Codename 23

Codename 23 ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

02.02.2026 18:54
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
9.0
PC

Unreal okazał się wielkim sukcesem. Pakiet misji dodatkowych Unreal: Return to Na Pali również utrzymywał poziom „podstawki”. Nic więc dziwnego, że sequel musiał wyjść. Niespodziewanym jednak okazał się kierunek, w którym ten sequel podążył.

Otóż Unreal Tournament to gra nastawiona na rozgrywki multiplayer’owe. Co nie oznacza, że nie posiada kampanii dla pojedynczego gracza. Mało tego, jest to kampania naprawdę udana! Fani krwistych, dynamicznych FPS-ów i rozgrywek Multi Player będą zachwyceni. Produkcja ma swój unikalny styl z zachowaniem ducha oryginalnego Unreal'a.

Rozgrywka jest bardzo prosta w założeniach. Kampania dla pojedynczego gracza składa się z serii turniejów, znanych głównie z różnych trybów multiplayer’owych, z tą różnicą, że żywi gracze zastąpieni są tak zwanymi „bot’ami”, czyli przeciwnikami kierowanymi przez sztuczną inteligencję. Większość tych turniejów polega głównie na walce i zdobywaniu „frag’ów”, czyli punktów za zabójstwo.

Wśród trybów turniejowych w kampanii dla pojedynczego gracza mamy:
1. Deathmatch – Polega na zdobywaniu frag’ów. Każde zabójstwo to jeden punkt (frag). Aby wygrać, należy zdobyć wymaganą liczbę punktów. Samobójstwa odejmują punkty. Tutaj wszyscy są przeciwnikami (każdy na każdego).
2. Dominacja – Polega na przejmowaniu punktów kontrolnych na mapie. Jest to tryb drużynowy. Każdy przejęty punkt nalicza punktację. Wygrywa drużyna, która osiągnie limit punktacji.
3. Walka o flagę – Tryb drużynowy polegający na wykradnięciu flagi przeciwnika i dostarczeniu jej do własnej bazy. Każde dostarczenie flagi to jeden punkt (pod warunkiem, że własna flaga jest w bazie). Mecz wygrywa się po osiągnięciu limitu punktów.
4. Szturm – Tryb drużynowy polegający na wykonaniu zadania obrony i ataku. Podczas jednej rozgrywki są dwie rundy – raz atakujemy, raz się bronimy. Rozgrywka ograniczona jest czasem.
5. Pojedynek – Seria mistrzowskich Deathmatch’y z podwyższonym poziomem trudności.

Gra jest bardzo dynamiczna i posiada kilka poziomów trudności. Najniższy nie sprawia żadnych trudności, a najwyższy… przeznaczony jest tylko dla pro graczy i masochistów. Ponadto im wyżej pniemy się w turnieju, tym (nieznacznie) poziom przeciwników rośnie.

Tak samo, jak w Unreal, każda broń ma dwa (lub więcej) trybów strzału. Standardem są dwa tryby (podstawowy i alternatywny), ale czasem można wykonywać kombosy, np. w Shock Rifle można wystrzelić kulę energii (strzał alternatywny) i zde-tonować ją strzałem podstawowym, co zwiększa siłę i rażenie wybuchu kuli. Na uznanie zasługuje zwłaszcza Rocket Launcher. Podstawowym atakiem w wyrzutni rakiet jest wystrzelenie rakiety. Ale! Przytrzymując klawisz ataku można załadować i wystrzelić do sześciu rakiet (jakby ktoś się zastanawiał, co wyjdzie z połączenia wyrzutni rakiet i strzelby – Digital Extremes znalazło rozwiązanie). Ale! Jeśli podczas korzystania z wyrzutni będziemy dłużej celować w jednego przeciwnika, uruchomi się tryb rakiet samonaprowadzających! Alternatywnym atakiem jest wyrzucenie rakiet niczym granatów, których również można załadować do sześciu sztuk. Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych broni wymyślonych w grach. Polecam!

Gra fabuły jako takiej nie posiada. Jako zawodnik bierzemy udział w turnieju zorganizowanym przez korporację Liandri Mining Corporation. Informuje nas o tym lektorka podczas wprowadzającego intro. Dodatkowym źródłem informacji o świecie są opisy frakcji podczas wyboru awatara oraz opisy map i przeciwników.

Graficznie gra wygląda całkiem dobrze, jak na swoje lata. Mapy są dość zróżnicowane – zdarzy nam się walczyć w opuszczonych hangarach i fabrykach, jak i na statkach kosmicznych pędzących gdzieś w przestrzeni. Animacje postaci również wyglądają dobrze, nie ma się do czego przyczepić.

Elektroniczna muzyka w grze, również jest na wysokim poziomie i klimatem świetnie pasuje do brutalnej przyszłości dystopii korporacyjnej z domieszką cyberpunku. Dźwięki i odgłosy w grze są bardzo dobrze wykonane, a najwyższe pochwały należą się narratorowi komentującemu nasze poczynienia. First Blood!

Początkowo, odpalając grę na nowoczesnym komputerze gra chodziła bardzo powoli i się cięła. Po pogrzebaniu w opcjach graficznych (już nie pamiętam, ale chyba chodziło o rozdzielczość) wszystko się unormowało. Gra chodzi płynnie, mapy wczytują się bardzo szybko.

Z drobniejszych błędów, które znalazłem, to zauważyłem błędy gramatyczne w spolszczeniu. Nie jest ich jednak zbyt dużo i o ile ktoś nie jest „NaziGrami”, to nie wpłynie to w żaden sposób na odbiór gry.

Teraz trochę o design’ie gry. Menu, tak samo jak w Unreal, stworzony został w stylu Windows’owych „okienek”, co uważam za średnio czytelne i niezbyt ładne. HUD gry za to jest bardzo czytelny, utrzymany w klimacie gry i „nieprzeszkadzający” w rozgrywce. Przed rozpoczęciem każdego turnieju możemy również skorzystać (choć nie musimy) z samouczka, który zapoznaje nas z podstawowymi mechanikami każdego z turniejów. Mapy, broń i postacie są zaprojektowane fenomenalnie i świetnie wpisują się w klimat gry.

Unreal Tournament jest produkcją do której bardzo dobrze się wraca. Co prawda tryb Multi Player nie bardzo mnie interesuje, to rozgrywki w sieci LAN (ze znajomymi) sprawiły mi dużo radochy.

Unreal Tournament, to świetny, dynamiczny FPS, dla maniaków rozgrywek w Multi. Nawet jeśli ktoś nie przepada za graniem w sieci (tak jak ja), to i tak kampania dla pojedynczego gracza sprawi dużo frajdy. No chyba, że ktoś nie przepada w ogóle za tryb em Deathmatch – w takim przypadku grę należy ominąć.

PLUSY:
+ Dynamika i prostota rozgrywki.
+ Dużo poziomów trudności – można łatwo dostosować grę pod swoje umiejętności.
+ Klimatyczne mapy.
+ Ścieżka dźwiękowa.

MINUSY:
- Tylko dla miłośników sieciowych trybów gry.

24.01.2026 10:00
Codename 23
Codename 23
26

Błędnie oznaczyłem platformę. Powyższa recenzja dotyczy wersji na Sony PlayStation (PS1).

18.01.2026 22:21
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
8.0
PS1

Medal of Honor to jeden z tych tytułów, których nie trzeba nikomu przedstawiać. To jedno z tych dzieł, które powinno być znane również graczom, którzy nie zagrywają się w FPS-y.

Medal of Honor to najznamienitszy przedstawiciel tzw. „wojennych shooter’ów”. Za produkcję odpowiada studio DreamWorks Interactive, znane również z gier Small Soldiers, czy Trespasser. Gra powstała wyłącznie na platformę Sony PlayStation i jest pierwszą częścią cyklu. Charakteryzuje się dużą filmowością w stylu staroszkolnych filmów drugowojennych.

Medal of Honor to FPS, co za tym idzie, sterowanie na padzie jest dość trudne dla nowicjusza. Zdecydowanie, dobrze jest zaopatrzyć się w pada DualShock®. Nieznacznie ułatwi on grę dzięki analogom. Poza platformą, gra niczym nie różni się od standardowych FPS-ów: chodzimy, kucamy, skaczemy i strzelamy. Kampania Single Player polega na przechodzeniu kolejnych misji. Misje są również podzielone na etapy, między którymi możemy poczytać o otrzymanym zadaniu.

Gra nie posiada możliwości wyboru poziomu trudności. Trudność produkcji „podnoszona” jest z czasem – przeciwników jest więcej i zdecydowanie są celniejsi, nie wspominając o lepszym wyposażeniu. Każda kolejna misja jest większym wyzwaniem.

Po eliminacji wrogów pozostaje po nich amunicja. Czasem apteczki. Oczywiście zaopatrzenie jest również poukrywane na mapach i choć gra jest liniowa do bólu, czasem znajdzie się jakaś odnoga z ukrytym wyposażeniem. Tu i ówdzie rozsiane są również gniazda karabinów maszynowych, z których korzystanie sprawia nie małą frajdę.

Pomimo dość trudnego sterowania (podziwiam ludzi umiejących grać na padach – dla mnie to jak latanie rowerem), gra bardzo wciąga i bawiłem się przy niej raczej dobrze. Nie jest to może najlepszy i najbardziej dopracowany FPS świata, ale mimo to, jest naprawdę udaną produkcją i chyba jednym z najlepszych FPS-ów na konsole PlayStation.

W grze wcielamy się w żołnierza, porucznika Jimmy’ego Paterson’a. OSS (Office of Strategic Services) werbuje oficera po jednej z jego akcji, zlecając mu kolejne misje. Przeważnie będą nas czekać misje poszukiwawcze lub sabotaże. Kilka razy podziałamy niczym sławny Hans Kloss, przebierając się w mundur niemiecki, działając pod przykrywką. Dziś tego rodzaju misje to standard, ale w 1999 roku, takie urozmaicenia robiły wrażenie.

Sama fabuła popychana jest poprzez odprawy (przed każdą misją) i informacje o zadaniach (przed każdym etapem misji). Chociaż ciężko nazwać to fabułą, po prostu wykonujemy niezwiązane ze sobą misje.

Graficznie gra nie wygląda już najlepiej – modele są brzydkie, tekstury rozpikselowane (a do tego skaczą, załamują się i potrafią zanikać – zgodnie ze standardami PlayStation). Obszar widzenia jest również dość niski, przez co często jesteśmy ostrzeliwani przez „niewidocznych” przeciwników. Pochwalić za to należy animacje. Niemieccy żołnierze chowają się za przeszkodami, ostrzeliwują nas zza winkla, a po postrzale tracą rezon lub umierają (i robią to trochę dramatycznie, w stylu starych filmów, ale pasuje to do rozgrywki).

Muzyka za to stoi na wysokim poziomie. Jest filmowa, wręcz epicka. Nic dziwnego, głównym kompozytorem muzyki jest Michael Giacchino, który często współpracuje ze studiami DreamWorks i Disney, tworząc muzykę do wielu gier i filmów. Szkoda tylko, że ścieżka dźwiękowa nie jest interaktywna, przez co potrafi budować napięcie nawet gdy nic się nie dzieje.

Wrodzy żołnierze również brzmią dobrze. Wypowiadane przez nich kwestie są czyste, brak trzasków lub zacięć.

Gra chodzi płynnie, nie zdarzyło mi się, aby spowalniała lub zacinała się, nawet podczas wybuchów lub większej ilości przeciwników.

Bardzo podoba mi się menu gry, które zresztą stało się wizytówką serii (przynajmniej tych drugowojennych odsłon). Menu to biuro, w którym różne opcje są przedstawiane przez odpowiednie przedmioty. I tak rozpoczynając nową grę musimy „kliknąć” na mapę, gdy chcemy wejść w opcje „klikamy” na radiostację, a wczytanie gry przedstawiane jest przez akta.

Po ukończeniu każdego etapu przedstawia nam się raport z oceną oraz statystykami takimi jak celność lub trafienia. Jest to dość klimatyczne. Ponadto, za ukończenie całej misji z wysoką oceną otrzymujemy, jak sama nazwa gry wskazuje, medal.

Projekt misji jest dość liniowy. Poruszamy się z góry wyznaczonymi trasami. Nie ma możliwości, abyśmy zgubili się na terenie misji.

Do dyspozycji gracz dostaje kilka rodzajów broni z okresu, np. karabin M1 Garand, pistolet maszynowy MP 40, karabin wyborowy Springfield M 1903.

Średnia długość gry to około 10 godz. Choć gracze przyzwyczajeni do grania na padach zejdą z tym czasem niżej.

Medal of Honor wyróżnia się na tle konkurencji z epoki realiami. W większości FPS-ów z lat 90-tych strzelało się do kosmitów lub demonów. Jeśli już się strzelało do ludzkich przeciwników to odbywało się to albo w czasach teraźniejszych, albo w przyszłości, nie zaś podczas konfliktu zbrojnego – zwłaszcza II Wojny Światowej. Nic więc dziwnego, że gra szybko zyskała status kultowej, a swoją „innością” zdobyła „rzeszę” (he, he) fanów.

Oczywiście gra nie jest pozbawiona wad. Ale wady te spowodowane są głównie ograniczeniami technologicznymi konsoli, a nie błędami programistów. Stąd grafika na tak niskim poziomie, skaczące i falujące tekstury oraz kiepskie modele postaci i broni. Najbardziej denerwujące podczas rozgrywki było zacinanie się postaci (np. jak chciało się wskoczyć przez ciasne okno, lub idąc wzdłuż ściany).

Sztuczna inteligencja również nie jest najwyższych lotów. Zdarzało się, że z daleka dostawałem kulkę, za kulką, a z bliskiej odległości przeciwnik nie potrafił we mnie trafić, wypluwając całą serię z PM-a Panu Bogu w okno.

Za największe plusy tej gry uznaję przede wszystkim realia, w których działamy. Jak już wcześniej wspominałem, okres II Wojny Światowej był czymś innym (był co prawda wcześniej Wolfenstein 3D, ale w nim nie dało się wyczuć klimatu wojennego – tłukło się co prawda do nazistów, ale klimat był bardziej… okultystyczny). W porównaniu do innych FPS-ów, Medal of Honor wymusza również bardziej taktyczne podejście do rozgrywki. Szybkie „rush’owanie” na przeciwników może się skończyć równie szybką utratą zdrowia, a nawet życia. Ostrożniejsze podejście do przeciwników bardziej mi odpowiada w takiego rodzaju strzelaninie.

Grę można polecić fanom strzelanin, przede wszystkim tych bardziej „realistycznych”. Jak ktoś nie lubi strzelać do kosmitów, czy innych stworów, to Medal of Honor jest dobrym wyborem. Fani retro również będą zadowoleni. Jeśli jednak nie potrafisz „strzelać” na padzie, to gra będzie dużym wyzwaniem. Za to miłośnicy super grafiki mogą tytuł ten omijać z daleka.

PLUSY:
+ Realia II Wojny Światowej. Coś innego niż u konkurencji.
+ Bardziej taktyczne podejście do rozgrywki.
+ Zróżnicowane misje (działanie jako agent pod przykrywką).
+ Ścieżka dźwiękowa.

MINUSY:
- Strona wizualna może odrzucić niektórych graczy.
- Awatar gracza się zacina i blokuje przy ścianach.
- Wymaga doświadczenia w graniu na padach.

17.01.2026 09:27
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
5.0
PS1

Różnego rodzaju wyścigi to dość popularny sport, mający wielu fanów na całym świecie, praktycznie odkąd powstały pojazdy. A zastanawialiście się jak będą wyglądały za kilkaset lat?

Na to pytanie odpowiada studio Psygnosis, oddając nam do dyspozycji futurystyczne pojazdy z napędem grawitacyjnym w grze Wipeout 3.

Pojazdy posiadają różne statystyki, które można obejrzeć w menu wyboru pojazdu.

Niestety gra nie tłumaczy zasad, na których się opiera. Na trasach mamy jakieś strzałki i krzyżyki (tyle się zorientowałem, że strzałki przyspieszają pojazd) i laserowe poziome linie. Nie mam również pojęcia na czym polega wygrywanie wyścigu. Po wyborze turnieju, w pierwszym wyścigu dostałem 1 punkt, w drugim 10, choć jechałem bardzo podobnie, obijając się między bandami.

Fizyka lotu jest nienajgorsza i sterowanie to tylko kwestia doświadczenia. Nie wiem co prawda jak się steruje pojazdem z napędem antygrawitacyjnym, ale czuć tutaj, że pojazd ma masę, pomimo tego, że fruwa kilka metrów „ponad chodnikami”.

Graficznie nie wygląda to najgorzej, głównie dzięki prostym modelom pojazdów opartym na figurach geometrycznych. Z drugiej strony na jakieś fajerwerki też nie ma co liczyć. Jak na grę na PSX, to wygląda, hm… porządnie.

Dźwiękowo jest również w porządku, nie ma się do czego przyczepić.

Jakbym miał wskazać najbardziej frustrującą rzecz w grze, to wskazałbym na… użytą czcionkę. Tak! Literki! Czcionka użyta w grze miała wyglądać „futurystycznie”, więc oparto ją na kwadratach, prostokątach i trójkątach, dzięki czemu jest tak nieczytelna, że trudno zrozumieć o co chodzi. Pismo klinowe, to przy tym pikuś.

Gra jest raczej przeciętna. Nie przykuła mnie na dłużej do ekranu telewizora. Z drugiej strony, nie odczuwałem, żadnej wielkiej frustracji podczas gry. Dlatego wystawiam jej ocenę ze środka skali. A samą grę poleciłbym fanom wyścigów, ale raczej typu Mario Kart niż Gran Turismo.

PLUSY:
+ Fizyka lotu.
+ Jak na PSX, to nienajgorsza grafika.

MINUSY:
- CZCIONKA!
- Niezbyt wciągająca.

16.01.2026 20:40
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
5.5
PS1

Firma Capcom stworzyła jedną z najbardziej rozpoznawalnych franczyz w historii gier – Resident Evil. Tym samym pokazała, że umie w Survival Horror’y. W 1999 roku studio postanowiło trochę zmienić koncepcję gatunku, pozostawiając jednak jej szablon. Tak powstało Dino Crisis, gra w której zombie zostały zmienione na… dinozaury.

Dino Crisis to Survival Horror bardzo podobny do gry Resident Evil. Największa widoczna różnica między tymi grami to przeciwnicy z którymi przyjdzie nam się zmierzyć. Zombie i mutanty zostały zastąpione nie mniej groźnymi dinozaurami. Miłośnicy Jurassic Park mogą być wniebowzięci, a i fani Resident Evil poczują się jak w domu. Osobiście jednak miałem pewien dysonans z tą grą. Od dziecka uwielbiałem dinozaury, a pierwsza część „Parku Jurajskiego” jest dla mnie filmem kultowym. Niestety Resident Evil mi nie podszedł, ze względu na trudne sterowanie i „filmowe kadry”, czyli kamerę podczas rozgrywki. Stąd miałem pewne obawy dotyczące Dino Crisis. Moja dziecięca fascynacja prehistorycznymi gadami wzięła jednak górę i postanowiłem zrobić podejście do gry oczekując dobrej zabawy, wartkiej akcji, wciągającej fabuły i poczucia lęku, którego doznałem ogrywając Silent Hill.

Główne mechaniki gry są bardzo podobne do tych z Resident Evil. Postacią sterujemy z widoku trzeciej osoby. Kamera jednak nie jest zawieszona zaraz za bohaterem – w grze również występują „kadry” przez co bardzo często nie widać gdzie zmierzamy, bo kamera pokazuje postać albo od przodu, albo z różnych „filmowych” kątów. Nie jestem miłośnikiem takiego użycia kamery w grach i bardzo się cieszę, że z czasem deweloperzy odeszli od tego rozwiązania. Tak samo, jak w innych grach z gatunku, posiadamy broń i ekwipunek przydatny w walce i eksploracji terenu. A propos terenu, w Dino Crisis mechanika korzystania z mapy odrobinę się różni od innych gier z gatunku i przypomina tę z serii gier Thief. Spoglądając na mapę nie mamy zaznaczonej dokładnej pozycji bohatera tylko pomieszczenie / teren, na którym się znajdujemy. Jest to jednak nieznacznym utrudnieniem, bo po obserwacji miejsca, w którym się znajdujemy i porównaniu z mapą, z łatwością możemy określić nasze położenie. Oczywiście czym byłby Survival Horror, gdyby nie zawierał zagadek środowiskowych. Ich również uświadczymy w Dino Crisis i to w różnym stopniu skomplikowania.

Drobne zmiany natomiast zaszły w przypadku mechaniki zapisu gry. W Resident Evil trzeba było skorzystać z maszyny do pisania (i posiadać do niej tusz). W Silent Hill korzystało się z notesów. W Dino Crisis natomiast zapisać grę można w pomieszczeniach oznaczonych na mapie literą „S”, poprzez przejście przez to pomieszczenie. Przypomina to bardziej punkty kontrolne z autosave’m, niż typowe punkty zapisu. Mimo wszystko jest to nieznaczna różnica, która nie ma większego wpływu na rozgrywkę.

Gra zawiera mnóstwo cut-scenek, które na podobę wyżej omawianych gier są mało dynamiczne. Animacje postaci są kukiełkowe, a dialogi mozolne – każdy z bohaterów musi się zastanowić co chce powiedzieć, jakby zapominali swoich kwestii. Problem ten jest jednak wspólnym mianownikiem większości gier z epoki, więc nie uznaję tego za błąd gry.

Sam gameplay opiera się na eksploracji i rozwiązywaniu zagadek oraz walce, która jest bardzo trudna, ponieważ przez większość potyczek nawet nie widzimy atakujących nas niemilców, bo ustawienie kamery na to nie pozwala. Co za tym idzie, ciężko wypatrzyć zagrożenie (które znajduje się 2 metry od bohaterki) i marnujemy mnóstwo amunicji strzelając do trupów (nie widać czy przeciwnik jest już martwy). Z walką jest jeszcze jeden mały problem. Jeśli przyjdzie nam walczyć z dwoma przeciwnikami naraz i uda nam się ubić jednego, to Regina (główna bohaterka) nie wyceluje od razu w drugiego potwora – celując cały czas w to samo miejsce. W takim przypadku trzeba puścić i wcisnąć przycisk odpowiedzialny za celowanie, o czym łatwo zapomnieć pod wpływem emocji.

