Recenzja Terminator 2D: No Fate. Sen fana T2, który mógł być czymś więcej
Terminator 2D: No Fate to powrót do początku lat 90. – do ówczesnych gier i kultowego dziś filmu. O ile jednak fan service obu tych elementów jest wzorowy, to zabrakło nieco kreatywności w pomysłach na samą rozgrywkę.
Nostalgia ma potężną moc! Dobrze wiedzą o tym twórcy z Bitmap Bureau, bo ich Terminator 2D: No Fate jest skierowany raczej wyłącznie do największych fanów kultowego dzieła Jamesa Camerona z 1991 roku oraz 16-bitowych, scrollowanych strzelanek arcade. Wszystko, co jest w tej grze najlepsze, zawdzięczamy głównie ekipie filmowców. Posuwamy się dalej, by zobaczyć arcade’owe interpretacje kultowych scen, porównać je z klasyką z Amigi autorstwa Ocean Software i szukać easter eggów z filmu.
Wszelkie etapy dodatkowe, stworzone głównie po to, by jakoś wydłużyć około godzinną rozgrywkę, już tyle tej magii nie mają. I choć wiele elementów przygotowano poprawnie, mam wrażenie, że dałoby się wycisnąć z tego coś więcej niż tylko klona Contry. Coś bardziej urozmaiconego innymi arcade’owymi mechanikami retro, zamiast samego scrollowania w bok. Na szczęście soundtrack złożony z różnych remiksów i interpretacji głównego motywu Brada Fiedela jest tak genialny, że cokolwiek dzieje się na ekranie, z taką muzyką wydaje się dziesięć razy lepsze!
Filmowe sceny w stylu Contry i Metal Sluga
Głównym daniem Terminatora 2D: No Fate są etapy znane z filmu: jest tu Arnie szukający w barze ubrania, butów i motocykla, jest pryśnięcie Sarah ze szpitala, ucieczka młodego Johna na motorowerze przed ogromną ciężarówką, wizyta w Cyberdyne, T1000 goniący nas śmigłowcem i finał w hucie stali. Twórcy skwapliwie pominęli pewne sekwencje, w których trudno byłoby ukryć niuanse scenariusza – chociażby Arniego z minigunem, który mimo wystrzelenia miliona pocisków nie zabił żadnego policjanta. Zamiast tego dodali parę etapów wymyślonych przez siebie: prequel pokazujący, jak Sarah znalazła się w szpitalu psychiatrycznym, oraz dojrzałego Johna Connora walczącego z robotami w ruinach Los Angeles. Przy powtórnym przejściu gry da się nawet trochę zmienić kinowy scenariusz, co prowadzi do zupełnie nowej misji na komisariacie oraz alternatywnego zakończenia.
Nie są to jednak jakieś arcydzieła i ogólnie wszelkie próby wyjścia poza filmowy materiał trochę odstają od reszty. Spodobają się jedynie miłośnikom Contry i Metal Sluga, z których zaczerpnięto najwięcej inspiracji. W etapach znanych z kina mamy natomiast nieco więcej różnorodności. Misje bywają ciekawsze nie tylko dlatego, że znamy je z kultowego filmu. Grając jako Sarah, będziemy otwierać drzwi i ukrywać się w ciemnych wnękach, choć nie nazwałbym tych fragmentów skradankowymi. Pomysłowo rozwiązano etap, w którym kierujemy T800 szukającym ubrania. Terminator nie może przecież zginąć z rąk zwykłych chuliganów z kijami, dlatego ewentualne otrzymanie ciosu zmniejsza limit czasu na przejście etapu, a nie pasek zdrowia bohatera.
Trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, że dałoby się z tego wycisnąć dużo więcej zamiast ciągłego scrollowania w prawo. Już amigowa wersja Ocean Software miała sekwencje z puzzlami albo znacznie ciekawiej zrealizowaną misję ucieczki Johna na motorynce – dla odmiany scrollowaną w górę. W No Fate takiej różnorodności bardzo brakuje – jest wyłącznie strzelanie w stylu Metal Sluga. Widać też pewną niekonsekwencję w tym posuwaniu się w bok, bo w niektórych lokacjach da się poruszać bez przeszkód, a w innych próba powrotu w lewo, do miejsca, gdzie się było przed chwilą, jest niemożliwa. Zwykle rzeczywiście nie ma po co wracać, niemniej czasem można przegapić jakiś power-up i taka sztuczna blokada trochę irytuje.
