Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 10 marca 2020, 23:00

autor: Hed

Recenzja Nioh 2 – gry, w której chcesz zginąć tysiąc razy

Kiedy zabierałem się za pisanie tej recenzji kusiło mnie, żeby podążyć za przykładem Team Ninja i po prostu przekopiować całe akapity z tekstu o pierwszej grze, zmienić nagłówki oraz dodać parę małych zmian.

Recenzja powstała na bazie wersji PS4.

PLUSY:
  1. ciekawe historyczne tło opowieści;
  2. ewolucja rozbudowanego systemu walki;
  3. świetne projekty nowych przeciwników;
  4. podobne rozmiary gry – sporo treści;
  5. zmiany usprawniające rozgrywkę, np. zapisywanie konfiguracji postaci;
  6. masa zawartości, którą zwiększa jeszcze tryb New Game +;
  7. lepsza niż w „jedynce” muzyka;
  8. ciekawszy wygląd całości.
MINUSY:
  1. rozczarowujący więksi bossowie;
  2. kurczowe trzymanie się schematów;
  3. w dalszym ciągu słabsze misje poboczne.

Tak, Nioh 2 to gra zrobiona przez kalkę. Ma podobną oprawę, identyczną wręcz konstrukcję oraz ten sam charakter co część pierwsza. W podobnym stylu „dwójka” przedkłada podejście ilościowe nad jakościowe, zasypując gracza setkami sztuk broni z losowymi statystykami, raczej miałkimi zadaniami pobocznymi i pomniejszymi, mało znaczącymi mechanikami, pokroju układania herbacianej ceramiki na półce. Oglądając niepodpisane screeny z obu gier, sam miałbym problem, żeby rozpoznać, który z nich pochodzi z nowszej odsłony cyklu.

To wszystko brzmi jak niemała katastrofa, ale natychmiast uspokajam osoby wypatrujące kolejnej okazji do ściągnięcia repliki katany znad kominka. Nioh 2, mimo braku rewolucyjnych zmian i odważnych decyzji dewelopera, potrafi wciągnąć tak samo mocno i w dalszym ciągu ma duszę. Te niewielkie modyfikacje, o jakie się pokuszono, przynoszą nową warstwę taktyki, która stoi u podstaw systemu walki, ale też niespotykany wcześniej element nieco niezbalansowanego chaosu. Studio Team Ninja słusznie wyszło z założenia przyjętego już tysiące lat temu przez azjatyckich myślicieli, że mając dobrą grę, trzeba użyć wszystkich sił, by postarać się jej nie zepsuć.

Co się stało z „japońskim wiedźminem”?

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie trzeba wiedzieć o Nioh 2, jest to, że rozstajemy się z bohaterem „jedynki”, czyli Williamem, który w naszym kraju bywa nazywany „japońskim Geraltem” albo „podrabianym wiedźminem”. Nioh 2 jest bowiem prequelem i wprowadza nowego śmiałka – bezimiennego wojownika, którego matka zostaje zamordowana przez tajemniczego mężczyznę z laską (nawiasem mówiąc, teraz możemy określić wygląd postaci w edytorze). Ów samuraj skrywa pewien sekret, gdyż nosi w sobie krew yokai, a więc demonów, z którymi ludzie toczą walkę. Bardzo szybko jednoczymy siły z Mumyo, przywódczynią Sohayo, frakcji skupiającej się na polowaniu na demony, oraz z Tokichiro, ambitnym najemnikiem i podróżnikiem, który poszukuje kamieni duszy dających moc.

Jak się to wszystko skończy, wiemy nie tylko na podstawie „jedynki”, ale i z lektury podobnych historii. Wspomniany minerał, owszem, gwarantuje powodzenie, ale nie za darmo. Kosztem potęgi jest utrata człowieczeństwa i pogrążanie się w ślepej chciwości. Ten trop fabularny wydaje się wyświechtany, ale w konwencji takiej gry jest zupełnie naturalny, tym bardziej że wszystko zostało przewiązane ładną wstążką nawiązań do pierwszej odsłony serii.