Gdy dojdzie do oskryptowanego pojawienia się przeciwnika, zazwyczaj walka toczy się na bardzo bliskim dystansie (do 1 metra). Regina co prawda potrafi poruszać się w przód i tył podczas celowania, ale niestety nie umie naciskać spustu podczas chodzenia, co dodatkowo utrudnia (niepotrzebnie) walkę.

I chociaż potyczki z dinozaurami są utrudnione przez sterowanie i kamery, to muszę przyznać, że ataki wyglądają fenomenalnie! Raptory potrafią naskoczyć na Reginę, szarpać nią, uderzać ogonem… Po trafieniu czasem udają martwe, aby za chwilę zaatakować znienacka. Naprawdę straszne to stworzenia i do tego cholernie przebiegłe.

Graficznie nie jest ani dobrze, ani źle – gra utrzymuje poziom graficzny innych gier z epoki PSX. Tak jak wcześniej wspominałem, animacje, zwłaszcza podczas cut-scenek są trochę kukiełkowe, a grafika często „załamuje” się, zgodnie ze standardami PlayStation.

Dźwiękowo gra wypada bardzo dobrze (pomijając dialogi, w których bohaterowie zastanawiają się nad kwestiami). Muszę pochwalić ścieżkę dźwiękową – jest klimatyczna, buduje napięcie.

Niestety sterowanie i kamery odrzuciły mnie od ukończenia gry i gdyby nie to, wystawiłbym grze bardzo wysoką ocenę – naprawdę nie rozumiem dlaczego twórcy stosowali tego rodzaju ujęcia, skoro to tylko przeszkadza w grze.

A grę mogę polecić przede wszystkim weteranom pierwszych Resident Evil, którym nie przeszkadza tego rodzaju gameplay. Ja niestety po dłuższym czasie spasowałem… Nie zaliczam jej przez to do złych gier – dla mnie jest przeciętna.

PLUSY:
+ Raptory!
+ Klimatyczna ścieżka dźwiękowa.

MINUSY:
- Strona wizualna może odrzucić niektórych graczy.
- Sterowanie.
- Ujęcia kamer.

15.01.2026 20:00
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
6.5
PS1

Czwarta część serii Need for Speed to produkcja, która podnosi poziom jakościowy serii. Po przeciętnym Hot Pursuit (aczkolwiek lepszym od poprzedniczki) otrzymaliśmy w końcu naprawdę dobrego NFS-a na PS1.

Need for Speed: Road Challenge przeszedł niezły upgrade w stosunku do poprzedniej części gry. W grze wcielamy się w kierowcę ekskluzywnych supersamochodów, a naszym celem jest wygrać serię wyścigów.

To co uległo zmianie to dodanie wątku ekonomicznego do gry oraz możliwość tuningu pojazdów – ale o tym za chwilę.

Do dyspozycji mamy 5 trybów gry. Są to: Test Drive (tryb treningowy, w którym można przetestować samochody oraz zapoznać się z trasami – uwaga na ruch uliczny!), Single Race (pojedynczy wyścig), Hot Pursuit (wyścig z udziałem policji), Tournament (seria turniejów i odpowiednik kariery) i Special Events (specjalne wyścigi). W przeważającej części trybów mamy do wyboru trzy poziomy trudności.

Ścigać nam się przyjdzie w różnych zakątkach świata (10 tras): Niemcy, Francja, Anglia, Kanada, Szkocja, U.S.A., Włochy i Hiszpania. Trasy są dość zróżnicowane (ale widać czasami inspirację poprzednimi częściami serii) i posiadają zarówno łatwe, jak i bardziej wymagające etapy – stąd, dobrze wziąć udział w trybie Test Drive, aby nauczyć się tras.

Do ścigania się twórcy oddali nam 14 realnych pojazdów. Sterować samochodami możemy z 3 różnych ustawień kamery: ze zderzaka, z zewnątrz – blisko i z zewnątrz – daleko. Model jazdy został skierowany bardziej w stronę arkadową, choć nie oznacza to, że jest łatwe – o niekontrolowany poślizg nie jest wcale trudno. A im mocniejszymi samochodami jeździmy, tym bardziej podnosi się poziom trudności – z przyjemnej zręcznościówki, do egzorcyzmów opętanego niedźwiedzia. Naprawdę… ciężko opanować te mocniejsze fury.

W grze również jest zawarty tryb „Showroom”, gdzie miłośnicy motoryzacji mogą obejrzeć samochody, oraz sporo się o nich dowiedzieć.

Co do trybu kariery (Tournament)… tutaj trochę twórcy namieszali. Na szczęście na lepsze. Tryb składa się z kilku turniejów, a nie jak w poprzednich częściach z jednego. Poprzednio wybieraliśmy auta, którymi chcemy się ścigać. Teraz pojazdy należy zakupić za odpowiednią ilość kredytów (startujemy z budżetem 20 000 cr.). Gotówka jest dość istotna i trzeba nią rozporządzać z głową, bo przyda się nie tylko do zakupu nowych samochodów. Mamy również możliwość tuningowania pojazdów. Niestety nie możemy kupować oddzielnych części, a całe „set’y” – w trzech poziomach na pojazd (oprócz dwóch najmocniejszych samochodów – ich się nie da tuningować). Dodatkowo twórcy dodali model zniszczeń pojazdów – po każdym wyścigu gra automatycznie odlicza nam gotówkę z wygranej na rzecz naprawy pojazdu. Niestety uszkodzenia pojazdu nie mają znaczącego wpływu na jazdę i osiągi. Oczywiście gotówkę zdobywamy za wygranie każdego wyścigu oraz turniejów (w zależności od zajętego miejsca, otrzymujemy odpowiednią ilość gotówki). Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by powtarzać poprzednio ukończone turnieje i tym samym zdobyć więcej gotówki. W ostateczności, jeśli naprawdę będziemy potrzebować gotówki, zawsze można sprzedać jeden z posiadanych już pojazdów. Każdy z turniejów ma wymagania dotyczące konkretnych pojazdów – nie ma możliwości ukończenia kariery jednym samochodem. Przed każdym wyścigiem otrzymujemy również dane o trasie: w jakim kierunku jest wyścig, czy jest w lustrzanym odbiciu (osobiście nie przepadam za takim rozwiązaniem w grach), czy wyścig odbywa się w nocy i jaka jest pogoda. Karierę natomiast można zapisać za każdym razem po ukończeniu turnieju.

Wirtualni kierowcy nie jeżdżą jakby byli zaprogramowani – potrafią popełniać błędy. Nieraz mi się zdarzyło, że komputerowy przeciwnik wpadł w poślizg lub gdzieś uderzył. Niestety, pojazdy przeciwników po takim zdarzeniu zawsze „magicznie” odwracają się w prawidłowym kierunku – gracza oczywiście to nie dotyczy. Ponadto wirtualni kierowcy potrafią być również agresywni na drodze, spychając nas z trasy bez ceregieli.

Graficznie gra stoi na podobnym poziomie do innych produkcji na PlayStation. Jak na 1999 rok wygląda raczej mizernie (i w kilku miejscach potrafi się przyciąć), ale to wina technologii konsoli Sony. Auta i trasy są zrobione najlepiej, na ile pozwala specyfikacja konsoli. Dla porównania wersja PC-owa wygląda już całkiem ładnie.

Jeśli natomiast chodzi o stronę audio… Same dźwięki są przyzwoicie zrobione. Silniki, piski opon... brzmi to dobrze. Gdy przejedziemy koło stawu, słychać kwakanie kaczek, a przejeżdżając przez sad można usłyszeć świergot ptaków. Co innego muzyka… No cóż, może to kwestia gustu, a ta w mój mocno nie trafiła. W każdym razie, przy dłuższych posiedzeniach przed grą muza zaczynała mnie mocno irytować i rozpraszać, przyprawiając nawet o ból głowy. Za to niestety muszę odjąć 0,5 punktu z oceny.

Podsumowując, Need for Speed: Road Challenge wjechał na właściwą trasę (już część trzecia była znacznie lepsza od poprzedniczki). Gra się dość przyjemnie (dopóki nie zasiądziemy do mocniejszych aut), a dołożenie do gry gotówki i tuningu wyszło grze na dobre – dodało immersji i emocji. Muzyka w grze jest tylko dla miłośników muzyki elektronicznej (chyba, nie wiem jak nazwać tą kakofonię), a strony graficznej nie ma co oceniać – jak na standardy PS1 wygląda dobrze, choć przycinki potrafią drażnić.

PLUSY:
+ Wciąga, gra się dość przyjemnie.
+ Fajny tryb Tournament, gotówka.
+ Możliwość tuningu samochodów.

MINUSY:
- Strona wizualna może odrzucić niektórych graczy.
- Irytująca ścieżka dźwiękowa.
- Agresywność kierowców drażni.
- „Przycinki” podczas gry.

P.S. Jeszcze raz chciałem zauważyć, że oceniam wersję na PlayStation 1, a nie PC!

post wyedytowany przez Codename 23 2026-01-15 20:03:24
05.01.2026 15:26
Codename 23
Codename 23
26

Czy administracja mogłaby usunąć mój komentarz i ocenę do PC-owej wersji NFS2? Ocenę wystawiłem do wersji PSX, gdy na gry-online była jeszcze tylko wersja PC. Nie chcę zaniżać oceny grze, w którą nie grałem.

05.01.2026 15:12
Codename 23
Codename 23
26

Niestety często wersje PC i PSX bardzo się różnią (i to nie tylko grafiką). Właśnie ogrywam NFS: HS, którego również inaczej zapamiętałem, gdy grałem za czasów dzieciństwa.

Najlepszym przykładem jest Carmageddon, którego wersję PC-ową ubóstwiam, a wersja na PSX jest dla mnie tylko bardzo drogą podstawką pod kubek.

Poza tym... nie ma sprawy, każdy może mieć odmienne zdanie, a ja nie lubię robić z tego powodu afery.

05.01.2026 07:41
Codename 23
Codename 23
26

Po pierwsze:

Dziękuję za przeczytanie mojej recenzji. Nawet jeśli Twój komentarz nie jest jej przychylny, to i tak świadomość, że ktoś ją przeczytał, sprawia mi radość.

Po drugie:

Chciałbym się również odnieść do Twojego komentarza i argumentów. Na początku ponownie chciałbym zaznaczyć, że oceniałem wersję na konsolę PlayStation, a nie PC. Dawno temu ogrywałem wersję PC-ową (niestety nie pamiętam czy to była zwykła 2, czy SE - grałem w nią u kuzyna lub kolegi, dokładnie nie pamiętam) i zapamiętałem tamtą wersję raczej pozytywnie.

Tak, NFS2 na PSX-ie potrafi mi się przyciąć, gdy wszystkie 8 pojazdów jest "w kupie". Trasy mógłbym uznać za atrakcyjne, ale w samochodówkach typu Mario Kart lub Lego Racer - i oczywiście nie tyczy to wszystkich tras. Rozegrałem kilka wyścigów w trybie arcade i simulation, i w wersji PSX nie odczułem różnicy - w obu trybach pojazd zachowywał się dziwnie. Fizyka jazdy i świata? Generalnie chodzi mi o to, że pojazdy zachowują się jakby jeździły po księżycu - w ogóle nie czuć masy pojazdu, a szybowanie pojazdem po kilkaset metrów uważam za abstrakcyjne. Co do poziomu trudności. Wersja na PSX jest znacznie trudniejsza od wersji PC-towej (i to nie jest tylko moje zdanie) - gdy ogrywałem wersję PC (bardzo dawno temu) jako dziecko, a co za tym idzie, mało doświadczony gracz, udawało mi się za którymś tam razem wygrać wyścig.

Wersji PC-towej nie oceniam - nie posiadam i grałem zbyt dawno temu, aby ją teraz oceniać. Pozdrawiam.

20.12.2025 10:57
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
7.0
PS1

Metal Gear Solid to jedna z najbardziej kultowych gier wszechczasów. Ma tylu fanów na całym świecie, że nawet trochę strach ją recenzować. Czym sobie zaskarbiła miłość takiej rzeszy ludzi? Głównie dzięki geniuszowi głównego projektanta i reżysera gry – Hideo Kojim’y, postaci dla świata gier tak legendarnej, niczym Bram Stoker dla literatury grozy.

Pierwsza trójwymiarowa część Metal Gear Solid jest tak naprawdę trzecią częścią z serii. Poprzednie były wydane na mikrokomputery i konsole starszych generacji i były grami 2D. Ciekawostką jest fakt, że w menu gry można przeczytać skrót fabuły poprzednich gier.

Będąc już przy temacie Menu, warto przed rozpoczęciem gry skorzystać z opcji „Virtual Trening” – wirtualnego treningu składającego się z dziesięciu krótkich wyzwań, które w praktyczny sposób uczą podstaw skradania się i mechanik z tym związanych.

Gra bardzo silny nacisk kładzie właśnie na skradanie się, co wcale nie jest łatwe. Już pierwszy etap gry, gdzie trzeba było dotrzeć do windy oddalonej o kilkadziesiąt metrów od punktu startowego jest nie lada wyzwaniem. Wielkim ułatwieniem jest radar, na którym możemy obserwować trasy strażników, a nawet zakres ich obserwacji. Największym utrudnieniem jest natomiast mało intuicyjne sterowanie (np. wielokrotnie chcąc przykleić się do ściany wybiegałem na przeciwnika).

Pod względem fabularnym, należą się panu Kojim’ie gromkie brawa. Jako elitarny żołnierz (choć bardziej trafnie byłoby powiedzieć szpieg), o kryptonimie Solid Snake, jesteśmy wysłani do tajnego kompleksu zbrojeniowego Shadow Moses na Alasce. Znajdująca się tam organizacja terrorystyczna jest w posiadaniu potężnej broni (tytułowego Metal Gear) i żąda wydania ciała Big Boss’a (postaci z poprzednich odsłon cyklu). Naszym zadaniem jest pokrzyżować im plany.

Może i fabuła nie jest nadzwyczajna i mogłaby pasować do kolejnego filmu o James’ie Bond’zie (zwłaszcza, że Solid Snake też jest niezłym flirciarzem), za to jest poprowadzona i wyreżyserowana po mistrzowsku. Zwłaszcza dialogi i interakcje między bohaterami to perełka. Przerywniki filmowe i dialogi często są dość długie, ale nie są męczące – kojarzą mi się z filmami Quentin’a Tarantino, gdzie rozmowy, często o niczym, oglądało się z wielkim zaciekawieniem.

Ale nie samą akcją człowiek żyje – komedia jest równie ważna! A tej tu nie brakuje. Co prawda mamy tu bardzo specyficzne poczucie humoru, ale jak ktoś lubi takie osobliwości jak np. łamanie czwartej ściany, to nie raz się uśmiechnie (lub zdziwi).
Graficznie gra utrzymuje poziom innych produkcji z Sony PlayStation. Gdy śledzimy grę z oddali, podczas grania, wygląda całkiem względnie. Niestety przy filmach i bliższych ujęciach kiepska jakość tekstur mocno rzuca się w oczy.

Pod względem dźwiękowym jest już znacznie lepiej. Muzyka jest bardzo filmowa, dialogi są płynne, bez zacięć lub trzeszczenia. Nie ma się do czego przyczepić.

Wrócę jeszcze na chwilę do sterowania. Częste zmiany kamery powodowały, że traciło się orientację w sterowaniu, przez co wydaje się to nieintuicyjne. Niestety jest to bolączką wielu gier na PlayStation 1, gdzie największym wrogiem często było sterowanie. Z drugiej strony nie jest aż tak źle, dopóki nie musisz się spieszyć i na spokojnie możesz przemyśleć swój następny ruch.

Podsumowując, Metal Gear Solid jest bardzo ciekawym… dziełem. Gra jest bardzo wymagająca, ale filmowość i chęć poznania fabuły popycha gracza do nie porzucania gry. Choć wizualnie nie wygląda już najlepiej, to broni się pod względem fabularnym. Do tego akcja przeplata się z humorem, który jest na wysokim poziomie.

PLUSY:
+ Dobrze napisane dialogi.
+ Dużo szczegółów.
+ Fabuła.
+ Poczucie humoru.

MINUSY:
- Strona wizualna może w dzisiejszych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Sterowanie czasem robi nas w konia.

19.12.2025 10:19
Codename 23
Codename 23
26

Pierwsza część była rewolucją technologiczną oraz porządnym FPS-em i rozumiem jej kultowość - sam lubię do niej wracać od czasu do czasu, ale... była również bez składu i ładu. To był okres czasu gdzie w id Software panowały ciągłe konflikty. Każdy miał inny pomysł na tą grę, dlatego w grze mamy zarówno żołnierzy, rycerzy i bestie, a lokalizacje tak bardzo różnią się od siebie*. Quake II natomiast był już dopieszczony i ujednolicony. Dlatego uważam 2-ójkę za lepszą grę.

* więcej na ten temat można poczytać w książce "Masters of Doom", którą gorąco polecam - poza kulisami powstania takich gier jak Comandor Keen, Wolfenstein 3D, Doom i Quake, można dowiedzieć się wielu ciekawostek biograficznych o ich twórcach.

18.12.2025 18:45
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
9.5
PS1

Mówi się, że każdy ma swojego demona, którego trzeba pokonać. A co jeśli trzeba pokonać całe demoniczne miasto?

Silent Hill to produkcja Konami z gatunku Survival Horror. Produkcja wręcz kultowa… i jedna z moich ulubionych gier wszechczasów.

W grze kierujemy losami Harry’ego Mason’a, 32-letniego pisarza, który podczas podróży ze swoją córką, Cheryl, ulega wypadkowi samochodowemu niedaleko miasteczka Silent Hill. Po odzyskaniu przytomności okazuje się, że Cheryl zniknęła. Fabuła gry toczy się wokół odnalezienia córki przez Harry’ego, która, jak się później okazuje ma coś wspólnego z miasteczkiem. Podążając różnymi tropami, pisarz musi rozwiązać szereg zagadek oraz spotka po drodze różnych (choć bardzo niewielu) ludzi. Silent Hill jest przerażającym, opuszczonym miejscem – miastem duchów, jak to Harry stwierdził. Zamieszkiwane jest również przez dziwne, demoniczne stworzenia. Miasto samo w sobie jest przerażającym miejscem – z nieba pada popiół, a mgła spowijająca miasteczko ogranicza widoczność do kilku metrów. Jakby tego było mało, co jakiś czas słychać syreny alarmowe, które ostrzegają przed „ciemnością” – wtedy miasto się przeobraża się. Krew i rdza zaczyna pokrywać budynki i drogi. Co jakiś czas można się natknąć na powykręcane abominacje czegoś, co kiedyś przypominało człowieka, a tu i ówdzie można spotkać masy mięśniowe, jakby ktoś zmielił jakieś istoty.

Na szczęście bohater nie jest pacyfistą i potrafi przyłożyć z gazrurki, a i na obsłudze broni coś tam się zna (w grze zastosowano autocelowanie). Poza bronią, do dyspozycji mamy również apteczki pierwszej pomocy i „health drink’i”, które żartobliwie nazywam syropkami. Niezastąpionym ekwipunkiem jednak będzie dla nas latarka, mapa (na której bohater zaznacza najważniejsze miejsca) oraz kieszonkowe radio (którego trzask informuje nas o pobliskiej obecności potworów.

Graficznie, jak na technologię pierwszego PlayStation, gra wygląda podobnie do innych produkcji z tej konsoli. Jednak jeśli weźmiemy pod uwagę, że produkcja wyszła w 1999 roku, to gra wygląda bardzo biednie – niskiej rozdzielczości tekstury i problemy z ich mapowaniem (wina technologii PlayStation) oraz „kukiełkowe” modele postaci mogą negatywnie wpłynąć na odbiorców dla których grafika jest jednym z wyznaczników do grania. Miło by było, gdyby jednak jakieś studio developerskie zrobiło porządnego remake’a na nowszym silniku graficznym (tak jak miało to miejsce z sequel’em – Silent Hill 2).

I chociaż pod względem graficznym gra w obecnych czasach kuleje, to pod względem dźwiękowym to prawdziwy majstersztyk. Mroczny ambient i dźwięki radia potrafią zjeżyć włosy na plecach. A już najbardziej przerażające są momenty w których muzyka zanika i słychać tylko odgłos własnych kroków – depresja murowana!

Na koniec należy jeszcze pochwalić filmiki zawarte w grze, które nadal wyglądają bardzo dobrze.

Niestety pod względem mechaniki gra ma kilka bolączek, choć nieznacznych. Kamera to wariacja pomiędzy standardowym widokiem TPP, a „filmowymi kątami” modnymi w Survival Horror’ach z lat 90 (najlepszym przykładem jest seria Resident Evil), przez co (tu drugi problem) sterowanie potrafi robić w konia, a próby poruszania się podczas „kątowych kamer” przypominają poruszanie się człowieka po udarze i to z Alzhaimerem. Zdaję sobie sprawę, że takie kamery miały za zadanie dodanie filmowości tej produkcji, ale robi to kosztem precyzyjnego sterowania. Na całe szczęście, kamera świruje tylko w ciasnych pomieszczeniach i korytarzach i przez większość gry nie ma z nią żadnych problemów. Kolejną rzeczą, która może być dla większości (zwłaszcza młodszemu pokoleniu graczy) problemem, to mechanika zapisu gry. Zapisywanie polega na „integracji” z notesami umiejscowionymi w różnych zakątkach miasta. Problemem jest natomiast fakt, że punkty zapisu są bardzo nieregularnie rozstawione i często trzeba sporo się nałazić, aby zapisać grę. Oczywiście nie uznaję tego za jakiś naganny błąd gry, a raczej za drobną dokuczliwość.

