Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise Recenzja gry

Recenzja gry 8 lipca 2020, 15:00

autor: Przemysław Zamęcki

Gra we wszystko na wszystkim. Fan retro gratów i gier w pudełkach, które namiętnie kolekcjonuje.

Najlepsza z najgorszych gier – recenzja Deadly Premonition 2

Swery nikogo już nie zaskoczy, bo wszyscy wiedzą do czego jest zdolny. Dlatego Deadly Premonition 2 nie zaskakuje. To najlepsza najgorsza gra, jaka trafiła na rynek w tym roku. Tytuł tylko dla wybranych.

Recenzja powstała na bazie wersji Switch.

PLUSY:
  1. fabuła może nie zwala z nóg, ale jest przyzwoita;
  2. kapitalne postacie zamieszkujące Le Carré;
  3. dialogi i uwagi głównego bohatera;
  4. inteligentne przebijanie „czwartej ściany”;
  5. oprawa muzyczna;
MINUSY:
  1. warstwa techniczna gry to jakiś nieśmieszny żart;
  2. fatalna (nie)płynność i jakość animacji;
  3. śledztwo prowadzone „za rączkę”;
  4. koślawa grafika;
  5. znikające dźwięki;
  6. powtarzające się monologi głównego bohatera;
  7. liczne i długie ekrany ładowania;
  8. kulawe strzelanie;
  9. zacinające się sterowanie w Otherworld.

Ocenianie takiej produkcji jak Deadly Premonition 2 to droga przez mękę. Jak wyjaśnić czytelnikom, że gra, która jest absolutną chałą pod względem technologicznym, wręcz kłującą w oczy abominacją, humbugiem i wybrykiem szóstoklasisty, warta jest poświęcenia jej kilkudziesięciu godzin życia?

Bo jest. Nie wiem czy Swery jest geniuszem narracji zatrudniającym do pisania kodu dzieci pracujące w kopalni brytyjskiego fabrykanta z kart powieści Dickensa, bo trochę tak to wygląda. Wiem natomiast, że nie żałuję ani minuty spędzonej w towarzystwie agenta Yorka i jego uroczej, dziesięcioletniej asystentki Patti podczas odkrywania tajemnicy miasteczka Le Carré, gdzieś w Luizjanie. No, i bądź tu człowieku mądrym…

Wyznawca

Pierwsza część Deadly Premonition po latach doczekała się statusu gry kultowej. Trochę wstyd było ją wymieniać w pierwszym szeregu najlepszych tytułów 2013 roku, ale kto zagrał, ten wiedział, o co chodzi. Poznał prawdę. Doznał oświecenia. Został wybrańcem Swery’ego. Żarliwym wyznawcą japońskiego projektanta ukrywającego się pod takim właśnie nickiem. Ślepym fanatykiem – nie. Co to, to nie. Kawa na ławę panie Hidetaka Suehiro. Zaraz panu wygarnę.

Zbrodnia

Fabuła w Deadly Premonition 2 biegnie dwutorowo. W dwóch miejscach, w czasie oddalonym od siebie o czternaście lat. Co więcej, w grze wcielimy się w dwie postacie. Nierównorzędne, bo zdecydowane pierwsze skrzypce gra tu agent Francis York Morgan, który zaczyna tropić sprawców brutalnego morderstwa w mieście rządzonym przez wpływową rodzinę. Agentka Aaliyah Davis wydaje się być na początku jedynie kwiatkiem do kożucha, przesłuchując podstarzałego Yorka w jego mieszkaniu w Bostonie. Robi to, ponieważ dopiero po owych czternastu latach odnaleziono ciało ofiary morderstwa, a przeprowadzone przed laty śledztwo pełne jest dziur i niedomówień. Które oczywiście będziemy powoli odkrywać w trakcie rozgrywki.

