Recenzja Disciples Domination. Generyczne szarobure fantasy, które mogło być DLC do Liberation
Disciples: Domination jest pod wieloma względami lepsze od Liberation. Równocześnie gra jednak sprawiła wrażenie, że czułem się, jakbym grał w dodatek, a nie pełnoprawną kontynuację.
Recenzja powstała na bazie wersji PC.
KomentarzeDisciples II to to nie jest, co najwyżej gra o aspiracjach do tego, czym było Disciples III. Domination to bezpośrednia kontynuacja Liberation i to było widać już przy zapowiedziach. Dlatego fani oryginalnej trylogii ponownie nie mają czego szukać w piątej odsłonie serii, a gracze, którym spodobała się pierwsza przygoda Avyanny powinni być zadowoleni, ponieważ teraz mamy do czynienia z bardziej udaną grą, choć obarczoną kilkoma wadami.
Dlatego mam z tą grą problem. Z jednej strony doceniam, że postanowiono nie podejmować się kolejnej rewolucji, o czym już pisałem w zapowiedzi Disciples: Domination. Z drugiej jednak strony gra rozmija się z moimi oczekiwaniami i nie chodzi tu o rozgrywkę. To wciąż uniwersum odarte z szat dark fantasy i pozostawione w generycznym high fantasy.
Drużyna powraca, żeby ratować świat. Znowu
Wprowadzenie do historii Disciples: Domination jest prawdopodobnie jednym z najgłupszych, jakie spotkałem w grach. Po wydarzeniach z Liberation Avyanna włada Nevendaarem 20 długich lat. Przez ten czas ludzie, demony, elfy, nieumarli nie doznali dostatku, ponieważ bohaterka dosłownie zaniedbała swoje obowiązki. Siedziała w zamku i ignorowała wszystkich, którzy przychodzili z problemami. Dlaczego? To już nie zostało wyjaśnione, może codziennie wstawała z łóżka lewą nogą.
Wystarczy jednak jedna wizja, duch jej przyjaciela Oriona, który ostrzega przed nadchodzącym kryzysem. Apele ludu o pomoc można zignorować, ale gdy pojawia się duch kolegi to co innego, czas ruszać do pracy. No i w ten sposób zaczyna się kolejna podróż, gdy tym razem skorumpowana mana rozprzestrzenia się na kontynencie i trzeba odkryć, dlaczego.
Po drodze do Avyanny dołącza część jej starych towarzyszy, innych w ogóle nie spotykamy. Tu muszę wspomnieć o bardzo dobrej decyzji twórców. Otóż świat nie ignoruje tego, że przez ostatnie 20 lat był, no cóż, ignorowany. Postacie niezależne lubią to wypominać Avyannie, a jej reakcje są mieszane. Czasami przyzna się i przeprosi, a innym razem wydaje się, jakby czuła irytację, że ktoś ma czelność jej wytykać błędy.
Najlepiej prezentuje to dialog z jednym z rekrutuowanych towarzyszy. Nie chcę zdradzać, o kogo chodzi, ale wymiana zdań jest wspaniała. Otóż bohaterka mówi, że jej dawny przyjaciel musi iść jej pomóc, a gdy ten odpowiada „gdzie ty byłaś, gdy ja ciebie prosiłem przez lata?” to ona ripostuje tekstem brzmiącym mniej więcej „nie smęć, było, minęło; teraz idziesz ze mną”. Równocześnie Avyanna zdaje się dziwić, że różne rasy sprzymierzają się przeciwko niej. Czemu ją to dziwi, skoro dwie dekady wcześniej sama zjednoczyła rasy, a teraz są problemy, bo nic nie robiła?
Wątek fabularny rozkręca się z czasem i potem śledziłem go z pewnym zaangażowaniem, zwłaszcza gdy Avyannie obrywało się za swoje podejście do rządzenia. Mimo wszystko świat ten wciąż jest generyczny do bólu. Ponownie Avyanna skleja ekipę, której każdy członek jest z „innej parafii”. Jest krasnolud, człowiek, elf, nieumarły i demon. Można ich policzyć na placach jednej dłoni, więc coś tu się nie zgadza, ponieważ ilu było towarzyszy w Liberation? Dziewięciu? No właśnie. Czegoś grze brakuje i nie tylko pomocników znanych z poprzedniej gry, ale do tego tematu jeszcze wrócę.