Gra całkowicie pozbawiona jest HUD-a. Aby sprawdzić stan amunicji, ekwipunku i zdrowia należy wejść do menu (SELECT). W ciekawy sposób natomiast rozwiązano ostrzeżenie o niskim stanie zdrowia. Poza wizualnym (w menu, przy postaci mamy kolorowe pasy odpowiadające stanowi bohatera: zielony > pomarańczowy > czerwony), jeśli jesteśmy wyposażeni w pada DUALSHOCK®, to ten zacznie wibrować – im niższy stan zdrowia, tym intensywniejsze drgania. Uważam to za wspaniały pomysł – dzięki temu nie trzeba po każdej potyczce sprawdzać menu.

Wróćmy jeszcze do zagadek. Te mają różny poziom trudności, a perfekcyjna znajomość języka angielskiego na pewno okaże się wielce pomocna przy ich rozwiązywaniu. Choć zawsze mnie zastanawiało, kto w „lore” światów gier wymyśla tak skomplikowane zagadki i co stoi za ich logiką? No bo… O co chodziło osobie, która zamknęła drzwi do swojego ogródka na trzy kłódki, potem pochowała klucze do nich w całym mieście (w tym w bagażniku radiowozu), a na końcu zaznaczył miejsca kluczy na mapie, którą wywiesił tuż przy zamkniętych drzwiach? Albo dlaczego, aby zdobyć medal wiszący w sali klasowej, trzeba zagrać odpowiednią melodię na zepsutym fortepianie? Przecież o wiele łatwiej i logiczniej by było użyć drabiny. Na szczęście nie wszystkie zagadki są tak dziwne, nie mówiąc już o tym, że teraz trochę się teraz czepiam.

Podsumowując, Silent Hill to wyśmienity i wciągający Survival Horror. Choć pod względem graficznym mocno się zestarzał, tak dźwiękowo jest perfekcyjny. Najlepszy w grze jest jednak duszny i mroczny klimat. Gra, choć pozbawiona jest „jump scare’ów” potrafi zasiać niepokój w duszy. I pomimo drobnych minusów, uważam, że jest to jeden z najlepszych horrorów wszechczasów.

P.S. Gra, jako jedna z nielicznych (ze swojej ery), posiada różne zakończenia gry – w zależności od czynności jakie wykonamy podczas gry.

PLUSY:
+ Mroczny, gęsty i duszny klimat!
+ Udźwiękowienie.
+ Wciągająca.

MINUSY:
- Strona wizualna może odrzucić niektórych graczy.
- Niektórym zagadkom brak logiki.

post wyedytowany przez Codename 23 2025-12-19 10:29:08
17.12.2025 00:50
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
10
PC

Looking Glass Studio wyprodukowało klasyka gatunku gier Stealth. Przy okazji tworząc jednego z najbardziej lubianych złodziei w wirtualnym świecie. Jeśli lubisz „skradanki”, Thief: The Dark Age jest grą dla Ciebie!

Gra jest dostępna na kilku platformach gaming’owych. Poza klasyczną „płytową” wersją pecetową, znajdziesz ją również na Steam’ie i GOG-u. Niestety wersja PC i Steam ma małe problemy z wyświetlaniem tekstur na nowszych komputerach. Na szczęście ludzie odpowiedzialni za GOG wykonali kawał dobrej roboty, dzięki czemu bez przeszkód można cieszyć się grą. A jest się czym cieszyć.

W grze wcielamy się w tytułowego złodzieja, Garrett’a. Wychowany przez ulicę okradał ludzi, aby przeżyć. Pewnego razu za cel obrał sobie tajemniczego człowieka, który, jak się okazało, należał do sekretnej organizacji „Strażników” odpowiadających za równowagę sił w Mieście (nazwa miasta nigdy nie została podana i nazywana jest po prostu Miastem). Ten, będąc pod wrażeniem umiejętności chłopca, wcielił go do organizacji. Po latach szlifowania swych umiejętności, Garrett zdecydował, że woli pójść własną drogą, przy okazji dobrze wykorzystując swoje umiejętności – jako złodziej.

Fabuła gry jest dość ciekawa. Z początku może się wydawać, że przechodzimy niezwiązane ze sobą misje. Do czasu, aż zostajemy wynajęci do kradzieży pewnego miecza – zadanie to jednak okazało się testem i początkiem kłopotów Garrett’a. Dostajemy się w środek wojny pomiędzy dwie frakcje – „Pogan” i „Młotodzierżców”. Przy okazji musimy powstrzymać szalonego pogańskiego boga.

Klimat gry przesiąka wprost z monitora. Gra jest bardzo immersyjna, a skradanie potrafi przyprawić o uderzenia adrenaliny. Dawno tak dobrze nie bawiłem się przy grze.

Świetnie również wypada świat przedstawiony. Mamy klimat lekko steampunk’owy – średniowieczny, napędzany elektrycznością i parą. Gra aż prosi się o ekranizację (choć znając podejście twórców filmowych do gier – chyba dobrze, że nikt się o to nie połasił).
Dodano również do gry elementy horroru. Po drodze przyjdzie nam spotkać się z nieumarłymi, których nie da się pokonać konwencjonalną bronią – tu z pomocą przyjdą bardziej „wybuchowe” gadżety i woda święcona. Przyjdzie nam się również zmierzyć z istotami szalonego boga. Ale naszym największym wrogiem będzie światło i dźwięk.

Gra (zwłaszcza na najwyższym poziomie trudności) zakazuje zabijania ludzi (nie tyczy nieumarłych i potworów), w końcu jesteśmy złodziejem, a nie mordercą. Ale nie jesteśmy całkowicie bezbronni. Do dyspozycji mamy miecz, pałkę, łuk i masę gadżetów, takich jak miny (wybuchowe, gazowe) oraz bombo-granaty (błyskowe, gazowe). Pałka i łuk jednak będą najczęściej używanymi przedmiotami. Zwłaszcza łuk okaże się bardzo uniwersalnym narzędziem dzięki zastosowaniu różnych strzał. Strzały ostre to standardowe strzały służące do walki (i najmniej przydatne). Strzały wodne za to okazują się niezastąpione i zawsze warto mieć ich zapas w ekwipunku. Służą do gaszenia pochodni, zmywania śladów krwi z podłoży (jeśli dojdzie do walki), a w połączeniu z wodą święconą staną się świetną bronią do walki z nieumarłymi. Strzały ogniste to potężna, ale głośna broń, która zmieni nasz łuk w wyrzutnię rakiet (są świetne do likwidacji nieumarłych). Jeśli przyjdzie nam się zmierzyć z podłożem, po którym chodzenie powoduje głośny stukot z pomocą przyjdą nam strzały mchowe, które zasypią podłogę mchem pozwalając na bezgłośne poruszanie się. Strzały gazowe uśpią przeciwnika na miejscu. Dodatkowo możemy skorzystać ze strzał dźwiękowych, które powodują hałas w miejscu trafienia – skuteczne, jeśli chcemy odwrócić uwagę strażników. A żeby dostać się do wysoko umiejscowionych lokacji posłuży nam strzała z liną (tę jednak trzeba wbić w miękką strukturę, np. drewno).

Do ukończenia będzie czekało na nas 12 długich i wymagających misji. Poza wykonaniem celów misji dobrze jest się również trochę rozejrzeć po lokacjach i ukraść co się da. W późniejszych misjach gra nawet wymusza kradzież łupów o konkretnej wartości. Oczywiście im więcej ukradniemy tym lepiej, bo spieniężone łupy możemy wykorzystać do zakupu ekwipunku na kolejną misję.

Graficznie widać, że gra ma już swoje lata. Choć porównując ją do gier z tego samego okresu, gra wypada dość dobrze. Zwłaszcza efekty oświetleniowe wyglądają bardzo dobrze. Za to pod względem dźwięku mamy do czynienia z perfekcją. Nic dziwnego, gdyż dźwięk odgrywa istotną rolę podczas rozgrywki. Alarmuje nas przed patrolującymi wartownikami i stanowi o byciu przez nich słyszanym. Polecam grać przede wszystkim na dobrych słuchawkach (koniecznie w ciemności!).

Sztuczna inteligencja czasem potrafi rozśmieszyć. Np. w pierwszej misji, w piwnicy, znajdują się trzy pokoje. Jeden jest pusty, w drugim śpi sługa, a w trzecim… stoją dwa NPC – mężczyzna i kobieta. I tyle. Stoją i gapią się na siebie. Żadnych rozmów, żadnych ruchów. Nic. Czasem też postaci potrafią się zablokować.

Podsumowując, Thief: The Dark Project to jedna z najlepszych gier typu Stealth w konwencji FPP. Radość z gry jest ogromna, a serce podczas gry wali w rytmie dubstep. Głównego bohatera, bardzo szybko można polubić, bo jak na złodzieja, jest dość honorowy (kumpla uratuje, biedaka nie okradnie, a i świat przy okazji uratuje). Grę można polecić fanom skradanek i miłośnikom wyzwań (gra na poziomie trudności Expert to nie lada wyzwanie). Choć sam jestem miłośnikiem „żwawszych” gier, to do gry lubię co jakiś czas wrócić.

PLUSY:
+ Immersja i klimat!
+ Udźwiękowienie.
+ Wciągająca.

MINUSY:
- Brak znaczących minusów i problemów. Niektórym może przeszkadzać, że gra wymaga cierpliwości.

Kilka lat temu grę oceniłem na 9. Niedawno zagrałem ponownie i postanowiłem podwyższyć ocenę do 10.

14.12.2025 01:13
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
8.0
PC

Turok 2: Seeds of Evil to bezpośrednia kontynuacja pierwszej części gry. Lata temu, zafascynowany dinozaurami, zrobiłem do niej podejście, ale zostałem pokonany. Gra wydawała mi się archaiczna – nie czułem tego czegoś i szybko ją odinstalowałem. Teraz postanowiłem do niej wrócić. I nie żałuję.

Fabuła gry nie jest odkrywcza. Jako tytułowy Turok, zadaniem gracza jest uratować świat przed zagładą i dinozaurami. Kosmiczna cizia o oczach, jakby wypaliła pięć kilogramów „zielonego” towaru wezwała nas na kosmiczną platformę i wyjaśniła sytuację. Nie dając nam wyboru, teleportowała nas do najechanego przez dinozaury, starożytnego miasta. Widać tu, że scenarzyści nie stronili od wszelkiej maści "ziół".

Graficznie gra prezentuje się nie najgorzej. Lokacje nie wyglądają źle, ale nie ukrywajmy, do wspaniałości im daleko. „Mapy” są dość ciasne, momentami wręcz klaustrofobiczne. Wersja cyfrowa na platformy gaming’owe jest wersją zremasterowaną, poprawioną względem oryginału z 1999 r. Największą różnicę widać w grafice, choć nie zmieniono silnika graficznego, a tylko poprawiono kilka opcji (rozdzielczości, tekstury, itd.). Na całe szczęście sam „korpus” gry się nie zmienił – to nadal stary „Turok 2”.

Walka jest dość specyficzna. Bronią palną walczy się całkiem dobrze, ale już łukiem czy szponami wypada dość dziwnie i wymaga wprawy.

Przeciwnicy są dość agresywni (w końcu w większości to drapieżne dinozaury), dlatego walka jest satysfakcjonująca. Pod względem sztucznej inteligencji nie jest źle. Co prawda, główną taktyką wrogów jest szarża na gracza, ale pasuje to klimatem do gry. Druga rzecz, że nie zdarzyło mi się zaobserwować jakichś wpadek ze strony wrogów w stylu wbiegania w ściany, wpadania do przepaści czy atakowania pomimo bycia poza zasięgiem.

W grze zastosowano również mechanikę znaną z gier platformowych. Chodzi mianowicie o zbieranie żetonów (kryształów?). Po zebraniu stu takich przedmiotów otrzymujemy dodatkowe życie (na podobę „pieniążków” z Super Mario Bros).

Podczas misji głównych otrzymujemy również zadania dodatkowe, które są trochę zapchaj dziurami, mającymi wydłużyć rozgrywkę. Na szczęście zadania te nie są wymagane do ukończenia gry. Zgodnie z tradycją FPS-ów z lat 90-tych, znajdziemy w grze całe mnóstwo tzw. „sekretów”.

Podsumowując, Turok 2: Seeds of Evil to solidny FPS – wzorowy przedstawiciel swojego gatunku z lat 90. Gra się przyjemnie, choć fabuła jest lekko na siłę wciśnięta do gry – gdyby jej nie było, nikt by nie zauważył. Na rynku jest wiele lepszych FPS-ów, ale istnieje również znacznie wiele gorszych. Ogólnie rzecz mówiąc, to naprawdę bardzo dobra gra.

PLUSY:
+ Wciągająca, porządna gra.
+ Klimat.

MINUSY:
- Drobne i mało znaczące.

25.10.2025 23:30
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
6.0
PC

SiN to strzelanina pierwszoosobowa, która otoczona jest niemałym kultem. Choć szczerze powiedziawszy ja o tej grze dowiedziałem się dopiero w momencie, gdy dostałem swój egzemplarz w CD-Action. Jako miłośnik FPS-ów od razu ją zainstalowałem. Nie przeszedłem nawet pierwszego etapu i ją usunąłem z dysku. Teraz, po ponad 20 latach od pierwszego kontaktu, postanowiłem dać grze drugą szansę. W końcu do niektórych gier trzeba dojrzeć, by uchwycić jej zalety. Lub wady.

Gra działa na silniku idTech2. Może to ze względu na świat przedstawiony, ale wydaje mi się, że Quake 2 wygląda znacznie lepiej od SiN. Nie zrozumcie mnie źle, SiN nie wygląda kiepsko, ale brudna estetyka świata Strogg’ów lepiej maskuje przestarzałość engine’u.

I w odróżnieniu od produkcji idSoftware, bohater SiN, płk John Blade, czyli główny bohater gry, jest straszną gadułą. Ogólnie pod względem audio, SiN wypada całkiem miło dla ucha.

Niestety, nawet po tylu latach, nie jestem w stanie zrozumieć kultowości tej produkcji. Dla mnie ta gra to co najwyżej odrobinę ponad przeciętna produkcja. Strzelanka, jak strzelanka, jakich wiele.

To czym gra może się za to wywyższyć na tle innych bardzo podobnych produkcji, to klimat utrzymany w stylu filmów akcji z przełomu lat 80/90. Bohaterowie są mocno przerysowani i stereotypowi. John rzuca „oneliner’ami” niczym znani i lubiani Arni i Sylwek. Jego pomocnik, okularnik-nerd, zza komputera puszcza docinki. A „aspektów” kobiecych głównego złola, panny Elexis Sinclair, pozazdrościłaby nie jedna aktorka filmów dla dorosłych (zresztą spójrzcie na okładkę gry!). Do tego fabuła gry również przywodzi na myśl kino pokroju „Uciekiniera”, „Szklanej pułapki” lub „Sędzi Dredd’a”.

Podsumowując, SiN to nienajgorsza strzelanka z dobrym audio i niezgorszą grafiką (nawet jak na dzisiejsze czasy – dobrze się broni). Ma niezły klimat filmowych akcyjniaków z samcami alfa w roli głównej. Rewolucją bym jej nie nazwał. Ale do śmietnika też jej nie wyrzucę.

PLUSY:
+ Klimat filmów akcji z lat 80/90.
+ Strona audiowizualna dobrze się zestarzała.

MINUSY:
- Nic nadzwyczajnego.

post wyedytowany przez Codename 23 2025-10-25 23:32:51
11.10.2025 21:49
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
10
PC

Bardzo długo, zgodnie ze ścieżką, którą wyznaczyło id Software, strzelaniny pierwszoosobowe opierały się na prostych mechanikach i niskim znaczeniu scenariusza. Jeśli już trzeba było ruszyć głową, to przy prostych zagadkach środowiskowych typu znajdź klucz lub mechanizm otwierający drzwi. Nie dziwi zatem fakt, że dzieło Gabe’a Newell’a, Half-Life, okazało się dziełem na tyle ambitnym, że studio Valve miało problem ze znalezieniem wydawcy. Gra wyłamywała się z panujących trendów i wydawcy bali się, że gra się nie sprzeda.

Na nasze szczęście wyzwaniu podjęła się firma Sierra On-Line, a sama gra okazała się niezwykłym sukcesem. Dodatkowo Valve udostępniła odpowiednie narzędzia, dzięki którym powstała cała masa modyfikacji, np. Team Fortress, czy jedna z najpopularniejszych gier e-sportowych, Counter Strike. Sama gra działa na zmodyfikowanym silniku id Tech2, GoldSrc. Pod względem graficznym, nawet tyle lat po premierze, grafika nadal wygląda nie najgorzej. Wiadomo, daleko jej do wodotrysków obecnych czasów, ale wiele gier z 1998 roku, a nawet młodszych potrafi wyglądać o wiele gorzej.

Średnio za to wypada strona audio gry. Nie zrozumcie mnie źle, w przeważającej części gry, jest bardzo dobrze, ale czasem zdarzało się, że w niektórych pomieszczeniach lub korytarzach stosowano efekt echa, który brzmiał komicznie i według mnie był niepotrzebny, zwłaszcza, że w połowie korytarza efekt potrafił nagle się urwać. Samo echo było również w mojej opinii zbyt głośne i również pojawiało się nagle. Kilka razy doszło do sytuacji, gdzie kroki awatara brzmiały jakby razem ze mną szło co najmniej kilku innych NPC-ów. Za pierwszych kilka razy odwracałem się gotów do walki, myśląc, że zachodzą mnie przeciwnicy.

Jak już wcześniej wspomniałem, Half-Life wyłamał się panującym trendom, którymi kierowały się w tamtych czasach FPS-y. Główną różnicą jest stosunek do fabuły, która rozkręca się bardzo długo. Sam początek gry jest dość niezwykły jak na strzelaniny pierwszoosobowe, ponieważ prolog wprowadzający polega na podróży kolejką w czasie rzeczywistym, gdzie zwiedzamy sporą część laboratorium Black Messa, w którym pracujemy jako fizyk. Jeśli ktoś lubi gry, w których wchodzi się do akcji „z buta”, to Half-Life może takie osoby od siebie odrzucić.

Aczkolwiek gra jest warta, by się z nią zapoznać, gdyż w trakcie rozwoju scenariusza okazuje się, że jest naprawdę solidnym FPS-em z elemen-tami Horroru, a zagadki środowiskowe są znacznie bardziej rozbudowane niż w innych strzelaninach z tego okresu. Sam klimat gry jest również niczego sobie i przywołuje na myśl powieść „MgłaStephen’a King’a, z której zresztą podobno czerpała inspirację.

Jeszcze kilka słów o fabule. Jako Gordon Freeman, naukowiec pracujący w tajnym laboratorium, bierzemy udział w eksperymencie, którego konsekwencje okazują się katastrofalne w skutkach. Okazuje się, że przez przypadek otwiera się brama międzywymiarowa, przez którą przedostają się agresywne istoty. Po jakimś czasie do placówki wysłane zostają specjalne jednostki komandosów korporacji do której należy laboratorium, które mają za zadanie zlikwidować za-grożenie ze strony przybyszów, oraz zatrzeć wszelkie ślady tego wypadku… w tym cały personel naukowy i ochrony placówki. Od tej pory naszym głównym zadaniem jest przeżyć i uciec z kompleksu, walcząc lub przekradając się za plecami obcych istot i jednostek specjalnych.

Do dyspozycji mamy specjalny kombinezon ochronny, wyposażony w latarkę. Za pomocą specjalnych baterii i stacji ładowania można uzupełniać energię kombinezonu, która w praktyce stanowi pancerz. Zdrowie można reperować również na dwa sposoby – albo za pomocą apteczek, albo stacji pierwszej pomocy. Korzystać będziemy również z wielu narzędzi do zwalczania siły żywej przeciwnika. Do dyspozycji mamy oddane kilka rodzajów standardowej broni wzorowanej na prawdziwych egzemplarzach (np. Glock 17, HK MP5 lub SPAS-12), kilka broni eksperymentalnych, materiały wybuchowe, oraz broń z innego wymiaru, a także wizytówkę serii – łom.

Należy również zwrócić uwagę, że Gordon Freeman nie jest komandosem, tylko naukowcem, przez co obsługa broni nie jest wytrenowana, a czynności takie jak przeładowanie broni są ślamazarne i długotrwałe. Nie uznaję tego za błąd i jestem pod wrażeniem, że bohater w ogóle potrafi obsługiwać broń (jako instruktor poświadczam, że obsługa broni nie jest taka łatwa, jak się w filmach i grach wydaje).

Po drodze napotkamy również wielu NPC-ów nastawionych do nas przyjaźnie. Możemy ich nawet poprosić o pójście z nami. Niestety, postaci te nie potrafią się wspinać po drabinach, czy kucać, przez co będziemy zmuszeni po pewnym czasie ich porzucić.

Gra również nie należy do najłatwiejszych. Nawet na łatwym poziomie trudności można tu zginąć w łatwy sposób, zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z większą ilością przeciwników. Na szczęście większa ilość przeciwników to z reguły około 4-6 wrogich jednostek. Pomimo dość częstych zgonów, gra nie frustruje. Chęć poznania dalszych losów głównego bohatera powoduje, że ciężko grę porzucić.

Podsumowując, Half-Life to świetny FPS o paranormalnym, tajemniczym klimacie (choć mógłby być mroczniejszy), wciągającą, z powolnie rozwijającą się fabułą i z dużym naciskiem na narrację świata. Gra pod względem trudności jest niezłym wyzwaniem, ale nie ociera się o masochizm. Godna polecenia fanom strzelanin. Nie posiada również jakichś znaczących błędów.

PLUSY:
+ Fabuła, narracja świata.
+ Klimat.
+ Wciągająca.
MINUSY:
- Drobne problemy z audio.

post wyedytowany przez Codename 23 2025-10-25 23:34:13
26.09.2025 21:32
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
4.5
PC

Carmageddon to jedna z najlepszych gier samochodowych, która kiedykolwiek powstała. Czarny, przerysowany humor, postapokaliptyczny klimat, ostra, ciężka muzyka i dobrze wykonany model jazdy to charakterystyczne cechy tego produktu. To wszystko razem powodowało, że gra była relaksująca i przyjemna. Nie dziwota zatem, że musiał powstać sequel.