Na pozycji prequela druga gra z cyklu mości się komfortowo, pokazując początki dobrze znanych postaci, ale też wprowadzając nowe osobistości. Część z nich możecie znać z lekcji historii, bo podobnie jak pierwsza odsłona serii Nioh 2 do budowania dramaturgii wykorzystuje prawdziwe wydarzenia i postacie z dziejów Japonii, a konkretnie z okresu Azuchi-Momoyama. Przez znaczną część kampanii śledzimy na przykład próby zjednoczenia kraju przez Odę Nobunagę, jednego z wielkich japońskich przywódców, który zresztą wystąpił jako postać w wielu innych grach (np. w serii Samurai Warrior czy w strategicznym Nobunaga’s Ambition). Historia jego rządów pełna jest chwalebnych zwycięstw na polu bitwy, krzewienia kultury, ale też zakulisowych rozgrywek i intryg, włącznie ze zdradą, która doprowadziła do jego śmierci.

Przyznać muszę, że te historyczne akcenty Nioh są naprawdę świetne, bo w paru miejscach ładnie zbiegają się z rzeczywistymi wydarzeniami, na temat których można sobie doczytać. Demony pojawiające się w tle stanowią wręcz symboliczną reprezentacją wad ludzkiego charakteru, ulegającego pokusom władzy. Tyle tylko, że tu demony są prawdziwe i trzeba wbijać w nie ostre przedmioty.

Na tle ciekawych historycznych bohaterów walczących w imię dobra lub zła i zmagających się z wewnętrznymi demonami niknie nieco nasza „postać z edytora”. Pozbawiony głosu bohater potrafi tylko się przyglądać i próbować zrozumieć swoją rolę. Nie uważam tego jednak za duży minus, bo przecież naszym wkładem w grę ma być machanie mieczem, a nie charyzma i charakter. Dla mnie pewną wartość mają natomiast krótkie notatki na temat wspomnianych postaci historycznych, ale też demonicznych kreatur, jakie deweloperzy umieścili w tym uniwersum.

Oczywiście nie sposób traktować tego bezkrytycznie w kategoriach wiedzy kulturoznawczej, ale i tak twórcy zaserwowali sporo intrygujących ciekawostek na temat japońskich wierzeń czy zwyczajów. W chacie bohatera można na przykład ustawiać Licytowanie się, kto ma bardziej wystawną ceramikę do parzenia herbaty, opatrzone takimi parametrami jak „splendor”, „prostota” czy „oryginalność”. Wojna na wystawną ceramikę to rzecz w Polsce nie tak znowu obca, bo przecież, kiedy do domu przybywa zacny gość, na stół wjeżdża najdroższa zastawa, zwykle trzymana za szybą kredensu.

AFRYKAŃSKI SAMURAJ

Edytor postaci w Nioh 2 jest rozbudowany i pozwala na dużą dowolność. Ja na przykład próbowałem wykreować kogoś w stylu Michonne z The Walking Dead, czyli czarnoskórą wojowniczkę z kataną. Choć brzmi to jak absurd w jednorodnej kulturowo Japonii, z doniesień historycznych wiemy, że mogło być inaczej. Za czasów panowania przywódcy znanego jako Oda Nobunaga, o którym Nioh 2 po części opowiada, do Japonii przybył czarnoskóry wojownik, zatrudniony u włoskiego misjonarza. Nobunaga zaintrygowany jego postacią miał przyjąć go na służbę. Samuraj zyskał imię Yasuke i podobno służył temu przywódcy do samego końca. Zresztą, jeśli graliście w pierwszego Nioh, mogliście już skrzyżować z nim miecze.

Recenzja gry Wolcen – diablo trudna miłość
Recenzja gry Wolcen – diablo trudna miłość

Recenzja gry

Wolcen: Lords of Mayhem, niezależny hack’n’slash, zaliczył wejście smoka, o jakim inni konkurenci Diablo – Path of Exile i Grim Dawn – mogli tylko pomarzyć. Zobaczcie, dlaczego ten hack'n'slash wywołał tyle emocji.

Recenzja gry Dragon Ball Z: Kakarot – pięć dni dobrze się bawiłem w przeciętnej grze
Recenzja gry Dragon Ball Z: Kakarot – pięć dni dobrze się bawiłem w przeciętnej grze

Recenzja gry

Dragon Ball Z: Kakarot to gra dla fanów wciąż przepełnionych sentymentem do Son Goku. I tylko dla nich. Cała reszta może sobie odpuścić.

Recenzja gry Pokemon Sword – nie będzie żadnej rewolucji
Recenzja gry Pokemon Sword – nie będzie żadnej rewolucji

Recenzja gry

Pokemon Sword i Shield to niezwykle bezpieczne inwestycje – dostajemy to samo, co dostaliśmy 23 lata temu, ale w nowej oprawie graficznej. I choć seria wciąż bawi i uwodzi, tak nie można pozbyć się wrażenia, że zmurszałe drewno wyziera spod pięknej farby.