Prawie jak Bóg-Imperator, Avyanna siedzi na tronie
Jedną z kluczowych mechanik wyróżniających Disciples: Domination na tle Liberation jest wydawanie wyroków. Mechanika nie jest inwazyjna i nie sprawia wrażenie wciśniętej na siłę. To metoda do nabijania punktów reputacji u każdej z pięciu nacji. W ten sposób wlatują bonusy w postaci zwiększonego morale, niższych kosztów rekrutacji i przedmiotów specjalnych. Dopiero jednak maksymalny poziom reputacji przynosi zauważalne profity.
Czasem przy wydawaniu wyroków trzeba kalkulować, bo aby zyskał ktoś, stracić musi ktoś inny. Zdarza się to w sytuacjach, gdy brakuje akurat zasobów, żeby wybrać tę lepszą opcję, ale wtedy najlepiej trochę zaczekać. Przyrost zasobów działa tak samo jak w Liberation, czyli na godzinę czasu gry otrzymujemy określoną liczbę zasobów.
Czasami wyrok jest związany z jakimś zadaniem pobocznym, ale najczęściej, tak jak napisałem, to nowa metoda zdobywania reputacji u wszystkich nacji. Ciekawie robiło się dopiero wtedy, gdy musiałem podjąć decyzję związaną z głównym wątkiem fabularnym. Jeśli miałem tonę zasobów, to mogłem wybrać najlepsze opcje, by potem po prostu pchnąć fabułę do przodu. Te gorsze opcje wprowadzają niekorzystne zmiany, na przykład musimy najpierw iść pokonać jakąś armię, żeby móc iść dalej z historią.
Z powodu intensywności pochłaniania zasobów przez tę mechanikę nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że powstała głównie po to, żeby gracz przypadkiem nie miał ich zbyt dużo. Wszystko, co jest w Disciples: Domination potrzebuje tego samego i podnoszenie reputacji wiąże się z kolejnym kosztem.
Nowa droga Avyanny do statusu superbohaterki
Avyanna jest główną bohaterką i dlatego trzeba ją ulepszyć od początku. Fabularnie otrzymujemy wyjaśnienie, że jej stare potężne uzbrojenie przepadło i nie zdziwiłbym się, gdyby jej forma spadła po 20 latach siedzenia na tronie. Dlatego trzeba od nowa przerobić ją na jednoosobową armię, co zajmuje trochę czasu. Do wyboru są cztery specjalizacje: Primordial Ruler, Warmaster, Witch Queen oraz Holy Regent. Każda z nich ma jeszcze dwa oddzielne drzewka talentów i na przykład Primordial Ruler rozdziela się na Empress (skupia się na walce wręcz) oraz na Elementalist, co oczywiście zdradza nacisk na używanie zaklęć.
Poza tym, jak w każdym obecnym RPG, Avyanna, a w tym przypadku i ja, byliśmy zasypywani sprzętem, którego 90% to złom i tylko zalega w plecaku. W Disciples: Domination powracają także Emotion Shardy, czyli dodatkowy przedmiot, który wręczyć można Avyannie lub zwykłym jednostkom, żeby wzmocnić ich skuteczność w walce.
Nie czułem jednak żadnych emocji w związku z budowaniem postaci i składaniem ekwipunku. Może dlatego, że ikon sprzętów było bardzo mało i co chwilę powtarzały się te same? Nie było także konsekwencji w statystykach i mogłem założyć zbroję płytową dającą mi kilkadziesiąt punktów zręczności lub zwykłą skórzaną zwiększającą moją wytrzymałość. Ciekawie robi się dopiero, gdy zaczynają wpadać przedmioty legendarne, ponieważ te zawsze posiadają jakąś cechę specjalną i wokół niej czasem warto spróbować przetestować jakiś build (jak w przypadku dodatkowych 5% mocy za każdą odporność na poziomie 50% lub więcej).
Przymus zamiast syndromu „jeszcze jednej walki”
Disciples: Domination rzuciło mnie w otwarty świat Nevendaaru, któremu daleko do bycia interesującym. Zwiedzanie mapy i wykonywanie zadań po czasie sprowadzało się do tego, że miałem ochotę wcisnąć ALT+F4, gdy dochodziło do kolejnego starcia. To ciekawe, ponieważ na ten sam problem cierpiało Liberation i deweloperom nie udało się tego naprawić, mimo podjętych prób.
Tym razem pola walki są asymetryczne, nie są stale prostokątne, jak w Liberation. Do tego przed starciem pojawia się mapa strategiczna pozwalająca w locie zmienić skład drużyny oraz jej ułożenie. Największą zmianą jest jednak wprowadzenie zmian pogodowych (i nie tylko). Przed rozpoczęciem bitwy jest informacja, czy z nieba będą spadały skały, śnieg czy będą nas nękać wybuchy ognia. To nadaje losowości starciom i wymaga dostosowania do sytuacji.