Drugą część tworzyło to samo studio co pierwszą. Ale… zespół ludzi najwidoczniej się zmienił, bo i sama gra sporo się zmieniła.

Pierwszą, najbardziej rzucającą się w oczy zmianą była grafika. Teraz mamy pełne 3D i trzeba przyznać, że wygląda to… beznadziejnie. Carmageddon pomimo gorszej grafiki robił wrażenie, że samochody są dość realistyczne (pod względem grafiki rzecz jasna). W Carmageddon 2: Carpocalypse Now pojazdy przypominają zabawki. Nie wspominając o tym, że wiele modeli nie jest już „przerysowana”, a zwyczajnie głupia. Bo jak nazwać wózek widłowy, który zamiast karetki ma gilotynę? Nie wspominając już o teksturach, które może i jakościowo nie są złe, ale ich kolorystyka przywodzi na myśl zabawki firmy Wader.

Jeśli chodzi natomiast o kwestie audio, to rozpoznamy tu wiele dźwięków z poprzedniej części. Serio, gdyby ktoś mi puścił urywki gameplay’u obu części, nie rozpoznałbym, która gra jest która.

Zmieniono również zasady gry. Wcześniej brało się udział w brutalnych wyścigach – jeden po drugim, pnąc się w rankingu. W drugiej części, gra jest podzielona na segmenty. W każdym segmencie są trzy wyścigi i jedna misja – wyzwanie. Po co? Ha go wie… I tak przyjemność z czystej rozwałki została zastąpiona przez frustrację z powodu wykonywania (często wielokrotnie powtarzanych) absurdalnych misji. A mogło być tak przyjemnie…

Model jazdy jest bardzo bliski temu z pierwszej części i raczej nie można mu niczego zarzucić – jest mieszanką stylu arkadowego z lekkim dodatkiem symulacji. Ogólnie da się przyzwyczaić przy odrobinie praktyki.

Podsumowując, Carmageddon 2: Carpocalypse Now to gra, którą mógłbym określić jako „przerost formy nad treścią”. Miało być ambitnie i świeżo, a wyszło co najwyżej przeciętnie.

PLUSY:
+ Model jazdy.

MINUSY:
- Strona wizualna może w dzisiejszych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Misje.

Generalnie pierwsza część jest dla mnie grą kultową. Druga została skopana poprzez dodanie niepotrzebnych misji.

06.09.2025 22:50
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
8.5
PC

Za drugie rozszerzenie do Quake 2 odpowiada studio Rouge Entertainment, to samo, które stworzyło drugi dodatek do pierwszej części przeciętnie im wyszło. Jak sobie poradzą tym razem?

Tym razem, jako Stepchild, bierzemy udział w operacji zniszczenia potężnej broni Strogg’ów, tak zwanej „Studni Grawitacyjnej”. Standardowo desant nie udał się zgodnie z planem i rozdzieliło nas z resztą składu. Po wylądowaniu zostaliśmy zmuszeni siłą przebijać się przez armię wroga.

Podczas gry bardzo szybko zyskujemy jednak lepszą broń. Zazwyczaj wyposażanie gracza w takich grach w bardziej śmiercionośne pukawki odbywa się stopniowo, a tu praktycznie po kilkudziesięciu sekundach posiadamy już standardowe narzędzia zagłady, takie jak super strzelba, karabin maszynowy i granatnik. Podejrzewam, że deweloperzy chcieli w ten sposób podkręcić dynamikę gry na początkowym etapie rozgrywki. Rzadziej również spotykana jest amunicja, przez co jesteśmy zmuszeni do częstego żonglowania bronią. Oczywiście dodatek wprowadza kilka nowych sztuk broni, w tym drugą odmianę granatnika. Tu jednak twórcy poszli na skróty, bo zamiast zmienić kształt wyrzutni, tylko zmienili jej tekstury. Bardzo szybko również napotykamy silniejszych przeciwników – Rogue Entertain-ment lubi podkręcać poziom trudności.

Wprowadzono do gry kilka nowych jednostek, w tym Stalker’ów (mega irytujące robo-pajęczaki) oraz wieżyczki strzelnicze.

Pod względem audiowizualnym nic się nie zmieniło. Lokacje to nadal labirynty w militarno-industrialnym stylu. Pierwsze etapy trochę się różnią od pozostałych, bo poruszamy się w większości po jaskiniach wulkanicznych (momentami trzeba uważać, by nie wpaść do lawy).

Podsumowując, Quake 2: Ground Zero to dobrze wykonany dodatek, z podkręconym poziomem trudności (tu łatwo zginąć nawet na najłatwiejszym poziomie trudności). Dla fanatyków jest pozycją obowiązkową, choć moim zdaniem, nie jest już tak wciągająca jak podstawka.

PLUSY:
+ Strona audiowizualna bardzo dobrze się zestarzała (a remaster jeszcze ją odmłodził).
+ Dobrze wykonany dodatek.

MINUSY:
- Sztuczna inteligencja trochę kuleje.

06.09.2025 16:00
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
6.0
PS1

Wyścigi samochodowe to sport podzielony na wiele kategorii. Jedną z najciekawszych dziedzin tego sportu są rajdy, w których pierwsze miejsce zdobywa się poprzez uzy-skanie najlepszego czasu, na tak zwanych odcinkach specjalnych. Pomimo, że ściga się kierowca, to za sukces i porażkę odpowiada cały zespół specjalistów. Za pomocą programistów z Codemasters, można posmakować odrobiny tego rajdowego szaleństwa. Colin McRae Rally – tak rodzi się legenda…

Colin McRae Rally to seria kultowa, którą znają nawet ci, co nie grywają w samochodówki. Firmowana jest nazwiskiem mistrza świata Colin’a McRae. Jako kierowca rajdowy mamy do dyspozycji kilka samochodów w dwóch klasach – z napędem na jedną oś i z napędem 4x4. Po wybraniu samochodu czekają na nas mistrzostwa. Zanim jednak wystartujemy mamy możliwość sprawdzenia wiadomości o trasie i dostosowanie pojazdu pod uzyskane dane.

Świetnym pomysłem było wprowadzenie samouczka w postaci szkoły rajdowej, gdzie czeka nas szereg zwiększających swój poziom wyzwań. Do dyspozycji mamy trzy stopnie nauki jazdy: nowicjusz, średnio-zaawansowany i ekspert. Przed każdym wyzwaniem włączany jest nam na VHS-ie film z zadania, a instruktor omawia zagadnienie. Warto skorzystać z tej opcji, zwłaszcza niedoświadczonym kierowcom.

Poza omawianym wyżej trybem szkoły rajdowej (Rally School), możemy zagrać w inne tryby: próbę czasową (Time-Trial), pojedynczy rajd (Rally) i oczywiście mistrzostwa (Championship). Aby jednak przejechać się na niektórych odcinkach specjalnych, należy je najpierw odblokować w mistrzostwach.

Ścigać się będziemy w ośmiu krajach: Nowej Zelandii, Grecji, Austrii, Australii, Szwecji, Francji (na Korsyce), Indonezji i Wielkiej Brytanii. Każdy z tych krajów charakteryzuje się odmiennym krajobrazem i warunkami na drodze (szuter, piach, asfalt, śnieg, lód). Dodatkowo na niektórych odcinkach będą występować różne zjawiska pogodowe. Poza bezchmurnym niebem, trafimy na deszcze i opady śniegu. Największą trudność sprawiają jednak nocne rajdy (głównie przez kiepską grafikę, która mocno utrudnia jazdę po zmierzchu).

W grze siądziemy za kierownicą jednego z ośmiu dostępnych samochodów: Skoda Felicia Kit Car, Volkswagen Golf GTI Kit Car, Seat Ibiza Kit Car EVO2, Renault Maxi Megane, Toyota Corolla WRC, Ford Escort WRC, Mitsubishi Lancer E4 i Subaru Impreza 22B – ikonę rajdów samochodowych.

Do dyspozycji mamy pięć kamer: z zewnątrz blisko, z zewnątrz daleko, ze zderzaka, z maski i pierwszoosobową. Niestety z zewnętrznych widoków nie jeździ się najlepiej, bo kamera za wolno obraca się za samochodem, przez co ciężko wjechać w ostrzejsze zakręty.

Pod względem audio nie jest najgorzej, ale flegmatyczny głos pilota i jego mocno angielski akcent powoduje, że większą uwagę zwraca się na pokazywane podpowiedzi graficzne, niż wskazówki pilota.

Graficznie za to gra mocno się zestarzała (jeśli chodzi o wersję PlayStation). Zwłaszcza na większym telewizorze niskie rozdzielczości tekstur kłują w oczy. To mnie trochę dziwiło, bo Colin McRae Rally, przy znacznie bardziej rozbudowanej Gran Turismo, wygląda o wiele gorzej. A przecież są to gry z tego samego roku! Problemy z mapowaniem tekstur, przez ograniczenia sprzętowe konsoli nie poprawiają odczuć estetycznych gry.

Gra nie należy do najłatwiejszych. Pomimo, że jest podział na stopnie trudności, to już najniższy poziom niewprawionym kierowcom może przysporzyć dużo kłopotów. Czasy są wyśrubowane, a steruje się tu bardzo ciężko. Model jazdy jest dość efektowny, ale mało efektywny i na wyższym poziomie trudności trzeba podejść do sprawy bardzo poważnie. Co mnie bardzo irytowało, to brak możliwości jazdy samochodami 4x4 na poziomie łatwym. Wybierając lepsze samochody jest się zmuszonym do grania na wyższych poziomach trudności. Nadmienić trzeba, że samochód ulega zniszczeniom nie tylko wizualnym, ale i mechanicznym, a te można naprawić pomiędzy odcinkami.

Mechanika naprawy wygląda w następujący sposób: naprawa każdej części wymaga określonego czasu, który podczas naprawy odliczany jest z ogólnego czasu przeznaczonego na remont pojazdu. Jeśli więc zamiast jazdy po torze wpadamy na przeszkody, to możemy mieć problem, bo nie starczy nam czasu na naprawę wszystkich podzespołów i układów, co przełoży się na gorsze osiągi pojazdu i gorsze czasy.

Co drugi odcinek specjalny jesteśmy w stanie pogrzebać trochę przy samochodzie (zawieszenie, opony, skrzynia biegów itd.), co również jest wskazane. Odpowiednie ustawienia mogą zdecydować o sukcesie… lub porażce.

Colin McRae Rally to wymagająca gra, ale wciągająca. Niestety graficznie (przynajmniej na PlayStation) bardzo się zestarzała. Mimo wszystko ma w sobie to coś, że chce się próbować.

PLUSY:
+ Szkoła rajdowa.
+ Wciągająca.

MINUSY:
- Graficznie okropnie się zestarzała.
- Ograniczenia jazdy samochodem spowodowane poziomem trudności.
- Za wysoki poziom trudności.

05.09.2025 11:58
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
10
PC

Quake 2 był ogromnym sukcesem firmy id Software (moim zdaniem znacznie przewyższającym część pierwszą). Kwestią czasu było stworzenie do niej rozszerzeń. Za produkcję pierwszego dodatku odpowiada studio Gray Matter – to samo studio, które w późniejszym czasie stworzyło takie hity jak Kingpin: Life of Crime, Return to Castle Wolfenstein, czy Call of Duty: United Offensive. Z jakim skutkiem?

Tak jak zawsze w przypadku dodatków, rozszerzenia nie wprowadzają ogromnych zmian. Nowa kampania dla pojedynczego gracza wprowadza nowego bohatera – Joker’a. Jego kapsuła podczas desantu ulega awarii i ląduje za linią wroga oddzielając się od swojego plutonu. Próbując dotrzeć do oddziału wykonamy szereg zadań i przetrzebimy siły przeciwnika.

Szczerze powiedziawszy nie podobała mi się powtórka z rozrywki w postaci awarii desantowca – nawet jeśli to mało ambitna fabularnie strzelanina, to uważam, że scenarzyści mogli się lepiej postarać.

Pod względem audiowizualnym dodatek nic nie zmienia. Nadal jest militarnie i klimatycznie, choć pierwsze misje sprowadzają nas w teren otwarty (he-he). A raczej w ciasne kanały i wąwozy nazywane „bagnami”.

Doszło za to kilka gadżetów. Godna uwagi jest zwłaszcza broń-pułapka, która w widowiskowy sposób zmienia przeciwników w apteczkę.

Szeregi Strogg’ów zasiliło dwóch kolejnych przeciwników, a kilka najsłabszych wrogich jednostek również zmodernizowano, ekwipując je w lepsze bronie. Jeden z nowych przeciwników, Gekk, to bardzo agresywna rasa, zamieszkująca bagna (pierwsze etapy gry). Gekk’i są szybkie, zwinne i niezwykle agresywne, a z wyglądu przypominają Skaarj z Unreal’a. Czyżby twórcy zainspirowali się grą konkurencji?

Misje nie odstają poziomem od podstawowej wersji gry. To samo tyczy strzelania – nadal jest przyjemnie, choć mam wrażenie, że przeciwnicy, są nieco wytrzymalsi od tych z podstawki. Ponadto w dodatku znacznie szybciej napotykamy silniejsze wrogie jednostki, co nieznacznie zwiększa poziom trudności dodatku.

Podsumowując, Quake 2: The Reckoning to solidny dodatek, do wyśmienitej gry, z lekko podkręconym poziomem trudności i satysfakcjonującym strzelaniem.

PLUSY:
+ Strona audiowizualna bardzo dobrze się zestarzała (a remaster jeszcze ją odmłodził).
+ Dobrze wykonany i dopracowany dodatek.

MINUSY:
- Sztuczna inteligencja trochę kuleje.

04.09.2025 10:28
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
10
PC

W latach dziewięćdziesiątych niezaprzeczalnym królem FPS-ów było studio id Software. Wielu stawało z nimi w szranki, ale nie ukrywajmy, serii Doom i Quake mało kto zagrażał, był oczywiście pewien księciunio, który przewyższył agenta B. J. Blazkowicza, a nawet dorównał Doom Guy’owi, ale Ranger sieknął go toporkiem, a później Bitterman poprawił z blastera, pokazując mu gdzie jego miejsce. Aż w 1998 roku, przybył Epic Games i pokazał, że to „nierealne”, aby rządził tylko jeden król…

Unreal to osadzona w dalekiej przyszłości pierwszoosobowa strzelanina w klimatach Sci-Fi. O dziwo, awatar gracza, to nie żaden komandos walczący o uratowanie świata, a więzień, który stara się przeżyć i uciec z obcej planety, na której awaryjnie wylądował jego statek więzienny. Jako jedyny ocalały z katastrofy, bohater stara się odnaleźć drogę ucieczki z planety. Po drodze, poza groźną (i nie groźną) fauną i florą oraz rasą obcych i agresywnych najeźdźców Skaarj i ich sługusów, napotkamy pokojowo nastawioną rdzenną rasę planety – Na Pali. Ci widzą w nas bohatera z proroctw, który ma ich wyzwolić spod kontroli ciemiężycieli i chętnie nam pomogą podczas podróży udostępniając przydatny ekwipunek.

Epic Games stanęło w szranki z id Software uderzając celnie i mocno. Stworzony przez nich silnik, Unreal Engine, okazał się niezwykle plastyczny w pracy, pod niektórymi względami przewyższając silnik idTech (umożliwiając np. tworzenie bardziej „otwartych” terenów). Sama gra w przeciwieństwie do swego rywala, charakteryzuje się zmienną stylistyką graficzną. Momentami jest mrocznie, a momentami sielankowo. Są otwarte przestrzenie i ciasne korytarze świątyń. Faktycznie ma się wrażenie, że podróżuje się jednym ciągiem po planecie. Efekty graficzne również robią swoje.

Pod względem dźwiękowym jest bardzo dobrze. Muzyka jest świetnie skomponowana, choć nie daje takiego pobudzającego kopa. Inne dźwięki również są zrobione na wysokim poziomie. Może poza odgłosem translatora, który jest lekko drażniący.

Do dyspozycji mamy szeroki wachlarz broni, który (co było jeszcze rzadkością spotykaną w latach powstania gry) posiada alternatywne tryby strzałów. Moim ulubieńcem jest futurystyczny flak cannon, który jest wariacją strzelby (strzela rozżarzonymi odłamkami metalu, które niszczą przeciwnika z bliskiej odległości, ale jest mało skuteczny na średnim i dalszym dystansie) i granatnika (alternatywą jest wystrzał granatu). Ciekawie rozwiązano mechanikę podstawowej broni – Dispersion Pistol. Jest to najsłabsza broń w grze, ale można ją poddawać modernizacji, zwiększając przez to jej siłę, za pomocą specjalnych części. Jeśli chcemy ją zmodyfikować do najwyższego poziomu, jesteśmy zmuszeni do przeszukiwania lokacji, bo nie zawsze omawiane części znajdziemy „po drodze”. W grze również dostępne jest wiele przedmiotów pomocniczych, takich jak flary, pancerze i oczywiście apteczki.

Dodatkowym wyposażeniem (wielce istotnym dla tych, którzy chcą się wczuć w świat gry) jest translator, który tłumaczy nam teksty z gry (notatki, książki, itd.), gdyż fabuła Unreal przede wszystkim prowadzona jest poprzez narrację otoczeniem.

Wydaje mi się również, że pod względem długości rozgrywki Unreal ma sporą przewagę nad konkurencją z tamtych lat.

Unreal nie tylko podjął rękawicę pod względem kampanii dla pojedynczego gracza, ale stał się również głównym rywalem dla Quake’a jeśli chodzi o tryb wieloosobowy (choć mnie potyczki sieciowe kompletnie nie interesują).

Co mi nie przypadło do gustu, to Menu główne gry, wzorowane na Windows’owym oknie. Menu takie wygląda dość skomplikowanie i jednocześnie bardzo oszczędnie.

Podsumowując, Unreal to wyśmienity FPS, który dobrze zestarzał się graficznie i z klimatyczną muzyką. Zrobienie z gracza więźnia wyłamuje standardy innych gier, gdzie steruje się „tym dobrym”. Oczywiście ratujemy po drodze mieszkańców planety, ale jest to w większości tylko opcjonalne. Narracja otoczenia dodaje immersyjności grze, pozwalając na większe wczucie się w świat przedstawiony. Jest to jeden z FPS-ów, w które po prostu trzeba zagrać.

PLUSY:
+ Strona audiowizualna bardzo dobrze się zestarzała.
+ Przyjemnie się strzela. Świetnie zaprojektowana broń, możliwość modernizacji najsłabszej broni.
+ Wyłamanie się standardom fabularnym.
+ Świetnie wykonana narracja otoczenia, immersyjność.
+ Świetnie zaprojektowane lokacje i przeciwnicy.

MINUSY:
- W sumie nie ma. Może ewentualnie drażniące pikanie translatora.

31.08.2025 23:46
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
5.0
PC

Pinball lub jak kto woli flipper’y to gra zręcznościowa, która jest prymitywnym przodkiem naszych ulubionych gier komputerowych. Tak, tak, gdyby nie stoły pinball’owe, kto wie jak by wyglądała teraz branża gier.

Pinball to była rozrywka naszych dziadków, jeszcze przed ery automatów arkadowych. W latach dziewięćdziesiątych natomiast, bardzo modnym było przenoszenie tej gry do wirtualnego świata.

Każde z branżowych czasopism w tamtych czasach co jakiś czas wrzucało demo kolejnego pinball’a (nie mówiąc o tym, że system Windows miał wgrane systemowo własnego pinball’a).

Jedną z serii przodujących w tego typu arkadówkach (lub jak niektórzy twierdzili symulatorach – co z resztą nie mija się z prawdą) był Pro Pinball.

Będąc szczerym, nie rozumiem fenomenu flipper’ów i nie widzę w nich nic atrakcyjnego. Kulka lata po stole jak mucha na prochach po gnojowniku. Szanuję za to osoby, które biją rekordy w tych grach – dla mnie utrzymanie kulki na stole kilkadziesiąt sekund jest nie lada wyzwaniem.

Ale przejdźmy do gry. Timeshock, choć ma już swoje lata, to wygląda i brzmi naprawdę dobrze. Nawet obecnie wygląda świetnie!

Mechanicznie to niczym nie różni się od oryginalnych flipper’ów – odbijamy kulkę, nabijamy punkty, bijemy rekordy. Nie da się bardziej tego rozpisać.

Czy warto go instalować? Niestety, gra działa tylko z płytą CD. Gdyby nośnik nie był wymagany, pewnie bym ją zostawił na dysku jako przerywnik między poważnymi grami lub by pograć z nudów. A tak? Nie widzę sensu, żeby podłączać CD-ROM dla kilku minut klikania w CTRL-e. Gra jest również sprzedawana w wersji cyfrowej, ale po prostu szkoda mi na nią wydawać pieniędzy (z tego samego powodu).

Ale! Jeśli lubisz pinball’e to jak najbardziej warto zainstalować, miłośnikowi flipper’ów powinna się spodobać!

PLUSY:
+ Strona wizualna w ogóle się nie zestarzała.
+ Nawet fajna muzyka.

MINUSY:
- Tylko dla miłośników pinball’i.

31.08.2025 22:52
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
8.5
PC

Popkultura nauczyła nas, że musi być balans między dobrem a złem, a siły dobra i zła nie lubią próżni. Zawsze pojawia się bohater znikąd. Zawsze pokonuje największego złola. I zawsze po jego pokonaniu następuje chwila wytchnienia, po czym pojawia się kolejny złol. Tak jest w książkach i komiksach. Tak jest w filmach. I tak jest w grach… No cóż, inaczej nie byłoby sequel’i.

Tak samo jest w świecie „Sanktuarium”. Dzięki deweloperom z Synergistic Software możemy powrócić do miasteczka Tristan i oklepać gęby kolejnym skubańcom żądnych chaosu i władzy nad światem. Z tą różnicą, że w tym dodatku pojawia się kolejna postać aspirująca do bycia bohaterem.

Mowa o mnichu (Monk). Klasa ta jest miksem pozostałych klas, kierującą się w stronę walki wręcz.

Niestety poza tym i kilkoma przedmiotami (nowe artefakty, bronie dla mnicha i kilka przedmiotów użytkowych), nie uświadczymy w dodatku niczego specjalnego. Grając, miałem wrażenie, że raczej jest to mod, niż dodatek.