Arnie jednak nie powrócił...
Rozczarowujący jest też brak samego Arnolda Schwarzeneggera. Twórcy zabezpieczyli filmową licencję z całym dobrodziejstwem inwentarza – oprócz wizerunku najważniejszej ikony całego uniwersum. W efekcie T800 pojawia się w grze sporadycznie, niczym jakiś mało ważny statysta, a znaną twarz austriackiego aktora zastępują rozmazane piksele metalowej głowy cyborga. Kłuje to w oczy, zwłaszcza gdy co chwilę widzimy grafiki z Lindą Hamilton, Edwardem Furlongiem i Robertem Patrickiem. Ale – co ciekawe – aktorzy okazują się do siebie podobni jedynie na obrazkach, które są ewidentnie pixelartowymi przeróbkami autentycznych fotosów gwiazd – tam, gdzie twórcy rysowali jakieś sceny do przerywników samodzielnie, trudno się doszukać równie dużego podobieństwa.
Kupując Terminatora 2D: No Fate, trzeba być jeszcze świadomym, że jest to gra na mniej więcej godzinę zabawy, a ponowna rozgrywka i nowe etapy nie zapewniają zbyt wielu atrakcji, są nawet nieco dziwne i rozczarowujące, jeśli wziąć pod uwagę kanon uniwersum. Wydłużenie czasu przechodzenia gry oparto głównie na mechanice z automatów arcade, czyli po wyczerpaniu „żyć” mamy „game over” i zaczynamy wszystko od początku – nie od miejsca, gdzie skończyliśmy. Ale spokojnie – fani „story mode’u” mogą wybrać również łatwiejszy poziom, bez powtórek etapów. Są też trudniejsze opcje, np. walki z samymi bossami albo wyłącznie misje Sary Connor. Tyle że w tych wariantach nie ma, w moim odczuciu, nic ciekawego, nic wzbogacającego gameplay, czego nie można by przegapić. Może z wyjątkiem okazji do posłuchania dłużej absolutnie genialnej ścieżki dźwiękowej.
Dla fanów i przy okazji promocji
Terminatora 2D: No Fate mogę więc polecić jedynie największym fanom arcade’owych strzelanek retro oraz samego filmu, ale nawet w takich przypadkach sugerowałbym poczekać do jakiejś promocji. Nie da się odmówić twórcom z Bitmap Bureau pasji do materiału źródłowego i do gier retro – to wszystko jak najbardziej widać w ich Terminatorze. Trochę się jednak „zafiksowali” na tym „metalslugowo-controwym” podejściu do rozgrywki. Można się tu było wykazać większą kreatywnością albo po prostu ja miałem za duże oczekiwania... W każdym razie chociażby dla samego soundtracku, dla pierwszej ścieżki fabularnej i doświadczenia wprost z automatów arcade – warto zagrać w T2: No Fate – ale najlepiej przy okazji jakiejś przeceny.
- absolutnie fenomenalna ścieżka dźwiękowa oparta na oryginalnej muzyce z filmu;
- dobrze zrealizowane mechaniki shootera retro;
- widać i czuć pasję do filmowego pierwowzoru oraz klasyki gier ery arcade.
- dodatkowe etapy i zakończenia trochę odstają od sekwencji opartych na filmowym scenariuszu;
- można tu było wcisnąć więcej pomysłów i mechanik niż tylko scrollowanie w bok;
- raptem godzina rozgrywki to nie do końca wada w takiej formule, ale warto mieć to na uwadze.
Egzemplarz gry do recenzji zdobyliśmy we własnym zakresie. Nasze zasady recenzowania gier oraz opis skali ocen znajdziesz tutaj.
GRYOnline
Gracze
Steam
OpenCritic
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google
4
Terminator 2D: No Fate
Terminator 2D: No Fate to gra dla największych fanów strzelanek arcade oraz samego filmu, ale nawet im sugerowałbym chyba poczekać do jakieś promocji. Nie da się odmówić twórcom pasji do materiału źródłowego, do gier retro, ale za dużo tu Contry, a za mało współczesnego gamingu.