Podobnie jest z dodatkowymi celami, ponieważ gra wskazuje, że trzeba wygrać walkę przed końcem drugiej rundy albo bez towarzyszy, bez postaci na tylnej linii lub z jednostkami z maksymalnie dwóch różnych frakcji. Jeśli udawało mi się to zrobić, to wpadało dodatkowe złoto i jakiś przedmiot, którymi Disciples: Domination bardzo lubi obdarowywać.
Te powyższe zmiany nie miały jednak znaczenia, bo po pewnym czasie i tak miałem dość. Naprawdę, prędkość walki ustawiona na 250%, ale po 20 godzinach już pękałem. Nie chciało mi się i momentami czułem, że gram na siłę, żeby tylko zdążyć ją ukończyć. To ciekawy przypadek, bo pomimo dużej liczby starć takiego zmęczenia nie czułem nigdy w Heroes of Might and Magic, Disciples I i II lub w Songs of Conquest.
Być może inaczej sytuacja wygląda w nowej grze plus, która, podobnie jak w poprzedniczce, bierze swoją nazwę od podtytułu. Wtedy dostaje się więcej doświadczenia i można używać wszystkich bohaterów równocześnie, a nie wyłącznie dwóch. Do tego pojawia się alternatywne zakończenie, co może motywować do ponownego przejścia gry, ale do tego trzeba dojrzeć.
Niby high fantasy, a wszędzie szaroburo
Disciples Liberation proponowało grafikę o bogatej kolorystyce i kontrastach oraz stylizowany interfejs. W przypadku Domination twórcy poszli w drugą stronę, na czym ucierpiało UI (co jeszcze można przeżyć) oraz cały świat. Gra jest pozbawiona wyrazistych barw, przez co wszystkie mapy – czy to w lesie, na wybrzeżu, spalonych pustkowiach czy na bagnach – wyglądają podobnie.
Pewnym zróżnicowaniem są podziemia, ponieważ wtedy Avyanna zsiada z konia i eksploruje nowe tereny; tych jednak nie ma zbyt wiele i na jedną mapę przypadają dwa dungeony. Zazwyczaj nie ma po co do nich wracać, chyba że akurat ustawiono tam skrzynię lub ukryte drzwi, do których odblokowania potrzebny jest któryś z towarzyszy. To jeden z najgorszych backtrackingów, jakie widziałem, ponieważ wracanie specjalnie po jedyną skrzynkę, z której wypada zbędny miecz, nie motywuje do eksploracji.
Na szczęście w przeciwieństwie do grafiki muzyka spełnia swoją rolę i jest klimatyczna. Znaczy się wtedy, gdy jest obecna, ponieważ kilkukrotnie zdarzało się, że podczas biegania po mapie lub w trakcie walki towarzyszyła mi cisza i nie wiem, czy to było zaplanowane, czy coś się nie włączało. Niestety zawsze działały odgłosy konia, który sapie cały czas. Podczas zwiedzania wystarczy mi tętent kopyt i nie potrzebuję dyszenia jak u szkapy w drodze nad Morskie Oko.
Błędów niewiele, ale są
Błędy w Disciples: Domination to na szczęście drobnica, która powinna zostać załatana szybko po premierze, a może nawet pierwszego dnia. Znalazłem je w różnych miejscach (chociaż w zdecydowanej większości przypadków to one znalazły mnie) i pierwszym były dziwne ustawienia upscalingu, a raczej jego braku. Gdy wyłączyłem FSR i XeSS, to skalowanie rozdzielczości i tak było ustawione na 75% i nie mogłem podnieść tej wartości.
Dalsze problemy napotkały mnie w gameplayu. Raz w trakcie starcia gra mnie wyrzuciła do pulpitu bez żadnego powodu. Natomiast regularnie trafiałem na problem z wyborami przed walką. Otóż w teorii są dostępne przyciski: Ready, Retreat i Conquer. Nie trzeba ich tłumaczyć, zwłaszcza komuś, kto grał w Liberation.
Na wszelki wypadek szybko objaśnię. Ready oznacza rozpoczęcie starcia, Retreat wycofanie się, a Conquer automatyczne podsumowanie starcia bez walczenia, gdy ma się przewagę nad przeciwnikiem. Ready działało zawsze, ale z pozostałymi bywało różnie i wyłączając celowe decyzje twórców nie rozumiem, dlaczego Retreat raz miałoby być dostępne, a innym razem nie. Bywało, że musiałem celowo zaczynać walkę tylko po to, żeby wczytać zapis, który wykonałem przed podejściem do przeciwnika. Podobnie jest z Conquer, ponieważ mogłem mieć prawie 20 poziomów przewagi nad wrogiem i opcja wciąż była niedostępna, gdy gdzie indziej wroga armia będąca słabsza tylko o 4 poziomy dawała się zmielić.