Nie zrozumcie mnie źle, gra się w to równie przyjemnie co w podstawową grę, ale brakuje mi tutaj powiewu świeżości. Ani strona audiowizualna, ani mechanika gry kompletnie nie uległa żadnym zmianom! Zazwyczaj od dodatków wymaga się czegoś więcej niż w podstawce.

A tu?

Niby inna fabuła, ale co z tego? Wracamy do wioski, w której nic się nie zmieniło. Po raz kolejny kościół na obrzeżach wsi jest we władaniu mrocznych sił. Gdybym wybrał na początku klasę wojownika, to miałbym wrażenie, że rozpocząłem po prostu nową grę w podstawowej wersji.

Dlatego ciężko mi ocenić tę grę. Wszystko co mi się podobało w podstawowej wersji i wszystko co denerwowało pozostało bez zmian. Muzyka jest genialna (bo się nie zmieniła). A przepraszam! Nie ma już tego śmiesznego tupotu stópek głównego bohatera, co w podstawce. Przez brak znaczących różnic między dodatkiem, a podstawką, urywam jeden punkt z poprzedniej oceny. Nadal jednak bardzo polecam tę grę fanom retro i rpg.

PLUSY:
+ Mroczny klimat.
+ Solidne RPG.
+ Wymagająca, ale bez przesady trudna.
+ Muzyka.

MINUSY:
- Strona wizualna może odrzucić niektórych graczy.
- Kilka drobnych, lecz mało znaczących problemów.
- Częsty backtracking w celu sprzedaży przedmiotów
- Praktycznie nie ma różnicy pomiędzy dodatkiem, a podstawką.

22.07.2025 18:43
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
9.5
PC

Diablo to kolejny hit od Blizzard Entertainment. Epicka przygoda w mrocznym wydaniu. Diablo to gra wymagająca, która wciągnie na długie godziny – w końcu ratowanie świata i ubijanie demonów to nie jest spacerek po parku, prawda Doom Slayer’ze? (MHH… - Doom Slayer mruknął, chyba potwierdzająco…).

Na początku należy zaznaczyć i wyprostować kontrowersję związaną z grą. TO NIE JEST GRA SATANISTYCZNA! Gdy gra powstała wielu przeciwników gier zaczęło oskarżać ją o satanizm i tym podobne bzdury. Niestety, prawie 30 lat po premierze głosy tych głupców nie milkną…

Więc o co w tej grze chodzi, jeśli nie o wielbienie szatana i mrocznych sił? No właśnie chodzi o odwrotność tego. Okazuje się, że pradawne zło, Władca grozy Diablo ma ochotę najechać ziemię. Zabunkrował się głęboko w lochach pod katedrą w mieście Tristram i stamtąd wysyła swoich plugawców, by siać grozę. Niestety, pech chciał, że do miasta przywędrował śmiałek, który postanowił skopać tyłek Diablo i hordzie jego potworów. Tym śmiałkiem oczywiście jest gracz.

Do wyboru mamy jednego z trzech bohaterów: Wojownika (Warrior), Łotrzycę (Rogue) oraz Maga (Sorceror). Niestety, nie można wybierać płci, koloru skóry czy typu budowy ciała. Jedyne, na co nam pozwolili twórcy w przypadku tworzenia postaci to wybór imienia.

Do pokonania mamy 16 labiryntowych poziomów, w którym każdy ma inny układ pomieszczeń (ciekawe kto budował 16-to poziomową piwnicę pod kościołem?), do tego co jakiś czas czeka nas walka z jakimś boss’em.

Bywa, że momentami jest… krwiście, a wręcz nawet sadystycznie (komnata demona Rzeźnika), ale nie zaliczałbym Diablo do jakichś ekstremalnie brutalnych gier. Poza pewnymi wyjątkami (wspomniana powyżej komnata Rzeźnika) nie doświadczymy tu jakichś bulwersująco mocnych aktów przemocy, a dzięki temu, że kamera ukazuje gracza poprzez rzut izometryczny nie musimy obawiać się, że monitor zachlapie nas krwią.

Trochę denerwowała wyjątkowo mała, jak na grę RPG, pojemność ekwipunku. Przez co bardzo często trzeba wracać do miasta, by sprzedawać łupy (każdy grosz się liczy, chociażby po to by kupować niezbyt tanie miksturki). Można oczywiście skorzystać ze zwoju miejskiego teleportu, ale lepiej go zostawić na awaryjną sytuację. Sam towar możemy sprzedawać w dwóch miejscach. Zwykły sprzęt sprzedamy u kowala. U niego również zreperujemy broń i pancerze, a także kupimy nowe. Gdy połazimy po obrzeżach wioski odnajdziemy również wiedźmę. Ta chętnie odkupi przedmioty magiczne, a także (jeśli z takowych korzystamy) naładuje je magiczną mocą. Do dyspozycji również mamy starszego wioski, który za opłatą zidentyfikuje nam przedmiot (przydatne zwłaszcza przy unikatach, bo te potrafią mieć zarówno pozytywne jak i negatywne właściwości) oraz znachor, który uleczy bohatera (o dziwo za darmo!) i odsprzeda eliksiry życia. Oczywiście w grze znajduje się jeszcze kilku innych NPC-ów którzy chętnie nam coś odsprzedadzą (jedną ciekawą postać spotkałem w podziemnym lochu – ale nie będę psuł zabawy i nie powiem kto to).

Większa część zadań, które będziemy musieli wykonać to ubić jakiegoś niemilca, więc pod tym względem nie ma rewelacji.

Graficznie, jak na 1996 rok, gra nie wygląda najgorzej. Duża w tym zasługa oddalonej kamery, przez co szczegóły grafiki nie kolą w oko. Niestety kamera jest „przymocowana” do postaci i nie można rozejrzeć się po lochach. Jednak nie to jest problemem takiego rozwiązania kamery. Otóż kursor myszy również porusza się równolegle względem postaci, przez co często zdarzało mi się, że podczas ruchu klikałem nie w to, co chciałem, bo kamera przesuwała się razem z postacią. I tak, zamiast zaatakować maszkarę, awatar poszedł we wskazane (kliknięte) miejsce, albo podchodził zabrać łup narażając się na atak przeciwnika. Nie jest to może jakiś bulwersujący błąd, bo w miarę szybko można wrócić do wcześniejszych czynności, ale na początku, zanim się do tego przyzwyczaimy, może to irytować.

Chciałbym pochwalić ścieżkę dźwiękową. Muzyka (przede wszystkim w podziemiach) jest cudowna! O ile czymś cudownym można nazwać te mroczne tony, które mają za zadanie zaszczuć bohatera lękiem. Serio… muzyka tworzy niesamowity klimat. Gorzej bywa z innymi dźwiękami. O ile odgłosy, np. walki to nic odkrywczego, po prostu solidnie stworzone dźwięki, to odgłos „tuptania” bohatera trochę mnie śmieszył i kojarzył mi się z odgłosami kreskówek geniusza polskiej animacji, Bartosza Walaszka. Pierwsze co mi przywodziło na myśl podczas spacerków, to „Kapitan Bomba”. Bohaterzy tej kreskówki bardzo podobnie tuptają…

Podsumowując, Diablo to solidny i mroczny RPG, bez większych wad. Dobrze się zestarzał, a muzyka w grze zawarta nadaje wręcz epickiego klimatu. Dark fantasy jak się patrzy. Grę polecam fanom dobrych retro grom, RPG i mrocznych klimatów. Drobne wady nie przeszkadzają, a sama gra zapewni długie godziny grania (dobra na zimowe wieczory).

PLUSY:
+ Mroczny klimat.
+ Solidne RPG.
+ Wymagająca, ale bez przesady trudna.
+ Muzyka.
MINUSY:
- Strona wizualna może odrzucić niektórych graczy.
- Kilka drobnych, lecz mało znaczących problemów.
- Częsty backtracking w celu sprzedaży przedmiotów.

post wyedytowany przez Codename 23 2025-07-22 18:46:22
13.07.2025 19:31
Codename 23
odpowiedz
1 odpowiedź
Codename 23
26

Jak najbardziej. Zanim zaczniesz cokolwiek wygrywać, trzeba zainwestować w auto, a to trwa. Po lekkim tuningu dopiero zacząłem wygrywać (i to nie zawsze). Jak ktoś ma konsolę PlayStation, to Gran Turismo jest jedną z tych gier, które trzeba posiadać w swojej bibliotece. Jest zdecydowanie lepsza od np. Need for Speed'ów wydanych na PSX.

12.07.2025 22:09
Codename 23
odpowiedz
1 odpowiedź
Codename 23
26
7.0
PS1

Na konsolach długo królowały „samochodówki” o arkadowych korzeniach. Gran Turismo powiedziało jednak basta! Czas pokazać na czym polegają prawdziwe wyścigi samochodowe. Założyło sobie koronę, a wielu graczy konsolowych zaczęło bić mu pokłony…

I nie jest to przesadą. Jeśli zapytamy jakiegokolwiek miłośnika konsol od Sony (i to każdej generacji) o podanie najlepszego tytułu wyścigowego większość z nich jednomyślnie odpowie – Gran Turismo.

Gran Turismo to specyficzna gra. Skierowała swe kroki w stronę realizmu. Widać to przede wszystkim w fizyce jazdy. Droga hamowania jest sporo wydłużona, pojazdy o dużej mocy są trudniejsze do opanowania i czuć różnicę pomiędzy pojazdami o przednim, tylnym i 4x4 napędzie (zwłaszcza gdy pod maską znajduje się cała stadnina koni mechanicznych). Muszę jednak przyznać, że w Gran Turismo łatwiej jest opanować pojazdy niż w innych, podobnych tytułach, dzięki czemu „próg wejścia” jest niższy niż w innych symulatorach. Na pewno jest to plusem dla graczy, którzy chcą rozpocząć przygodę w bardziej realistycznych wyścigach.

Gra posiada tryby dla jednego gracza i dla dwóch graczy. Tryb dla dwóch graczy nie różni się niczym od trybów w innych grach tego pokroju. Wybieramy tor i pojazdy, i można się ścigać. Za to tryb dla pojedynczego gracza ma kilka ciekawych mechanik.

Aby rozpocząć przygodę kierowcy wyścigowego najpierw należy zakupić sobie auto. Można kupić nowe auto z salonu (dostępnych jest kilka czołowych marek), ale na to nas nie stać na początku. Więc co? Należy przejrzeć anonse i kupić auto używane. Szczerze to bardzo mi się spodobała ta mechanika. Wygląda to tak samo jak w prawdziwym życiu: są różne marki i modele, a te się różnią jeszcze mocą, kolorem, a nawet rocznikiem (no i oczywiście ceną). Gdy już zakupimy samochód, możemy go zabrać do salonu marki, by kupić nowe części, aby zwiększyć jego parametry. Oczywiście to wszystko kosztuje, a „kredyty” zarabiamy poprzez udział w wyścigach. Im wyższe zajmiemy miejsce tym więcej zarobimy (bonusowe kredyty otrzymamy za tak zwane „Pole Position”). Możemy wziąć udział w zwykłych wyścigach (dostępnych jest 5 torów o różnym poziomie trudności, ale przejechać można tylko 2 okrążenia), albo w mistrzostwach, gdzie nagrody są sporo wyższe. Ale… w mistrzostwach nie można wziąć udziału od razu. I nie chodzi o to, że trzeba je odblokować – te są dostępne od razu, tylko trzeba spełnić odpowiednie warunki, aby w nich wystartować. Po pierwsze trzeba mieć odpowiedni samochód (np. są mistrzostwa tylko dla wozów japońskich, albo tylko dla tylnonapędowych). A po drugie musisz uzyskać licencję wyścigową – co nie jest łatwe. Licencja jest swego rodzaju tutorialem – uczymy się tu hamowania, brania zakrętów itd. I potrzeba wielu prób, aby ukończyć każde z wyzwań, bo nie dość, że pojazdy są trudne do opanowania, to wszystko należy zrobić w odpowiednio wyśrubowanym czasie.

I choć gra szczyci się dużą dawką realizmu, nie pokuszono się o zaimplementowanie zniszczeń. A szkoda, zdecydowanie podniosłoby to poziom realizmu.

Pod względem graficznym wielu graczy przyzwyczajonych do pieszczot oczu dzisiejszych wodotrysków graficznych może uznać, że gra wygląda… słabo. Ale! Jeśli porównamy ją do innych gier na PlayStation z tego okresu, to można stwierdzić, że Gran Turismo pozostawia konkurencję daleko w tyle (nadal jestem pod wrażeniem jak Polyphony Digital wycisnęło taką grafikę z PS1).

Bardzo mieszane uczucia mam do strony audio gry. Dźwięki są jak najbardziej OK, a ścieżka dźwiękowa podczas wyścigów jest miła dla ucha. Za to muzyka w menusach to jakiś koszmar! Miałem wrażenie, jakby ktoś mi robił lobotomię wiertarką udarową! Tej „muzyki” śmiało można używać do torturowania i nawet Disco Polo przy niej jest niczym pieszczoty oralne Sash’y Gray. Poważnie – kompozytor tej muzyki powinien siedzieć w więzieniu o zaostrzonym rygorze, a jego nazwisko powinno pojawiać się w Top 10 największych zbrodniarzy wszechczasów.

Podsumowując, Gran Turismo to trudna, ale wciągająca gra o wyścigach samochodowych skierowana raczej do graczy nastawionych na realizm. Ja akurat wolę bardziej arkadową rozrywkę, ale mimo wszystko dobrze się przy niej bawiłem. Szkoda tylko, że muzyka w menu to jakaś kakofonia…

PLUSY:
+ Rozpowszechniła realizm w wyścigach samochodowych.
+ Bardzo dobrze się zestarzała. Graficznie nadal dobrze wygląda.
+ Pomimo trudności wciąga.

MINUSY:
- Strona wizualna może odrzucić niektórych graczy.
- Trudna (dla niektórych to plus).
- MUZYKA W MENU TO ZŁO WCIELONE!

12.07.2025 08:56
Codename 23
odpowiedz
1 odpowiedź
Codename 23
26

1. Nie stać cię? Zacznij więcej zarabiać.
2. Nie wiesz, to się nie pytaj. Google nie boli!
3. Nie znasz angielskiego (niemieckiego, chińskiego, suahili... itd.), to się go naucz!
4. Jesteś gruby? Musisz schudnąć.
5. Podoba ci się ta laska, ale się wstydzisz? Musisz tylko do niej zagadać.
6. Silnik faluje? To na pewno cyncykator albo bulbulator, możliwe też, że to spowalniacze przyspieszaczy lub czujnik dyfozora turbo nitronadymacza (oraz inne techniczne zwroty, których nikt nie rozumie) najlepiej idź z tym do mechanika.

Dziękuję za uzupełnienie listy dobrych rad użytkowników internetu. Na pewno skorzystam, ale na razie wrzucę ją do teczki podpisanej "mam gdzieś takie porady".

P.S. Nie wszystkie powyższe rady były skierowane do mnie. ;-)

27.04.2025 00:57
Codename 23
1
odpowiedz
Codename 23
26
7.0
PC

Dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma morzami i w ogóle w innym wymiarze istniała zaczarowana kraina. Kraina ta była polem dla epickich bitew między przymierzem ludzi, a hordą orków… a nie, czekajcie, to nie ta bajka!

Nasza baśń rozgrywa się w innym uniwersum. I tak jakby bardziej gdzieś w kosmosie. I mało w niej elementów baśniowych, choć jest równie krwiście, epicko i różnorodnie rasowo, co w tej drugiej opowieści.

StarCraft, bo o tej grze mowa, to młodszy brat WarCraft’a. Podobieństw jest tu wiele, nie tylko z nazwy. W końcu ich ojcem jest to samo studio – Blizzard Entertainment. I chociaż oba te tytuły to strategie czasu rzeczywistego, to jednak charakterkiem sporo się różnią. Podczas, gdy WarCraft jest bardziej baśniowy i utrzymany klimatach fantasy (nawet grafika jest bardziej taka jakby, kreskówkowa?), StarCraft skierował swe kroki w stronę mrocznego sci-fi.

W grze mamy do dyspozycji 3 rozbudowane kampanie dla jednego gracza (każda inną rasą) oraz oczywiście tryb multiplayer. Rozgrywki wieloosobowe co prawda niespecjalnie mnie interesują, ale grze należy się szacunek, bo nawet po tylu latach od jej narodzin (ponad ćwierć wieku!), multiplayer cieszy się nadal sporą popularnością.

Graficznie, nawet jak na dzisiejsze standardy, produkcja zestarzała się nie najgorzej. Choć obiekty i postaci są dwuwymiarowe, wyglądają całkiem dobrze. Za co należy pochwalić program, to na pewno muzyka, która wpada w ucho i uprzyjemnia bardziej statyczną część gry taką jak zbieranie minerałów, produkcja jednostek i stawianie budynków. Oczywiście najlepiej uzupełniała się z tą bardziej dynamiczną częścią, czyli w walce. Szkoda tylko, że muzyka nie jest interaktywna – spokojne kawałki mogłyby przygrywać przy rozbudowie, a dynamiczne podczas walki.

Sterowanie w grze jest standardowe i niczym nie różni się od większości RTS-ów. Lewym przyciskiem myszy zaznaczamy jednostki, prawym wydajemy rozkazy. Oczywiście mamy również do dyspozycji skróty klawiszowe.

Fabuła gry bardzo powoli się rozkręca i na początku nie bardzo wiadomo o co chodzi w scenariuszu – po prostu wykonujemy kolejne misje mniej, lub bardziej ze sobą powiązane.

To co mogę uznać za największy problem tej produkcji to nierówny poziom trudności. Bywało, że niektóre misje przechodziłem w dość krótkim czasie i bez większych strat własnych, by za chwilę męczyć się nawet kilka godzin, by i tak zrestartować misję, bo przeciwnik tak zaciekle się bronił, że z łatwością uszczuplał moje siły. Oczywiście razem z siłami własnymi kończyły mi się surowce. I oczywiście problem zmniejszających się zapasów surowców jakoś niespecjalnie dotyczył mojego przeciwnika.

Gra ma jeszcze jeden mankament. Sztuczna inteligencja potrafi zawieźć. Może inaczej. SI nie różni się zbytnio od innych gier RTS z tego okresu czasu i nie wpływa znacząco na rozgrywkę. To nie jest coś co drażni podczas gry w taki sposób, że można dostać szewskiej pasji, bardziej wywołuje uśmiech politowania. Przykład? Grając w gry strategiczne przywiązuję znaczną uwagę do planowania rozbudowy bazy. Nie lubię jak budynki porozrzucane są na mapie gdzie popadnie. I zawsze staram się stawiać budowle w sposób uporządkowany. Niestety bywało tak, że mój budowniczy kończył stawiać budynek i stawał w miejscu, gdzie zablokowany innymi budynkami, rzeźbą terenu lub po prostu przez drzewo nie mógł się już wydostać. Innym przykładem jest różnica prędkości poruszania się wybranych jednostek. Wiadomo, że taki ścigacz, będzie poruszał się szybciej od piechocińca (tu akurat omawiam przypadek Terran). I w porządku. Ale jeśli różne jednostki poruszają się grupą, to powinny dostosować swoje tempo do najwolniejszej jednostki. A tak? Szybsze jednostki odrywają się od pododdziału i gdy reszta drużyny dochodzi do wskazanego punktu ataku, okazuje się, że po ścigaczach nie ma już co zbierać. Na szczęście nie jest to znacząca wada produktu – po prostu, trzeba mieć to na uwadze i lepiej planować rajdy czy rozbudowę bazy.

Podsumowując, StarCraft to solidny, a na pewno legendarny RTS. Zestarzał się bardzo dobrze, ma fajny klimat i jest świetnie udźwiękowiony. Graficznie nadal wygląda dobrze, choć pewnie ludzie zwracający uwagę tylko na graficzne aspekty gier nie zwrócą na niego uwagi. Największą bolączką gry jest nierówny poziom trudności. Dla miłośników RTS-ów będzie pozycją obowiązkową. Inni gracze (o ile nie są przeciwnikami strategii) powinni się z nią również zaznajomić, bo gra jest naprawdę dobrą produkcją.

PLUSY:
+ Dobrze się zestarzała.
+ Muzyka.
+ Legendarny RTS.

MINUSY:
- Strona wizualna może odrzucić niektórych graczy.
- Nierówny poziom trudności.

26.04.2025 15:29
Codename 23
odpowiedz
1 odpowiedź
Codename 23
26
2.5
PC

Amerykanie to bardzo dziwny naród. Zwłaszcza jeśli chodzi o sport. A im bardziej brutalna odmiana tego sportu tym lepiej. Zamiast piłki nożnej, grają w Football, który jest sportem bardzo… kontaktowym. Zamiast zapasów wolą Wrestling, który co prawda jest udawany, ale pełen widowiskowej przemocy. Nawet wyścigi samochodowe mają swoją agresywną odmianę, w której kierowcy niszczą sobie nawzajem samochody.

Destruction Derby 2 jest właśnie „symulacją” takich wyścigów. Symulacja co prawda jest tutaj słowem użytym mocno na wyrost, gdyż bliżej temu programowi do gier zręcznościowych.

Gra posiada kilka trybów rozgrywki. Główne to wyścigi i derby, w których chodzi o niszczenie wozów swoich rywali. Poza tym możemy zagrać w trybie próby czasowej, pojedynczego wyścigu lub pojedynczej „rozwałki”. Chociaż gra w latach 90-tych była dość popularna, to jednak osobiście mnie nie ujęła.

Na początku miałem problem odnaleźć w menu trybów jakiejś kariery. Potrwało to chwilę zanim zrozumiałem o co chodzi. Przyzwyczajony jestem, że w menu główny znajduje się od razu przycisk odpowiadający za karierę / mistrzostwa. Wyścigi ustawia się już w menu głównym – podobnie jak w Need for Speed 2, co wprowadza moim zdaniem bałagan.