Miasto

York ze swojego pokoju hotelowego, który musi oczywiście opłacać z własnej kieszeni za każdą spędzoną w nim dobę, prowadzi śledztwo. Tutaj bierze prysznic, a jeśli przywróci ciśnienie wody w rurach, będzie mógł się ogolić i wbić w świeży garniak. A także poszukać powiązań pomiędzy podejrzanymi na tablicy przypominającej to, co widzieliście w filmach kryminalnych. To chyba najnormalniejsze miejsce pod słońcem, jeśli nie liczyć stojącego pośrodku pokoju ołtarza voodoo. Ale hej, jesteśmy w Luizianie, takie rzeczy to tutaj też normalka.

Kiedy jednak tylko wystawimy nogę poza pokój od razu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. A to objawi się nam w lustrze kościsty przyjaciel mówiący zagadkami, ale kierujący Yorka na miejsca warte zainteresowania się nimi w najbliższej przyszłości, a to postrzelamy do UFO, czy też będziemy odganiać się od stworów zamieszkujących tzw. Otherworld, które przejmują władzę na miasteczkiem pomiędzy północą a szóstą rano. Zło działa jak w zegarku. Podobnie zresztą jak wszystkie znajdujące się w mieście przybytki, otwieranie jedynie w konkretnych godzinach, co wymaga zaplanowania sobie jakoś całego dnia. Chyba, że nosimy przy sobie dużo paczek papierosów pozwalających przyśpieszyć trochę upływ czasu. A potem umrzeć na raka płuc. Potem, czyli jakieś czternaście lat później.

Le Carré nie zwiedza się z przyjemnością. To z początku mozolna praca wymagająca maksimum cierpliwości i spokoju, ponieważ eksploracja świata w dziesięciu klatkach na sekundę (często i tak zacinających się) nie należy do częstego repertuaru gier w 2020 roku. A mieścina aż tak mała nie jest, nawet jeśli York nie musi wszędzie dreptać pieszo, bo dysponuje deskorolką. Na której może zresztą po jakimś czasie próbować różnych tricków. Deskorolka i detektyw FBI. To trochę jak połączenie śmieciarki i roweru wodnego, ale działa. W miarę rozwoju sytuacji pojawi się opcja szybkiej podróży pomiędzy odkrytymi wcześniej punktami, co zapewni nam pewna szalona dziewczyna rozkręcająca wczesnego Ubera.

W grze nie brakuje zadań pobocznych, które odblokowujemy w trakcie rozmów z NPC-ami lub bierzemy z tablicy ogłoszeń w biurze szeryfa. Pozwalają one zarobić trochę niezwykle ważnych w grze pieniędzy, którymi opłacamy hotel, ale też jedzenie czy napoje. Znajdowane materiały również się przydają, na przykład do wykonywania wpływającego na statystki postaci talizmanu voodoo w miejscowym sklepie. Na prośbę pewnego świra z cmentarza możemy poszukać charakterystycznych lokacji, postrzelać sobie do szopów i psów, bo czemu nie? Opcji jest sporo, ale tak naprawdę nie ma się ochoty na nic, bo zwiedzanie miasta w kilku klatkach na sekundę jest wrzodem na tyłku tej rozgrywki.

Rozmowa

Gra błyszczy dialogami. York jest fanem Hollywood i często nawiązuje do różnych filmów, a jego rozmów z dziwakami zamieszkującymi Le Carré słucha się z prawdziwą przyjemnością. Również dzięki aktorom wcielającym się w poszczególne role. Czasem są to gadki o zwyczajnych duperelach, zupełnie oderwane od samej gry. To fantastyczne i odświeżające. Tak samo jak przebijanie czwartej ściany. Niby York rozmawia ze swoim drugim „ja” – jakby miał rozdwojenie jaźni czy schizofrenię – ale my doskonale wiemy, że te słowa skierowane są wprost do gracza. Uwagi są inteligentne i często zabawne. Kilka razy zdrowo się uśmiałem.

Jednak Deadly Premonition 2 to przede wszystkim kryminalna opowieść ze złymi siłami w tle. Od czasu do czasu musimy przeprowadzić badanie jakiejś sceny, wykorzystując do tego detektywistyczne zmysły. Czasem musimy trochę postrzelać. I o ile śledztwa są zrealizowane w porządku – chociaż same w sobie nie oferują żadnego wyzwania – o tyle strzelanie jest do niczego. To gra zdecydowanie bardziej przygodowa niż akcyjniak, ale widać, że nikt do tej mechaniki za bardzo się nie przyłożył. Trochę szkoda, bo są tu nawet walki z bossami.

