanie o granice moralności w wypełnianiu go są główną osią fabuły tej gry.

Bohaterowie zawsze byli bardzo ważnym atutem Final Fantasy. W „trzynastce” cała szóstka budzi wielką sympatię, co zostaje osiągnięte przez sprytne rotowanie „główną” postacią przez pierwsze dwadzieścia godzin rozgrywki. W każdym rozdziale oglądamy wydarzenia z punktu widzenia kogoś innego, poznając przy okazji jego przeszłość i stojący za nim konflikt. Dobry zabieg, z którego nawet Mass Effect 2 mógłby się wiele nauczyć (tam doskonałe NPC pozostawały w cieniu dość niewyraźnego Sheparda i nie dostawały swoich pięciu minut). Poznajemy więc trzy piękności – poza Lightning jest jeszcze młodziutka Vanille (której infantylność potrafi działać na nerwy) oraz mówiąca z australijskim akcentem, pewna siebie Fang. Męską część obsady stanowią: Snow (naiwny osiłek o gołębim sercu), Sazh (czarnoskóry typ z Chocobo skrywanym w afro) oraz Hope, młody chłopiec o białych włosach i płaczliwym usposobieniu. Każda postać jest inna i każda, przynajmniej na chwilę, wzbudza naszą sympatię.

Recenzja gry King Arthur: Knight’s Tale - okrągły stół z powyłamywanymi nogami
Recenzja gry King Arthur: Knight’s Tale - okrągły stół z powyłamywanymi nogami

Recenzja gry

Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia. O tym, że wojnę często wygrywa się nie armią, a złotem, przekonał się nie tylko tytułowy król, dokonując żywota już w intrze gry King Arthur: Knight’s Tale, ale przede wszystkim... autorzy tej produkcji.

Recenzja gry Tales of Arise - nowe rozdanie dla serii
Recenzja gry Tales of Arise - nowe rozdanie dla serii

Recenzja gry

Japońskie RPG w ostatnich latach przechodzą swoisty renesans, co bardzo cieszy. Nie jest to wprawdzie powrót do formy ze złotej ery gatunku, ale w zasadzie można powiedzieć, że jest całkiem dobrze. Czy Tales of Arise podtrzymuje ten trend?

Recenzja Kingdom Hearts 3 - nienawidzę kochać tej serii
Recenzja Kingdom Hearts 3 - nienawidzę kochać tej serii

Recenzja gry

Jest wiele światów, ale dzielą wspólne niebo. Jedno niebo, jedno przeznaczenie. W Kingdom Hearts 3 słowa te w końcu stają się rzeczywistością – twórcy po wielu latach zamykają wątki rozsiane po zbyt wielu grach i zbyt długo czekające na epilog.