Graficznie przypomina inne gry z tego okresu i biorąc to pod uwagę, gra prezentuje się nie najgorzej. Ścieżka dźwiękowa, prawie odpowiada rozgrywce. Jest ostro i dynamicznie. Napisałem „prawie” gdyż zdziwiła mnie muzyka z menu, która jest jak najbardziej w porządku, tylko klimatem bardziej pasuje do jakiegoś survival horror’u, a nie do dynamicznej gry wyścigowej.

Sama rozgrywka niezbyt mi się spodobała. Mam wrażenie jakby samochody były sztucznie przyspieszone, niczym w starych filmach (gdy chciano ukazać szybkość pojazdu to przyspieszano scenę). Przez to prowadziło mi się samochód bardzo nieprzyjemnie i nie mogłem się przyzwyczaić do fizyki jazdy. W trybie Derby, to już w ogóle miałem wrażenie, że prowadzę jakąś rakietę, a nie pojazd.

Komputerowi przeciwnicy są bardzo agresywni i z wielką ochotą wyrzucą gracza z toru. Na szczęście sami również potrafią popełniać błędy, dzięki czemu bliżej im do ludzkich zachowań.

Podsumowując, gra pod względem mechanicznym mocno się zestarzała i ciężko przyzwyczaić się do fizyki jazdy, a w menu panuje chaos. Graficznie, choć program mocno się zestarzał, to utrzymuje poziom gier wydanych w tamtym czasie. Dużym plusem jest muzyka, choć nie wszystkie „kawałki” pasują klimatem do rozgrywki.

PLUSY:
+ Muzyka
MINUSY:
- Strona wizualna może odrzucić niektórych graczy.
- Dziwna fizyka jazdy. Przyśpieszone tempo jazdy.
- Chaos w menu głównym.

26.04.2025 15:19
Codename 23
odpowiedz
4 odpowiedzi
Codename 23
26
1.5
PC

Gry RPG kuszą graczy swoimi wspaniałymi cechami. Otwarte światy, magia, fantastyczne postacie, bestie i stwory niczym z baśni… No i przede wszystkim obietnica epickiej przygody.

Jedną z tych gier jest Betrayal at Krondor studia Dynamix. Jest to staroszkolny RPG, który garściami czerpie z Dangeon Crawler’ów. Głównymi cechami różniącymi ją od tego co uważamy za standardowych RPG to perspektywa. Zazwyczaj tego rodzaju gry posiadały kamerę z rzutu izometrycznego, lub później z widoku FPP lub TPP. W Betrayal at Krondor akcję obserwujemy z widoku pierwszej osoby, lecz poruszamy się jednocześnie całą drużyną, a nie w pojedynkę, tak jak ma to miejsce w późniejszych RPG akcji.

GOG jak zwykle nie zawodzi jeśli chodzi o bonusy. Wraz grą otrzymujemy tapety na pulpit w różnych rozdzielczościach, pełną oraz skróconą instrukcję w pdf, oraz ogólną mapę świata w stylu fantasy, która naprawdę wygląda świetnie.

Fabuła gry oparta jest na opowiadaniach Raymond’a E. Feist’a. Jak to w grach tego typu bywa zawiera mnóstwo linii dialogowych. Niestety tylko po angielsku, więc należy dość dobrze znać ten język. Moja znajomość języka jest co najwyżej na poziomie komunikatywno-dukającym, więc nie zrozumiałem dużej ilości treści gry.

Wizualnie gra wygląda już dość kiepsko. Program wyświetlany jest w niskiej rozdzielczości, a większość interaktywnych przedmiotów jest nie do rozpoznania, dopóki nie wejdziemy w interakcję i nie przeczytamy z czym mamy do czynienia.

Za to bardzo mi się spodobała ścieżka dźwiękowa. Utrzymana jest w klimatach średniowiecznego fantasy (jak cała gra). Dzięki temu, nawet fakt, że muzyka jest zrobiona w systemie midi kompletnie nie przeszkadza.

Nie przywykłem również do mechaniki gry. Gdy zacząłem grać w RPG-i, to mechaniki były bardziej przyjazne użytkownikowi.

Podsumowując: gra posiada dobrą muzykę i ogólny klimat fantasy, ale przeznaczona jest tylko dla koneserów gatunku (mnie odrzuciła).

PLUSY:
+ Klimat.
+ Dodatki do gry (wersja GOG).
MINUSY:
- Strona audiowizualna okropnie się zestarzała.
- Przestarzała mechanika gry.
- Trzeba znać bardzo dobrze język angielski, aby cieszyć się fabułą.

post wyedytowany przez Codename 23 2025-10-25 23:48:05
22.04.2025 19:29
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
1.5
PC

Historię piszą zwycięzcy. A wiadomo, zwycięzcy zawsze uważają się za „tych dobrych”. Są bohaterami. Tak było podczas wszystkich konfliktów i wojen. Ale pewna osoba, pomimo, że należała do agresorów, którzy po przegranej wojnie powinna zostać napiętnowana, zyskała tak duży szacunek nawet wśród swoich przeciwników, że nawet dzisiaj jest nazywana bohaterem – asem przestworzy. To niemiecki lotnik, baron Manfred Albrecht von Richthofen – znany bardziej pod pseudonimem „Czerwony Baron”.

Żeby uhonorować go oraz wielu innych asów lotnictwa z okresu I Wojny Światowej, firma Dynamix stworzyła symulator lotu „Red Baron”. Niestety gra nie zniosła zbyt dobrze próby czasu.

Zacznijmy od instrukcji, która jest bardziej podręcznikiem historii lotnictwa z okresu I WŚ, niż faktyczną instrukcją. Nie powiem, robi to wrażenie (instrukcja dołączona do gry na platformie GOG ma bagatela tylko 232 str.) i zapewne dla fanatyków lotnictwa taki manual to wspaniałe źródło wiedzy, ale dla zwykłego gracza najważniejsza jest klawiszologia i porady, a nie ciekawostki na temat pilotów i samolotów. A przy takim zakresie stronic, bardzo ciężko było odnaleźć najważniejsze dla mnie informacje. Czy to jest minus? I tak, i nie. Jako miłośnik broni palnej, na pewno uradowałbym się, gdyby np. manual do jakiejś z ulubionej strzelaniny posiadał szczegółowe opisy i historię wykorzystywanej w niej broni. Z drugiej strony, jeśli chcę poczytać o jakimś sprzęcie, czy historii zaopatrzam się w odpowiednią książkę.

Dźwięk przypomina ten z gier 8 bitowych. Jakiś tam jest. Odgłos silnika, przypominał mi zepsutą wiertarkę. Grafika również nie wypada najlepiej. Widok z kokpitu jeszcze nie jest najgorszy, ale niska rozdzielczość i niska paleta barw robi wrażenie, jakby grafika robiona była w Paint’cie.

Mechanika i sterowanie również nie ułatwiają gry. Samo sterowanie (jak już odnajdziemy odpowiednie klawisze) nie jest może skomplikowane, ale gra jest symulatorem, więc fizyka ma duży wpływ na lot. Trzeba korzystać z zegarów pokładowych i brać pod uwagę takie aspekty fizyki jak siła nośna. Biorąc to pod uwagę oraz dodając niską szczegółowość grafiki, lata się tu bardzo trudno (ciężko np. ocenić odległość do celu, czy do ziemi).

Podsumowując: „Red Baron” nie przeszedł próby czasu i zestarzał się okropnie. Audiowizualnie wypada gorzej nawet od gier na NES-a. Latanie jest trudne do opanowania, nawet po odnalezieniu odpowiednich wskazówek w instrukcji, przez co w dzisiejszych czasach jest kompletnie niegrywalną produkcją. Chociaż postać barona Manfred’a von Richthofen’a jest godna zapamiętania, tak już gra o nim - niekoniecznie.

PLUSY:
+ Rozbudowana instrukcja pełna faktów i ciekawostek.
+ Jedno z pierwszych poważnych podejść do symulatorów lotów.

MINUSY:
- Strona audiowizualna okropnie się zestarzała.
- Trudne sterowanie. Praktycznie niegrywalna.
- Instrukcja aż nazbyt rozbudowana.

post wyedytowany przez Codename 23 2025-10-25 23:46:57
23.12.2024 16:29
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
5.5
PS1

Electronic Arts zrozumiało, że z jego marką nie dzieje się za dobrze i postanowiło udać się z Need for Speed’em do warsztatu. Naprawiono to co nie działało, a do tego poddano go małemu lifting’owi.

Need for Speed 3: Hot Pursuit to gra z gatunku wyścigi samochodowe, stworzona przez EA w 1998 roku. Ogrywana przeze mnie wersja jest na PS1, którą można zakupić tylko w stanie używanym za około 115 – 150 zł. W trzeciej części stawia się na „nielegalność”, dodając tytułowy tryb gry. Poza znanymi nam wcześniej Single Race, Knockout i Tournament doszły tryby Practice i ten właśnie nielegalny Hot Pursuit. Practice to tryb służący do „praktyki”, czyli trenowania, do czego namawiam, bo gra do łatwych nie należy i warto nauczyć się okrążeń poszczególnych wyścigów. W tym trybie do dyspozycji mamy również tzw. „ducha”, czyli gra zapamiętuje najlepsze okrążenie gracza (również fizycznie, a nie tylko czas) i podczas kolejnych okrążeń dodaje przezroczysty samochód, dzięki czemu ścigamy się sami ze sobą, a nie tylko z ustanowionym przez nas czasem. Tryb Hot Pursuit natomiast, to seria wyścigów, w której dodana jest ścigająca nas policja. W przypadku Tournament’u dodano w końcu wybór poziomu trudności, aczkolwiek początkujący (Beginner) na konsoli PlayStation do łatwych nadal nie należy (ogrywałem ten tytuł kiedyś na PC i udawało mi się spokojnie wygrywać wyścigi, pomimo, że byłem wtedy dość młodym i niedoświadczonym graczem – wersja konsolowa ma znacznie podwyższony poziom trudności). Zmianie również uległo wczytywanie trybu Tournament. W poprzednich częściach należało zapisać turniej, a aby go wczytać trzeba było wpisać specjalne hasło, które otrzymywaliśmy po wygraniu wyścigu. Tutaj nie ma haseł i po prostu wczytujemy i zapisujemy stan gry. Ponadto gra już zapamiętuje ostatnio wpisany nick podczas zapisywania rekordów i nie trzeba za każdym razem wpisywać swego imienia / pseudonimu. Oczywiście pojazdy w trybie Tournament można również zmieniać pomiędzy wyścigami.

Do dyspozycji zostało nam oddanych łącznie 8 super samochodów, w tym, że 3 najlepsze na starcie są zablokowane. Oczywiście można wybierać również w opcjach wyścigu ustawienie skrzyni biegów, pomiędzy manualną i automatyczną, kolor pojazdu, włączyć lub wyłączyć ABS i ustawić styl jazdy – tak jak poprzednio, pomiędzy Simulation i Arcade.

O ile między pierwszą, a drugą odsłoną Need for Speed, nie było widocznej różnicy graficznej, tak trzecia część została konkretnie dopieszczona. Mapy wyglądają bardzo dobrze, a samochody są „pełniejsze” – mają znacznie więcej poligonów, a do tego posiadają ładny efekt błyszczącego lakieru. A na PC, gra wygląda jeszcze lepiej.

Poprawiono znacznie fizykę jazdy, a sama rozgrywka nabrała większej dynamiki. Teraz przy kraksie, jeśli pojazd wyląduje na kołach, to od razu można wciskać gaz do dechy. Nie trzeba czekać cennych kilku sekund, aby zrestartowano pojazd i ruszać z neutralnego biegu. I jeśli ktoś zarzuci tutaj brak realizmu… to niech zwróci również uwagę na to, że restart samochodu również nie jest zbyt realistyczny. Nie mówiąc już o tym, że to gra komputerowa, o bardziej arkadowej duszy.

Niestety Need for Speed 3: Hot Pursuit również potrafi kopać tyłek drobnymi oszustwami. Poza tym, że poziom Beginner, zdecydowanie jest za trudny jak dla początkujących graczy, to nadal startujemy z ostatniej pozycji (w Tournament’cie zdobywamy punkty za wyścigi i nasza pozycja startowa jest adekwatna do punktacji). Pojazdy na starcie również są ustawione w znacznie większych odległościach od siebie, przez co pierwszy kierowca potrafi bardzo szybko uciec.

Ścieżka dźwiękowa natomiast gdzieś ginie i nie zwraca się na nią takiej uwagi, jak poprzednio (i w przyszłości serii) i jedyne co mogę o niej powiedzieć, to, że jest. Żaden z kawałków nie zapadł mi w pamięci. Co do dźwięków, to ryk silników, piski opon i ogólnie cała reszta jest przyzwoicie zrobiona.

Podsumowując, trzeba przyznać, że EA wzięła sobie do serca bolączki z poprzednich części, zabrała swoją markę do warsztatu i ponaprawiała większość usterek oraz awarii z poprzednich odsłon (zwłaszcza z Need for Speed 2). Niestety poziom trudności to jeden z dużych minusów tej gry – nie lubię łatwych gier, ale Need for Speed nie jest symulatorem, więc podkręcenie poziomu trudności (zwłaszcza, że mamy wybór pomiędzy początkującym, a zaawansowanym) sprawia, że gra jest skierowana głównie do masochistów (gra ma sprawiać przyjemność, a nie frustrację).

+ Poprawiono dużo bolączek z poprzednich części.
+ Znaczna różnica w grafice.
+ Dużo trybów gry.

- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Taka sobie ścieżka dźwiękowa.
- Poziom trudności za wysoki.

14.12.2024 18:24
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
10
PC

Quake 2 to gra, która wyłamuje się twierdzeniu, że sequel jest zawsze gorszy. Być może dlatego, że jest kontynuacją poprzedniczki, jednocześnie wcale nią nie będąc…

Po sukcesie Quake’a, stworzono silnik idTech2 i rozpoczęto pracę nad kolejną grą, która wcale nie miała być kontynuacją Quake’a. Kłopot był jednak z rejestracją nazwy nowej gry, więc studio rozwiązało ten problem w sposób dość dziwny, ponieważ nową produkcję ochrzczono mianem Quake 2.

Graficznie gra bardzo dobrze się zestarzała i ciężko uwierzyć, że faktycznie ma ponad 25 lat (a wersja zremasterowana w ogóle wszystko dopieściła: grafikę, dźwięk i sztuczną inteligencję – odmładzając ją o dobre 10-15 lat). Poza pełniejszymi modelami i wyższej jakości teksturami, w stosunku co do poprzedniczki, stworzono fantastyczne animacje przeciwników. Wrogowie tracą rezon po trafieniu, a jeśli strzelimy do wroga z bliska to może go odrzucić, a nawet przerobić na „mielone”. Śmierć przeciwników wygląda dość widowiskowo i filmowo - niektórzy przeciwnicy giną od razu, inni oddają ostatni strzał przed śmiercią. Pewnemu rodzajowi przeciwnika można odstrzelić głowę i w takim przypadku ten strzela na oślep (co było efektem działania nerwów przy dekapitacji) i nie jest to tylko zwykłą, aczkolwiek efektowną animacją śmierci – awatar gracza faktycznie może zostać wtedy ranny!

Etapy utrzymane są w stylistyce industrialnego brudu i mrocznego sci-fi i w porównaniu do poprzedniczki zostały bardzo mocno rozbudowane. Pozbyto się gotyckich, starożytnych i demonicznych lokacji, na rzecz futurystycznych baz wojskowych. Każda misja składa się z kilku lokacji, a przechodzenie pomiędzy nimi wiąże się z krótkim wczytywaniem mapy. Oczywiście każda lokacja posiada sekrety, a nawet sekretne misje (tak jak w pierwszej części gry).

Dźwiękowo produkcja wypada bardzo dobrze. Gra jest FPS-em w konwencji sci-fi, w której steruje się żołnierzem na planecie obcych-cyborgów. I faktycznie mieszanka tych wszystkich dźwięków, komunikaty przez radio, wystrzały z broni, wytwarza ogromny poziom immersji i wrażenie, że naprawdę bierzemy udział w międzyplanetarnej operacji wojskowej. W wersji zremasterowanej dodatkowo towarzyszy nam pełna energii, ostra ścieżka dźwiękowa pompująca nam adrenalinę prosto przez uszy.

Fabuła gry jest bardzo prosta i mało odkrywcza, choć biorąc pod uwagę poprzednie tytuły id Software, można stwierdzić, że scenariusz w tym przypadku jest dość rozwinięty. W niedalekiej przyszłości Ziemia zostaje zaatakowana przez rasę cybernetycznych obcych – Stroggów. Ich celem jest przerabianie różnych form życia na swoje podobieństwo. Ziemianie podjęli rękawi-cę i doszło do międzyplanetarnej wojny. Gracz wciela się w jednego z żołnierzy (i tym razem nie jest to bezimienny protagonista – nazywa się Bitterman), którzy mieli dokonać desantu na obcą planetę. Przez przypadek jednak, Bitterman odłącza się od swojego plutonu i ląduje w bazie obcych sam. Od tej pory gracz musi wykonać szereg zadań pierwszorzędnych i drugorzędnych, przy okazji likwidując jak najwięcej sił przeciwnika.

W Doom’ie, czy w Quake’u „przechodziliśmy” plansze – mapy nazywane misjami. W Quake 2 natomiast faktycznie bierze się udział w misjach, które mają swoje konkretne cele. I tu doszło właśnie do pewnej nowości fabularno-mechanicznej, w stosunku co do poprzednich gier id Software. Wprowadzono zadania, które mają po pierwsze sens, a po drugie utrzymują militarny klimat. Czy to w Quake’u, czy w Doom’ie po prostu biegało się od przycisku do klucza, by ukończyć poziom. W Quake 2 też jest tak samo, ale zrobiono to bardzo zgrabnie, kamuflując to w formę zadań do wykonania. To niesamowite jak taki drobny szczegół wpływa na odbiór całej gry.

Arsenał broni również przeszedł lifting, a nawet doszło do konkretniejszych zmian. Pozbyto się toporka i zamiast niego wprowadzono pistolet – Blaster’a, który jest dość słaby i powolny (zarówno pod względem szybkostrzelności, jak i prędkości wylotowej), ale nie potrzebuje zasilania amunicją. Jest oczywiście strzelba i super strzelba, które są przepotężne na bardzo bliskim dystansie. Karabin maszynowy, który bardziej przypomina PM-a i z powodu lekkiej wagi ma ogromny podrzut i dość spory rozrzut (zaleca się strzelanie krótkimi seriami – zmieniono to natomiast w wersji zremasterowanej, gdzie łatwiej już kontrolować broń). Chaingun zżera zapasy amunicji, ale jest dość śmiercionośny zwłaszcza w wąskich korytarzach. Granatnik i wyrzutnia rakiet mają standardowy tryb działania, choć rakiety lecą dość powolnie do swoich celów. Hyper Blaster to nic innego jak energetyczny karabinek, który jest dość szybkostrzelny i całkiem potężny, choć posiada pewien minus – ma obrotową lufę i nie można strzelać seria za serią, dopóki system luf się nie ustabilizuje. Railgun za to, jest nowością, która pozostanie już na dłużej w „kłejkowej serii” i jest odpowiednikiem karabinu wyborowego. Wiązka wystrzeliwana z tej broni jest bardzo silna, precyzyjna i posiada dużą prędkość wylotową. Problemem jest bardzo niska szybkostrzelność, więc chybianie nie jest wskazane. Ale po wprawieniu się, railgun może zostać bardzo uniwersalną bronią. Kolejną nowością jest zapo-życzone z serii Doom BFG, które jest praktycznie bronią masowej zagłady. Zabawkami, które kompletnie nie przypadły mi do gustu są za to granaty, które choć ciekawie zaprojektowane, były dość nieprzewidywalne w zachowaniu i bardzo rzadko z nich korzystałem (głównie gdy byłem poza zasięgiem przeciwników i miałem możliwość obrzucić ich granatami, aby zaoszczędzić amunicję do pukawek - przynajmniej do zdobycia wyrzutni granatów).

Gra jest dość brutalna, a samo strzelanie jest naprawdę fantastycznie zrobione. Strzela się bardzo przyjemnie i czuć, że broń ma kopa. Duży wpływ na to ma fakt, że kamera porusza się razem z podrzutem broni, jak również efekty starć z obcymi, gdy przeciwnik po strzale z dwururki zamienia się w kupę mięcha…

Rasa Stroggów to mokry sen David’a Cronenberg’a. Połączenie ludzkich ciał z cybernetycznymi częściami tworzą makabryczne połączenie, które jednak na wzgląd przestarzałej technologii graficznej, może w obecnych czasach nie sprawiać już takiego obrzydzenia jak kiedyś.

Niestety w wersji klasycznej sztuczna inteligencja daje ciała, bo często przeciwnicy, którzy wie-dzieli o obecności gracza, lecz ten był poza jej zasięgiem, biegali dookoła bez sensu, lub próbowali ostrzelać przeciwnika, chociaż nie pozwalał na to zasięg ich ataku. W wersji zremasterowanej sztuczna inteligencja została podkręcona, ale nadal wrogowie świrują, gdy nie są w stanie dorwać gracza. Za to, na podobę wcześniejszych produkcji (Doom, Doom 2: Hell on Earth, Quake) tutaj również przeciwnicy potrafią między sobą walczyć, co czasem można wykorzystać.

Pewną zmianą w stosunku do poprzedniego Quake’a, czy do serii Doom jest zmiana mechaniki korzystania z power-up’ów. Wcześniej złapanie np. Quad Damage, lub kombinezonu od razu je aktywowało. W Quake 2 to gracz decyduje kiedy chce użyć konkretnego artefaktu lub wyposażenia, co uważam, że jest znacznie lepszym rozwiązaniem. Często bywało tak, że power-up’y w pierwszej części leżały gdzieś w kątach aren lub w sekretnych miejscach i odkrywałem je już po samej potyczce, gdy nie było już sensu z nich korzystać. Tutaj można samemu zdecydować o aktywacji ekwipunku, dzięki czemu sprawniej działamy na polu walki.
A jeśli już jesteśmy przy ekwipunku, to remaster dorzucił coś do wyposażenia – Kompas. Choć ciężko to nazwać kompasem, bo ten nie wskazuje kierunków świata, a wyświetla drogę do celu. Czy jest to przydatne? Może. Czy potrzebne? Nie bardzo. Quake 2 nie jest na tyle rozbudowany by ta mechanika była potrzebna, bo i tak w końcu trafimy do celu misji. A kompas ten kojarzy mi się z nowoczesnymi grami, gdzie prowadzi się gracza za rączkę od znacznika, do znacznika.