Zło

Pod względem narracyjnym dzieło Swery’ego to najwyższa półka. Pod względem wykonania to Rów Mariański gier wideo. O animacji już wspomniałem. Ale to tylko zgniła wisienka na torcie upieczonym z ziemniaków. W trakcie jazdy deskorolką gra potrafi gubić dźwięki towarzyszące szurającym po asfalcie kółeczkom, York w kółko powtarza te same monologi i przy dziesiątym razie mamy ochotę wyłączyć dźwięk. Zmieniają się one dopiero po odblokowaniu kolejnego rozdziału, w którym bez przerwy powtarzane są te nowe. W trakcie trzyminutowej jazdy często zdarza się słuchać trzy razy tego samego. Szaleństwo. Podczas wizyt po demonicznej stronie regularnie zacinało się sterowanie. Zamiast strzelać do demonów musiałem przed nimi uciekać do czasu, aż łaskawie gra nie „zaskoczyła” ponownie, a bardzo często pojawiające się ekrany ładowania doprowadzają wręcz do szału.

Odkupienie

Trochę postarałem się wady gry skompresować do maksimum, bo w przeciwnym razie właściwie cały tekst powinien być jednym wielkim narzekaniem. Jak tak można traktować odbiorców, panie Swery? Dać im fantastyczną opowieść pełną kapitalnie napisanych postaci i wystawić na męczarnie, oferując tak niedopracowany technicznie bubel? Fani zrozumieją i będą się cieszyć zabawą, wszyscy inni wrzucą grę do kosza z napisem „nie otwierać do końca świata”. Zupełnie jakby programistów bardziej interesowało dopracowanie kilku minigierek – pomimo rozegrania kilkunastu partyjek w kręgle dalej nie mam pojęcia jak się zlicza punkty – niż jako takie załatanie całej reszty.

Na pytanie czy grać, odpowiadam: oczywiście, że tak. Ale tylko w przypadku przyjęcia i zrozumienia konwencji.

O AUTORZE:

Im jestem starszy, tym bardziej doceniam gry dziwne, by nie powiedzieć, dziwaczne. Z DP2 spędziłem blisko trzydzieści godzin i mam ochotę po latach przypomnieć sobie część pierwszą. Gdybym miał wystarczającą odwagę powiedziałbym, że to nie jest seria dla osób bawiących się dobrze przy Fortnite. Ale tego nie powiem. Bawcie się dobrze i przeklinajcie ile wlezie. Warto.

Przemysław Zamęcki | GRYOnline.pl

Recenzja Beyond a Steel Sky - gry, na którą czekaliśmy 25 lat
Recenzja Beyond a Steel Sky - gry, na którą czekaliśmy 25 lat

Recenzja gry

Beyond a Steel Sky udowadnia, że na właściwy sequel warto poczekać nawet ćwierć wieku. Albo, że i dziś warto zapoznać się z 26-letnią grą z Amigi, by lepiej bawić się przy tej nowszej produkcji.

Recenzja Song of Horror – gra, która nie zawsze straszy tym, czym powinna
Recenzja Song of Horror – gra, która nie zawsze straszy tym, czym powinna

Recenzja gry

Song of Horror to straszna gra, która stawia na klasyczną prezentację, unikanie konfrontacji i zagadki. Ale czy wszystko, co tu straszy, na pewno było zamierzone przez twórców?

Przepis na cyberpunka to pixel art i synthwave – recenzja gry VirtuaVerse
Przepis na cyberpunka to pixel art i synthwave – recenzja gry VirtuaVerse

Recenzja gry

VirtuaVerse to pixel artowe i synthwave’owe dzieło sztuki. Przyjemna dla oka i ucha podróż do lat 80, która wskrzesza zakurzony gatunek przygodówek point’n’click.