W moich oczach to błędy, które zostaną naprawione i nie wpływają w znacznym stopniu na przechodzenie gry. Tylko raz zdarzyło się, że już miałem przed oczami rozpoczynanie gry od początku. Gdy byłem w podziemiach, otworzyłem zablokowane drzwi, przez które musiałem przejść, by popchnąć fabułę do przodu, ale Avyanna uderzała w niewidzialną ścianę. Na szczęście wczytanie poprzedniego zapisu pomogło.
Disciples Domination to prędzej dodatek niż pełnoprawna gra
Gdy powyższa myśl wpadła mi do głowy, nie umiałem się jej pozbyć, bo idealnie podsumowuje całą grę. Domination wprowadza nową nację w postaci krasnoludów i ulepsza system walki, wprowadzając nowe mechaniki. Ale wszystko odbywa się w znacznie mniejszej skali. Pełne ukończenie gry na niższych poziomach trudności zajmie około 40 godzin, co jest wartością znacznie mniejszą od tego, co oferowało Liberation.
Nie widzę w tym nic złego i akurat ten aspekt uważam za plus, ponieważ opowieść jest bardziej zwarta i nie sprawia wrażenie rozciągniętej na siłę. Problem polega jednak na tym, że w Disciples: Domination wszystkiego jest mniej. Co z tego, że powróciły krasnoludy, gdy teraz każda ze stron ma tylko 9 jednostek (łącznie 45), gdy w Liberation było ich 14 (łącznie 56). To aż o 11 jednostek mniej, a co za tym idzie mniej kombinowania z synergiami i ciekawymi armiami.
Do tego nawet towarzyszy jest mniej. Pojawia się ich pięciu, gdy w oryginale było dziewięciu i gra nie tłumaczy, co się z nimi stało. Może nie chcieli mieć do czynienia z niekompetentną władczynią, za co nie można ich winić, ale jednak gdy pojawił się kryzys, to mogliby wyściubić nos ze swojej nory.
Wracając jednak do wątku zawartości, to ewidentnie widać, że gra jest mniejsza i krótsza. Mogłaby robić za dodatek, a nie samodzielną produkcję. Tu brakuje jakiegoś postępu, który wiązał się na przykład ze ścieżką, jaką przeszło Heroes of Might and Magic od części pierwszej do trzeciej. Tam widać zmiany, dodawanie nowych mechanik, jednostek, podczas gdy u źródła gra pozostawała tym samym. Z takiej perspektywy Disciples: Domination otrzymało wyłącznie kosmetyczne zmiany.
To gra poprawna i nic poza tym. Błędy są niewielkie i nie ma ich dużo. Pod względem wydajności także jest dobrze i nie mam do zarzucenia nic, co psułoby doświadczenie z rozgrywki. Ale to gra wyłącznie dla fanów Liberation, a jeśli ktoś dopiero zaczyna przygodę z odświeżonym Disciples, to wątpię, czy na Domination starczy mu sił.
- twórcy nie pchali się w następną rewolucję;
- gra działa dobrze pod względem płynności i wydajności;
- jest krótsza od Liberation;
- pojawiły się nowe elementy rozbudowujące system walki.
- to znowu Disciples, któremu bliżej do King’s Bounty;
- gra po czasie staje się bardzo żmudna i męcząca;
- błędów jest niewiele, ale są obecne i przeszkadzają;
- punkt wyjścia fabuły działa na szkodę bohaterki, której i tak nie da się lubić;
- zmian jest zbyt mało, żeby nazwać to pełnoprawną kontynuacją;
- brak polskiej wersji językowej.
Egzemplarz gry do recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od jej wydawcy, firmy Kalypso Media. Nasze zasady recenzowania gier oraz opis skali ocen znajdziesz tutaj.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google
Disciples: Domination
Z wyraźnie skromniejszą zawartością i nielicznymi innowacjami, Disciples: Domination sprawia wrażenie bardziej dodatku niż pełnoprawnej kontynuacji. To gra poprawna i nic poza tym, z nieprzekonującą fabułą i generycznym światem high fantasy; wyłącznie dla fanów Disciples: Liberation.