Quake był rewolucyjny, ale nie ukrywajmy, tylko pod względem technologicznym. Wewnętrzne konflikty w studiu id Software spowodowały, że Quake to dobry FPS (świetnie wyglądający „za swoich czasów”), ale bez pomysłu na siebie. Po prostu biegasz i zabijasz różnej maści tałatajstwo. Po latach, czuć ten konflikt studia w grze, w jej konstrukcji. To tak jakby różnym podwykonawcom zlecić budowę jakiegoś budynku administracyjnego, nie zaznajamiając ich z wizją końcową i przeznaczeniem budynku. Jeden podwykonawca zbuduje magazyn broni posterunku policyjnego, drugi salę operacyjną, a trzeci izbę tortur urzędu skarbowego. Tak samo było w Quake’u. Raz zwiedzaliśmy kosmiczną bazę, innym razem gotycki zamek. To samo dotyczyło przeciwników: psy, żołnierze, potwory, rycerze… istny misz-masz. Quake 2 natomiast został „przemyślany”. Nadal chodzi o bieganie i strzelanie, ale teraz czuć, że ma to sens! Zadania, świat, przeciwnicy… to wszystko jest teraz ze sobą ściśle połączone i nie wygląda jak zbitek pomysłów odklejonych od siebie. Ta decyzja spowodowała, że fabuła, wrogowie i misje, czyli całe tak zwane „lore” to integralna całość jednej gry, wraz z wszystkimi jej mechanikami. Quake na pewno jest kultową grą, ale Quake 2 w porównaniu z nim jest po prostu idealny.

Podsumowując, Quake 2, to jeden z najlepszych FPS-ów w historii gier. Strzela się tu bardzo przyjemnie, a więc i samo granie jest bardzo przyjemne. Sztuczna inteligencja trochę zawodzi, ale poprawiono to w wersji zremasterowanej. I chociaż nie nazwałbym jej w żaden sposób produkcją przełomową, to jest w tej grze coś takiego, że granie sprawia wielką radość i chce się w nią grać. Poza tym, że gra jest porządnie zrobiona i dopieszczona przez twórców, to ma jeszcze w sobie to „coś”.

PLUSY:
+ Strona audiowizualna bardzo dobrze się zestarzała (a remaster jeszcze ją odmłodził).
+ Przyjemnie się strzela. Świetnie zaprojektowana broń.
+ Zgrabne zakamuflowanie bezsensownego biegania po mapie za pomocą zadań.
+ Używanie artefaktów i przedmiotów w chwilach, gdy graczowi są potrzebne, a nie od razu po ich znalezieniu.
+ Militarny klimat gry. Pomimo starć w pojedynkę ma się wrażenie, że faktycznie bierzemy udział w konflikcie zbrojnym.
+ Świetnie zaprojektowane lokacje i przeciwnicy.

MINUSY:
- Sztuczna inteligencja trochę kuleje.

post wyedytowany przez Codename 23 2025-10-25 23:45:32
30.11.2024 12:16
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
8.0
PC

Virtua Cop to przedstawiciel praktycznie wymarłego gatunku Rail Shooter, w Polsce nazywany strzelanką na szynach lub pieszczotliwie „celowniczkiem”. Wywodzi się z czasów gdy w salonach gier królowały gry z tego gatunku.

Założenia gry i mechanika jest bardzo prosta. Jako policjant przyjeżdżamy na wezwanie i prowadzimy ogień do przestępców, jednocześnie zwracając uwagę na cywili. Trafienie w cywila zabiera nam jedno życie. Mamy 5 żyć i możemy 5 razy skorzystać z kontynuacji. Akcję obserwujemy z widoku pierwszej osoby, lecz bez widocznej broni. Nie mamy również możliwości swobodnego poruszania się – postać porusza się sama, gracz jedynie prowadzi ogień poruszając samym celownikiem. Do dyspozycji oddano graczom 3 misje, każda o zwiększonym poziomie trudności. Postacie zawsze pojawiają się w tych samych miejscach, więc przejście gry to kwestia wyuczenia się pozycji wrogów. Gra jest dynamiczna, ale nie zalewa nas bodźcami, jak inne tego rodzaju produkcje, w których często nie wiadomo już do czego na ekranie strzelać. Samo ukończenie gry zajmie od kilku, do kilkunastu minut – w końcu to konwersja z automatu.

Graficznie gra się mocno zestarzała i o ile tekstury nie wyglądają najgorzej (przynajmniej w większości wypadków) tak modele są, jakby to ująć? Kukiełkowate. Na początku miałem również małe problemy z wyświetlaniem grafiki – ekran mrugał na szaro, ale ustawienie zgodności z Win XP załatwiło sprawę.

Mimo wszystko gra się bardzo przyjemnie. Jest w tej produkcji to „coś”, co każe próbować od początku i bić kolejny rekord. I to jest siła tej gry. Mój egzemplarz jest z magazynu CD-Action nr 02/2004 (96).

Podsumowując, Virtua Cop 2 pomimo przestarzałej grafiki i krótkiego czasu potrzebnego do ukończenia gry sprawia dużo przyjemności i granie w nią jest świetną rozrywką. No i można grać kooperacyjnie na jednym komputerze.

PLUSY:
+ Wciąga. Przyjemnie się gra. Sprawia, że chce się bić rekordy.

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Krótka i łatwa do wyuczenia.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-14 16:04:34
30.11.2024 11:40
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26

Mam problem z grą. Po rozpoczęciu gry, po pierwszej cut-scence mam czarny ekran. Hud jest widoczny, dźwięki są normalnie (słychać jak chodzę i skaczę). Miał ktoś taki problem i zna rozwiązanie?

Wersja gry na steam.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-11-30 11:41:15
29.11.2024 20:10
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
4.5
PC

Hexen 2 zdecydowanie był ciekawą grą. Ukazał FPS-y w bardzo ciekawej konwencji. I niestety trafił do wąskiego grona wyjadaczy gatunku.

Swoją wersję gry otrzymałem wraz z czasopismem CD-Action nr 06/2003 (87). Gra działa tylko z płytą.

Hexen 2 chodzi na silniku graficznym Quake’a i trzeba przyznać, że nie wygląda najgorzej. Gra utrzymuje klimat dark fantasy i dzięki mrocznej atmosferze grafika dość dobrze się zestarzała – z resztą podobnie wypada sam Quake.

Pod względem dźwięku, również niczego nie można grze zarzucić. Muzyka dobrze pasuje do klimatu i nie było z nią żadnych problemów, tak jak we wspominanym wcześniej Quake’u.

Sama gra jest mieszanką gry RPG i FPS-a. Do wyboru mamy 4 klasy postaci: Paladyna, Krzyżowca, Nekromantę i Zabójczynię, a każda z nich różni się pod względem statystyk, broni i umiejętności. Każda z postaci korzysta również z innego zestawu 4 broni. Fabularnie nie ma żadnych innowacji – gracz wciela się w herosa, który ma uratować świat.

Problem stanowi wysoki poziom trudności, którego nawet najniższy poziom potrafi dać w kość i polecałbym grę raczej weteranom staroszkolnych FPS-ów, którzy przechodzą Quake’a na koszmarnym poziomie trudności z palcem w… nosie. A do tego rozgrywka polega głównie na szukaniu przycisków i przedmiotów, co mocno spowalnia tempo.

Podsumowując, Hexen 2 to trudna gra z fajnym mrocznym klimatem, ale tylko dla wybrańców.

PLUSY:
+ Mroczny klimat.
+ Zgrabnie połączone elementy FPS i RPG.
+ Grafika dobrze się zestarzała.

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Szukanie przycisków i przedmiotów. Backtracking.
- Bardzo wysoki poziom trudności.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-14 15:58:55
29.11.2024 14:20
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
10
PC

Gry komputerowe nauczyły nas jednego. Świat ratują bohaterowie! Paladyni! Komandosi! Szpiedzy! Cyborgi! Magowie! Rycerze! Mistrzowie Sztuk Walki! Macho, którzy mają big cojones… A co gdyby za ratowanie świata wziąłby się, bo ja wiem… zwykły dozorca? W końcu na sprzątaniu się zna, to by mógł sprzątnąć kilku kosmitów.

MDK to strzelanina z widoku trzeciej osoby z elementami platformowymi, która miesza ze sobą wartką akcję i komedię sytuacyjną. Istnieje wiele rozwinięć tego skrótu , jednym z nich jest Max-Doc-Kurt, czyli trójka bohaterów gry. Max jest cybernetycznym, humanoidalnym psem z sześcioma kończynami (posiada dwie nogi i cztery ramiona, a tak w ogóle wabi się Bones, tylko sam siebie woli nazywać Max) i zamiłowaniem do cygar, Dr Fluke Hawkins to szalony naukowiec, który mógłby zostać mentorem MacGyver’a, natomiast Kurt jest dozorcą na stacji kosmicznej doktorka. Gdy źli kosmici przybyli, by splądrować zasoby ziemi, doktor stworzył specjalny kombinezon ze spadochronem i naręczny karabin maszynowy, który można zamontować do specjalnego hełmu, by używać go jako karabinu snajperskiego. Kombinezon został wręczony Kurtowi, dostając za zadanie niszczenie mobilnych baz wroga. Do samych baz Kurt desantuje się bezpośrednio ze stacji kosmicznej, bo… czemu nie? Brzmi abstrakcyjnie? Może, ale ta gra ma taki właśnie klimat i za to została pokochana przez graczy i recenzentów.

Za niecałe 40 zł można grę zakupić na GOG-u, natomiast ceny używanych wersji płytowych wahają się między 70, a 180 zł.

Graficznie gra się zestarzała, ale najbardziej dokucza niska rozdzielczość, bo same animacje i wygląd kosmitów nie są najgorsze. Zwłaszcza lokacje są wspaniale zaprojektowane i każda ma odmienny klimat. Należy nadmienić, że każdy City Minecrawler (bo tak się nazywają mobilne bazy kosmitów) zarządzany jest przez innego „boss’a” – pilota, który jest jednostką indywidualną i potyczki wyglądają z każdym inaczej. Ciekawostką jest fakt, że sterowany przez gracza protagonista jest… płaską teksturą. Tak, poza sekwencją początkową i końcową, bohater jest tylko sprite’em.

Wspaniale wypada ścieżka dźwiękowa, która świetnie komponuje się z akcją gry. Jest klimatyczna i budująca napięcie. Ponadto, w wersji gry na GOG-a, można ją pobrać za darmo.

Największą bolączką jest sterowanie. Ok, można się do niego przyzwyczaić, ale brakuje tutaj „strafe’a” w obecnie znanej nam odsłonie. Można wcisnąć klawisz odpowiedzialny za strafe’owanie i za pomocą myszy poruszać protagonistą, ale z drugiej strony wyłączy nam to obracanie się postacią. Uciążliwe jest również, że poruszanie myszą przód-tył nie powoduje rozglądania się, tylko poruszanie. Dlatego postać podczas rozglądania czasem przystopuje, lub pobiegnie jeszcze szybciej.

Uciążliwy może być też brak zapisu w dowolnym momencie. Gra co prawda nie jest nie wiadomo jak trudna, ale misje, choć jest ich tylko kilka, to są dość długie. Zapis gry dostępny jest tylko między misjami, więc w razie czego, trzeba zaczynać misję od nowa.

Sama rozgrywka jest niczym połączenie Quake’a i Tomb Raider’a. W grze jest bardzo dużo akcji, gdzie palec jest praktycznie przyklejony do lewego przycisku myszy, ale jest również dużo etapów platformowych, a nawet zagadek środowiskowych, które o dziwo… nie są irytujące i nie przeszkadzają. Do tego w grze zawarte jest kilka mini-gier, które również wpasowują się idealnie do rozgrywki. Np. sekwencja początkowa, w której Kurt desantuje się ze stacji kosmicznej bezpośrednio na City Minecrawler’a i jako gracz musimy unikać wrogiego radaru i rakiet, przy okazji zbierając zapasy zrzucane nam przez doktorka (jakby nie mógł ich dać przed skokiem?).

Gra zawiera dużo „kreskówkowego” poczucia humoru. Nic dziwnego, w końcu twórcy odpowiadają również za grę Earthworm Jim, która dostała później animowaną adaptację. I tak kosmici pokazują nam tarcze strzeleckie, rzucają się trzęsąc ze strachu na ziemię (przy bombardowaniu), czy pewni dużej odległości machają do nas prowokacyjnie, a nawet wypinają tyłki (czy co tam kosmici mają, zamiast tyłków). Grę ogrywałem po około 20 latach, ale nadal bawi mnie „najmniejsza eksplozja nuklearna na świecie”. ??

Podsumowując, MDK to świetny TPS w klimatach sci-fi z elementami platformowymi polany dużą dawką humoru. Choć graficznie gra się zestarzała, to ścieżka dźwiękowa jest świetna, a sama rozgrywka sprawia dużo frajdy.

PLUSY:
+ Humor.
+ Elementy akcji, platformowe i zagadki świetnie się uzupełniają. Żadne z powyższych elementów nie jest nużący.
+ Ścieżka dźwiękowa.

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-14 15:52:08
28.11.2024 21:21
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
5.0
PC

Stare, japońskie przysłowie mówi: „Łatwo jest zabić przeciwnika cięciem miecza, znacznie trudniej jest pozostać nieuchwytnym dla przeciwników...”. Przysłowie to świetnie pasuje do Shadow Warrior’a.

Shadow Warrior to produkcja z 1997 roku stworzona przez studio 3D Realms, twórców kochanego przez wszystkich Duke Nukem 3D i jest całkowitą kopią genetyczną Księcia. Poczynając od tego samego silnika gry, poprzez mało skomplikowaną fabułę, kończąc na specyficznym humorze. Pomimo, że zrodzili się w tym samym studiu, Lo Wang, choć znany i lubiany w różnych kręgach, nie stał się taką ikoną świata gier komputerowych, jak jego starszy brat.

Wersja ogrywana przeze mnie, jest wersją na Steam, którą można pobrać bezpłatnie! A jak wszyscy dobrze wiemy: „Za darmo, to uczciwa cena”, choć grę polecałbym bardziej fanom Duke’a. Gra, nawet jak na FPS-a jest dość specyficzna, grało mi się w nią chaotycznie. To nie jest zła gra, po prostu… nie jest dla mnie.

Przeciwnicy są dosyć łatwi do ubicia, tak samo jak Lo Wang łatwo ginie. Graficznie, nawet jak na 1997 rok jest dość słabo, bo gra korzysta z technologii 2,5D. Dźwiękowo niczego nie można zarzucić, po ograniu Doom’a i Quake’a miło posłuchać, że protagonista ma coś do powiedzenia, nawet jeśli to tylko jakieś dyrdymały.

No właśnie… Sam bohater to chodzący dysonans. Po pierwsze jest płatnym zabójcą, mistrzem japońskiego klanu Shadow Warriors i miłośnikiem katan. Po wyglądzie również można stwierdzić, że już jest wiekowy i wszystko wskazuje na to, że jest Japończykiem. Za to odzywki ma jak typowy klasowy błazen, a nazwisko bardziej zalatuje chińszczyzną, niż japońszczyzną. A do tego gada po angielsku.

Jako, że nie ma między mną, a Shadow Warrior’em chemii i nie uważam jej, ani za dobrą, ani za złą grę, wystawiam jej ocenę ze środka skali.

PLUSY:
+ Humor (który spodoba się zwłaszcza fanom Duke Nukem’a).

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Lo Wang to bohater pełen sprzeczności.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-14 15:40:52
27.11.2024 00:18
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
10
PC

Carmageddon to jazda bez zapiętych pasów, brutalna i pełna czarnego humoru, makabryczna i szalona, przywodząca na myśl film „Wyścig śmierci 2000” z David’em Carradine’m. I dałbym sobie cudzą rękę odciąć, że Carmageddon był mocno inspirowany tym filmem, na co wskazują barwne, wręcz groteskowe postaci kierowców, punkty przyznawane za ubijanie pieszych i rywali, czy chociażby design samochodów.

Carmageddon to jedna z tych gier, których prawi, sprawiedliwi i uczciwi obrońcy cnót wszelakich nienawidzą. Wszak na tym właśnie polega miłościwość, by nienawidzić wszystko, co nie wpisuje się w zakres naszej ideologii i światopoglądu. Więc tak, jest za co nienawidzić tę grę. Aczkolwiek osoby inteligentne i potrafiące odróżnić świat realny od tego wirtualnego, mogą pokochać ją praktycznie za wszystko.

Zacznijmy od przemocy, której jest tu nieskończoność. I choćby taki Doom wydawać by mógł się dość brutalny, to skupia się na zabijaniu demonów. Dość krwawym zabijaniu, ale jednak tylko demonów (Papież poleca!). A tu? Tu mamy możliwość ubijania niewinnych przechodniów. Co jest jednym z warunków ukończenia wyścigu. A warunki mamy trzy. Po pierwsze, ukończyć wszystkie okrążenia, zaliczając wszystkie checkpoint’y w odpowiedniej kolejności, co jest nudne i czasem nawet niewykonalne, gdyż przejazd przez punkt kontrolny nie daje nam dodatkowego czasu. Po drugie, rozjechać wszystkich pieszych (i zwierzęta, np. krowy) z całej mapy. Ale jeżdżenie i szukanie pojedynczych „skazańców” może trwać długo i może się znudzić. I po trzecie, zniszczyć swoich przeciwników. Skasować im bryki. Wysłać na złomowisko… I to jest najprzyjemniejsza „możliwość” wygrania „wyścigu”. Biorąc pod uwagę, że fizyka jazdy jest dość specyficzna, to wcale nie jest to łatwe! Na szczęście nie jeździ się tu typowo symulacyjnie. Rzekłbym, że fizyka jazdy jest mocno pośrodku, pomiędzy symulacją, a arcade, gdyż czerpie z obydwu styli.

Carmageddon zdaje sobie sprawę, że jest tylko zwariowaną grą. Przemoc jest tu przerysowana, na planszach znajduje się pełno power-up’ów (zarówno pozytywnych, jak i negatywnych), a temu wszystkiemu towarzyszą komediowe akcenty (np. gdy zdobędziemy natychmiastowy hamulec ręczny, to po jego zaciągnięciu, naszemu awatarowi wychodzą oczy z „orbit”, niczym w starych kreskówkach, albo sam wybór poziomu trudności, zamiast pospolitego łatwy, normalny, trudny ma: „tak łatwy, niczym zabijanie króliczków toporem”, „normalna, codzienna rozwałka” i „trudniejsze, niż francuski pocałunek z kobrą”). Do tego imiona przeciwników i nazwy ich pojazdów są do bólu groteskowe i stereotypowe (np. kierowca o wschodnio brzmiącym imieniu Ivan jeździ terenówką nazwaną Bear – Niedźwiedź, a pod zderzakiem ma poruszający się… sierp), co tylko podkreśla samoświadomość produkcji.

Grafika mocno się zestarzała. Pojazdy są co prawda w 3D (widok z kokpitu to dwuwymiarowa deska rozdzielcza i trójwymiarowy przód pojazdu), ale przechodnie to już tylko zwykłe sprite’y. Biorąc pod uwagę, że pieszych na mapach znajduje się czasem nawet ponad 500, to podejrzewam, że zrobienie ich w trójwymiarze skatowało by ówczesne karty graficzne. Za to design samochodów zasługuje na najwyższe pochwały. Każdy z pojazdów wygląda jednocześnie poważnie, jak i szalenie, a do tego posiadają nutkę postapokaliptyzmu. Same mapy są również niczego sobie. Będziemy się „ścigać” między innymi w mieście, śnieżnym kurorcie, na wybrzeżu, w małym miasteczku gdzieś na pustyni, wewnątrz kopalni oraz kompleksie fabrycznym.

Do ostrej rozwałki potrzebna jest równie ostra muzyka, którą Carmageddon zapewnia. Przygrywającej nam, naprawdę świetnym kawałkom metalowej muzyki, towarzyszą dźwięki gniecionego i łamanego metalu, piski opon, warkot silnika oraz krzyki przechodni (lub muczenie krów). Niestety dźwięk potrafi się haczyć, na szczęście tylko podczas poruszania się po menu. Sama muzyka, choć jestem miłośnikiem ostrych brzmień, to po serii wyścigów zaczyna nawet denerwować i kończyło się przyciszaniem głośników – to jedna z niewielu gier, w które nie grałbym w słuchawkach.

Sztuczna inteligencja naszych przeciwników nie powala, co nie jest ani minusem (w tej grze mamy się wyżyć – nie potrzeba tu piekielnie inteligentnych rywali), ani plusem (denerwujące jest jak przeciwnicy wpadną gdzieś do wody lub jakiegoś załomu, lub się gdzieś zawieszą i jest problem z ich zniszczeniem). Często gdzieś spadają, blokują się na przeszkodach, lub próbują przesunąć ścianę wjeżdżając w nią uparcie. W takich chwilach rolą gracza jest pomóc swoim rywalom poprzez zniszczenie ich wozów.

Muzykę i dźwięki zawsze można przyciszyć lub wyłączyć (lub w tle puścić swoją muzykę), a przestarzała grafika i słaba sztuczna inteligencja, to problemy które gubią się w morzu przyjemności jakie oferuje rozgrywka. Niszczenie przeciwników sprawia ogromną frajdę, a nieprzewidywalne power-up’y dodają nutki hazardowej nadziei. Co jakiś czas, nasz garaż się powiększa o pojazdy rywali, a każdym z tych pojazdów jeździ się inaczej (a niektórymi nie da się w ogóle jeździć, bo zahacza to o masochizm). Największym plusem rozgrywki w Carmageddon’ie jest wolność jaką nam daje i brak niepotrzebnych komplikacji. Masz wygrać wyścig w jeden z trzech sposobów. I tyle!

Grę ogrywałem na Steam’ie, gdzie można ją dostać za niecałe 40 złotych, co nie jest wygórowaną ceną za taką perełkę klasyki gier komputerowych. W tej samej cenie gra jest dostępna na GOG-u.

Podsumowując, Carmageddon to jedna z najlepszych gier komputerowych, dającą poczucie wolności, świetną rozrywkę, z dobrą muzyką i relaks. Sztuczna inteligencja naszych rywali nie powala, ale również w niczym nie przeszkadza podczas gry. Grafika ma już swoje lata, ale nie wygląda, aż tak źle jakby się mogło zdawać. I jeśli już mam się do czegokolwiek uczepić, to najbardziej denerwującą rzeczą jest wolna praca kamery przy jeździe przód-tył.

PLUSY:
+ Prosta rozgrywka, która sprawia dużą frajdę.
+ Design samochodów i rywali.
+ Czarny humor.

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Delikatne problemy z audio (czasem się tnie).
- Wolna praca kamery podczas jazdy przód-tył.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-14 15:33:10
25.11.2024 15:05
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
5.0
PC

Ktoś zamawiał kotlet mielony trzeciej kategorii? Potrójnie zmielony, potrójnie smażony! Drugi dodatek do Quake’a to trzeci raz to samo i gdy zabierałem się do serii w dość krótkich odstępach czasowych, to zaczynała już mnie zgaga łapać, jak po tanim fast food’zie.

Pod względem technologicznym i fabularnym nie ma różnic w porównaniu do poprzedniczek. I o ile w poprzednich częściach coś tam wiedzieliśmy, że Shub Niggurath, że Armagon i w ogóle, tak tutaj już kompletnie nie wiadomo o co chodzi. Naszą misją jest „zabijać i nie pytać o szczegóły”. No, ale cóż, o to zawsze w id Software’owych FPS-ach chodziło, co nie? Więc Rogue Entertainment dobrze przypilnował, by fabuła była bardziej niż skromna.

Do dyspozycji dostaliśmy kilka nowych broni (a raczej alternatyw znanych nam wcześniej broni) i mam wrażenie, że znowu podkręcono poziom trudności. Choć możliwe, że to tylko efekt znużenia się tematyką Quake’a, gdyż ogrywałem grę i dodatki w dość krótkich odstępach czasowych. Na pewno „autocelowanie” działa gorzej niż w poprzednich częściach.

Dodatek wprowadza 16 nowych poziomów podzielonych na 2 epizody. Większość misji została naszpikowana pułapkami, więc wczytywanie stanu gry jest tutaj na porządku dziennym. Zauważyłem również mankament, który towarzyszył mi przy Doom 2, czyli bieganie po planszy i ciągłe szukanie przycisków i kluczy. I tak, wiem, że w poprzednich częściach również tak się działo, ale nie było to tak uciążliwe jak w Dissolution of Eternity. I szczerze mówiąc, nie lubię takiego kombinatorstwa w grach, które mają się opierać na czystej rozwałce. Szukanie przycisków i kluczy wraz z unikaniem pułapek bardziej mi się kojarzy z przygodowymi grami akcji pokroju Tomb Raider, a nie z rasowym FPS-em.

Moja wersja Dissolution of Eternity pochodzi z pudełkowej wersji Premium Games – „The Quake Collection” instalowanej na Steam i tak samo jak w poprzednich częściach tu również istnieje problem odtwarzania ścieżki dźwiękowej (w wersji klasycznej). W zremasterowanej wersji Quake’a drugi dodatek również jest dodany i w nim nie ma problemu z odtwarzaniem ścieżki dźwiękowej.

Podsumowując, Quake Mission Pack No. 2: Dissolution of Eternity jest tym samym, co poprzednie części, w tym, że najeżono ją przyciskami i pułapkami, a samych poziomów jest znacznie mniej. Dla Kłejkowiczów to łakomy kąsek, dla pozostałych zwykły recykling. Dodatek nie jest, ani zły, ani dobry – rzekłbym, że jest po prostu przeciętny.

PLUSY:
+ Ciężki i mroczny klimat.
+ Oprawa graficzna dobrze się zestarzała.
+ Przyjemnie się strzela.

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Problem ze ścieżką dźwiękową w klasycznej wersji gry.
- To samo co poprzednio, tylko bardziej skomplikowane.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-14 15:19:51
23.11.2024 17:54
Codename 23
odpowiedz
5 odpowiedzi
Codename 23
26
2.0
PS1

"Potrzeba prędkości" wraca i robi pierwszy krok, by stać się największą serią, o nie do końca legalnych wyścigach. Niestety na starcie złapała gumę, a do tego poszła uszczelka pod głowicą…

Need for Speed 2 ogrywałem na konsoli PSX (grę można kupić w stanie używanym za około 100 zł). Jest to produkcja niezbyt udana, która nie miała pomysłu na siebie. Nieznacznie poprawiono grafikę, ale wyobraźcie sobie, że gra, w przypadku, gdy wszystkie 8 samochodów znajdowało się blisko siebie potrafiła się haczyć! Na konsoli! To jedyna gra w którą grałem na PSX-ie, która mi się cięła. Co do grafiki, to jest ona tylko nieznacznie poprawiona – doszło może kilka poligonów i poprawili jakość tekstur. Największa zmiana graficzna jest w deskach rozdzielczych, przy kamerze ze środka. Kokpity poprawiono jakościowo i pomimo dwuwymiarowości, to wyglądają naprawdę dobrze. Tak jak poprzednio mamy cztery ustawienia kamery – z wnętrza, ze zderzaka, od zewnątrz z daleka i od zewnątrz z bliska. Najlepiej mi się grało z ustawieniem kamery od zewnątrz blisko. Doszedł również efekt graficzny w postaci chmury iskier, gdy gdzieś uderzymy samochodem.

W pierwszej części trasy były dość realistyczne (nie licząc małego easter egg’a na trasie Coastal). W drugiej części natomiast tory często zahaczają o abstrakcję i momentami miałem wrażenie, że z normalnych wyścigów samochodowych gra za chwilę przeniesie mnie do świata Mario Kart.

To co pierwsze rzuca się w oczy ze zmian, to wprowadzenie chaosu do Menu Głównego. Ustawieniami wyścigu rozporządzamy już w Menu Głównym, co na początku sprawia problemy i trzeba się do tego przyzwyczaić. Po każdorazowym włączeniu gry trzeba ustawiać wszystko od nowa.

Do gry doszedł nowy tryb – knockout. Polega na eliminacji ostatniego pojazdu podczas każdego okrążenia. Tryb ten będzie później często towarzyszył serii.

Dodano również możliwość wyboru stylu jazdy, pomiędzy arcade, a simulation. W praktyce jednak rozgrywka niczym się nie różni między tymi stylami, ponieważ fizyka jazdy i świata jest… najgrzeczniej mówiąc – do niczego. Mało tego! Twórcy się tym szczycą, bo gdy w menu głównym przez chwilę nic nie zrobimy, włączą się różne filmy demonstracyjne, w których główny nacisk kładziony jest nam na pokazywanie absurdów rozgrywki, pokazując nierealistyczne loty i fikołki pojazdów w trakcie wyścigu. Nie wiadomo, kto pracował nad fizyką jazdy, ale według tej osoby, naciśnięcie hamulca powoduje wpadnięcie w poślizg, a nie hamowanie. Także praktycznie, podczas wyścigu gracz lepiej wyjdzie na tym, że na zakręcie będzie tarł o barierki, niż skorzysta z hamulca – strata w czasie będzie mniejsza. Ale już największą bzdurą jest zmniejszenie grawitacji w świecie gry. Wystarczy małe wzniesienie, a nasz pojazd poszybuje tak daleko, dopóki nie trafi na przeszkodę. Biorąc pod uwagę, że hamowanie oznacza brak kontroli nad pojazdem, poziom abstrakcji i absurdu rośnie wprost proporcjonalnie do kąta wzniesienia trasy. Fizyka jazdy wraz z fizyką świata powodują wrażenie, że pojazdy są z kartonu. Miodzio… zamiast super wozów, jeździmy pudełkami zapałek.

W Need for Speed 2 wprowadzono poziom trudności przeciwników: Beginner i Advanced. Niestety nie ma możliwości wyboru poziomu trudności w głównym trybie gry – Tournament. A gra w tym trybie jest jeszcze trudniejsza od poprzedniczki (duży wpływ na to ma fizyka jazdy i świata).

Jedynym plusem gry jest muzyka, która może nie jest najwspanialszą ścieżką dźwiękową wszechczasów, ale jest naprawdę bardzo przyjemna dla ucha. Tak jak poprzednio możemy posłuchać mieszanki rock’a i electro.

Podsumowując, Need for Speed 2 to nieudana pod każdym względem kontynuacja, jak i gra, o wyścigach samochodowych. Jedyną zaletą gry jest fajna muzyczka.

PLUSY:
+ Fajna muzyka.

MINUSY:
- Potrafi się przyciąć.
- Abstrakcyjne trasy.
- Chaos w Menu Głównym.
- Brak praktycznej różnicy pomiędzy stylem arkadowym, a symulacyjnym.
- Absurdalna fizyka jazdy.
- Absurdalniejsza fizyka świata.
- Wysoki poziom trudności w Tournament.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-14 15:07:14
22.11.2024 23:42
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
8.0
PC

Piekło powraca! Tym razem jest jednak mroczniejsze i straszniejsze, niż ostatnio. Dobra rada? Sprawdź stan amunicji i pampersów.

Doom 64 jest wersją Doom’a wyprodukowaną na konsole Nintendo 64 i fabularnie jest kontynuacją poprzednich części. Aczkolwiek słowo „fabularnie” jest tu mocno na wyrost, bo gra, tak samo jak inne wczesne produkcje id Software, nie przejmuje się takimi bzdurami jak fabuła.

Pod względem mechaniki i rozgrywki to nadal stary Doom, różnice są najbardziej widoczne w strefie „artystycznej” gry, czyli w audio, a konkretnie w ścieżce dźwiękowej, która jest teraz dużo mroczniejsza od wesołych gitarowych riffów z poprzednich części, oraz w grafice, gdzie zmienił się wygląd znanych nam demonów i broni. Co do broni, to korzystamy ze sprawdzonego już arsenału (różnice bardziej dotyczą wyglądu), z dodatkiem kilku nowych narzędzi zagłady. To co jest dla mnie dużym minusem, to brak animacji broni. Słychać dźwięki przeładowania, ale nic po za tym się nie dzieje.

Wersja, którą ogrywałem to wersja na platformę Steam, która kosztuje około 21 zł. Nie wiem, czy to wina remaster’a, czy w oryginalnej grze również tak było, ale przeciwnicy są dużo wolniejsi w porównaniu do pierwszych dwóch części serii i znacznie łatwiej jest wykonywać uniki. Nie uważam tego, ani za minus, ani za plus, wskazuję tylko kolejną różnicę.
Późniejsze etapy rozgrywką przypominają już bardziej Doom’a 2, gdzie trzeba się nabiegać, by odnaleźć klucze i powłączać różnego rodzaju przyciski w jakiś znany tylko bogom sposób. Jest to męczące i moim zdaniem za bardzo stopuje rozgrywkę.

Podsumowując, Doom 64 utrzymuje poziom poprzedników, strzela się nadal bardzo przyjemnie, a zmiany są raczej kosmetyczne. Największą różnicą jest zmiana ścieżki dźwiękowej na bardziej upiorną, mroczniejszą. I choć muzyka z pierwszych części dawała niezłego kopa, to ta z konsoli Nintendo również jest niczego sobie i świetnie pasuje do „piekielnych” klimatów. To co uznaję tu za największy minus gry to niepotrzebne komplikowanie rozgrywki szukaniem kluczy, przełączników i innych wichajstrów.

PLUSY:
+ Utrzymuje poziom poprzedników.
+ Klimatyczna muzyka.

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Zwolnienie tempa poprzez szukanie przełączników itd.
- Brak animacji przeładowania broni.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-14 00:08:30
14.11.2024 21:41
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
1.0
PC

Imperium Galactica to gra strategiczna z gatunku 4X, która zachwyca rozmachem. Niestety, o ile nie jesteś etatowym admirałem gwiezdnej floty, to nie ogarniesz nawet najmniejszej cząstki tego imperium.

Pod względem grafiki i audio gra zestarzała się, ale wbrew pozorom nie jest najgorzej. Podobało mi się również wykorzystanie prawdziwych aktorów podczas rozgrywki (wiadomości na mostku) i niektórych filmików. A propos filmików – czuć tu klimat starych gier, bo pomimo, że sceny starały się wyglądać bardzo dynamicznie, to były ślamazarne i powolne – no cóż, taka była wtedy technologia i nie uznaję tego za jakiś poważny minus. Po prostu śmiesznie się to oglądało.

Gra jest trudna w obyciu. Nie ma żadnego tutorialu, który nauczyłby mechaniki i podstaw grania, gracz jest wrzucany od razu na głęboką wodę (a raczej głęboko w kosmos). Jeżeli do tego dodamy tylko komunikatywny poziom języka angielskiego, to tym bardziej gra może sprawić trudności, zwłaszcza osobom nie zaznajomionym z tego rodzaju gatunkiem gier komputerowych.

Posiadany przeze mnie egzemplarz był dodany do czasopisma CD-Action nr 10/2009 (170), gdzie również dodano instrukcję, niestety tylko w języku angielskim, hiszpańskim i włoskim. Grę również można zakupić na Steam lub GOG-u za nie niecałe 20 zł.

Jeśli tak jak ja, jesteś laikiem tego typu gier, to się od niej odbijesz i radzę poszukać czegoś mniej skomplikowanego i bardziej przyjaznego.

PLUSY:
+ Rozbudowana strategia łącząca eksplorację, ekonomię i walkę.

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Tylko dla wyjadaczy gatunku.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-14 00:02:58
10.11.2024 09:25
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
6.0
PC

Hipnotic Interactive stwierdziło, że to nie koniec przygód bohatera Ranger’a, dlatego postanowili stworzyć pakiet misji, który pozwala nam, po raz kolejny przerobić siły wroga na mielone, na niedzielny obiad u teściowej…

Scourge of Armagon to samodzielny dodatek do Quake’a. Studio Hipnotic Interactive, zgodnie z tradycją Id Software’owych FPS-ów, stwierdziło, że fabuła nie ma żadnego znaczenia: po pokonaniu złola z podstawowej gry, pojawił się inny złol, który postanowił zająć miejsce tego pierwszego i trzeba mu skopać tyłek, więc gracz, jako Ranger znowu udaje się do świata Quake’a.

Wizualnie bez zmian, audio bez zmian (znowu nie ma ścieżki dźwiękowej w klasycznej wersji gry). I ogólnie nie ma za dużo zmian. Co nie jest do końca minusem, ponieważ jest to tylko dodatek. Z widocznych nowości doszła jedna broń, kilku wrogów i wyśrubowano poziom trudności. Apteczek i pancerzy jest na mapach znacznie mniej, a przeciwnicy są ustawiani bliżej siebie i są to raczej te mocniejsze zbiry. Teraz nawet na poziomie ŁATWYM można zginąć i to nie trudno.

Samego klasycznego Quake: Mission Pack No. 1 – Scourge of Armagon nie można dostać na Steam’ie - posiadaną przeze mnie wersję na Steam zakupiłem nie bezpośrednio w sklepie, tylko w wersji pudełkowej Premium Games – „The Quake Collection”. Ale za niecałe 40 złotych można kupić pierwszą część Quake’a w skład której wchodzą wszystkie Mission Pack’i i to w wersji zremasterowanej.

Podsumowując, Quake: Mission Pack No. 1 – Scourge of Armagon to rzetelnie zrobiony dodatek, z podkręconym poziomem trudności. Fani Quake’a i weterani FPS-ów będą zadowoleni, natomiast zwykłych śmiertelników gra może odrzucić ze względu właśnie na poziom trudności, przestarzałą grafikę i problemy ze ścieżką audio.

PLUSY:
+ Ciężki i mroczny klimat.
+ Oprawa graficzna dobrze się zestarzała.
+ Przyjemnie się strzela.

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Problem ze ścieżką dźwiękową w klasycznej wersji gry.
- Czasem wieje nudą.
- Podkręcony poziom trudności.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-13 23:57:55
22.10.2024 22:49
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
6.0
PC

Tomb Raider to świetny przykład tego, że bohaterem gry wcale nie musi być napakowany i małomówny macho. Jeśli protagonistką gry zostanie wygadana, błyskotliwa i przy okazji… seksowna kobieta, to gracze również nie będą mieli na co narzekać. O ile gra będzie na poziomie.

Chyba nie ma osoby interesującej się grami, która by nie znała Lary Croft, głównej bohaterki serii Tomb Raider – postaci dla świata gier komputerowych ikonicznej w równym stopniu, co Duke Nukem, Doomguy lub chociażby Mario.

Pierwsza część Tomb Raider została wydana w 1996 roku przez Core Design i dała początek całej serii obfitującej w kontynuacje, remake’i i reboot’y. Oczywiście na fali sukcesu skorzystały również studia filmowe tworząc kilka filmów (i jak to z eGRAnizacjami bywa) średnio udanych. Oczywiście największy rozgłos seria otrzymała dzięki polskiemu internetowi – wiadomo, jak grać w Tomb Raider’a to najlepiej w sylwestra ??.

Ograłem dwie wersje: na PS1 i na PC (wersja Steam), którą swego czasu zakupiłem w promocji za niecałe 2 złote, a obecnie można ją zakupić za około 30 złotych. Wersja konsolowa wypada znacznie drożej, bo od 60 do 200 złotych za używany egzemplarz. Fabularnie, mechanicznie i audiowizualnie obie wersje praktycznie się nie różnią od siebie.

Graficznie gra już się trochę zestarzała. O ile modele jeszcze by uszły w tłoku, tak tekstury są koszmarne i czasem miałem wrażenie, jakby stworzono je w Paint’cie (zwłaszcza w przypadku postaci). Audio również jakościowo odbiega od dzisiejszych czasów. Dźwięki, czy muzyka sama w sobie nie jest zła, problem stanowi „trzeszczenie” odgłosów, jakby były odtwarzane z płyty gramofonowej.

Fabularnie jest całkiem sympatycznie, jak na przygodową grę akcji przystało i gra śmiało może kojarzyć się z filmami z Allan’em Quatermain’em i Indian’ą Jones’em. Zwiedzanie starych świątyń, piramid i innych tajemniczych miejsc jest tu na porządku dziennym, a wszystko po to, by odnaleźć równie tajemnicze artefakty.

Same lokacje są fantastyczne, klimatyczne, a momentami (w późniejszych etapach gry) nawet lekko przerażające. Obfitują również w wiele sekretów, które możemy odkryć, choć bardzo mnie zastanawiało, kto pozostawił w nieodwiedzanych od setek lat lokacjach apteczki pierwszej pomocy. I to tak je pochował, że nawet największy detektyw świata, pan Batman, mógłby mieć problem, by je wszystkie odkryć.

Największą bolączką Tomb Raider’a jest sterowanie. Po pierwsze, nie można go w żaden sposób skonfigurować. W wersji na PC można co najwyżej wybrać pomiędzy ustawieniami klawiatury i padem. Po drugie, dawno nie spotkałem się z tak nieintuicyjnym sterowaniem. Ani myszka, ani analog nie są dostępne przy rozglądaniu, wszystko rozwiązujemy za pomocą klawiatury i cyfrowych przycisków. Co przekłada się na wiele śmierci z rąk (a właściwie pazurów i szczęk) różnorakich bestii i podczas sekcji zręcznościowych z pułapkami, gdy nie zdążysz się odpowiednio obrócić, skręcić czy odskoczyć. Kolejnym problemem w przypadku pecetowej (dosbox’owej) wersji gry jest ustawienie klawiszy odpowiedzialnych za skok – ALT-u – który jest w sąsiedztwie klawisza Windows i gdy w przypływie emocji, niechcący naciśniemy właśnie klawisz Windows’a zamiast ALT-u, to gra się nam wysypie (wyjdzie do systemu i się wyłączy). Jest to niesamowicie denerwujące zwłaszcza pod koniec etapów, gdzie trzeba zaczynać wszystko od ostatniego zapisu. Denerwujące jest równie „nie działanie” klawisza odpowiedzialnego za chodzenie, czyli SHIFT-u. Podczas wciskania przycisku Lara biegała i chodziła na zmianę, jakby przycisk nie był wciśnięty, tylko wstukiwany miarowo, dzięki czemu nasza bohaterka notorycznie spadała z różnych platform. Na wersji PS1 takiego błędu nie odnotowałem.

Świetnie natomiast wypadają animacje i wachlarz ruchów Lary. Panna Croft potrafi biegać i chodzić (o ile SHIFT zadziała), pływać i unosić się na wodzie, wspinać się na różnego rodzaju platformy (i robi to w taki sposób, że śmiało można stwierdzić, że nasza bohaterka faktycznie jest sprawna fizycznie, ale nie ma mięśni zasilanych hydrauliką i mimo wszystko nie jest jej łatwo), skakać i turlać się, czy łapać krawędzi i przesuwać się po nich. Dziś taki zakres ruchów w przygodowych grach akcji to nic nadzwyczajnego, ale w 1996 roku robiło to ogromne wrażenie.

Podsumowując, największym grzechem Tomb Raider’a jest jego okropne (gówniane do kwadratu! - ech, musiałem to wykrzyczeć) sterowanie, które jest największym wrogiem panny Lary i mało wytrwali gracze mogą się nie tylko odbić od tej produkcji, ale mogą ją również wpisać na czarną listę. A szkoda, ponieważ Tomb Raider jest jedną z najistotniejszych produkcji w historii świata gier. Perełką która dała życie jednej z najbardziej ikonicznych bohaterek popkultury, bohaterek, która poza starożytnymi artefaktami potrafiła również skraść niejedno nastoletnie serce…

PLUSY:
+ Klimatyczne poziomy rodem z filmów przygodowych.
+ Animacje i zręczność protagonistki oraz odczucie realistyczności wykonywanych ruchów.
+ Fabuła kojarząca się z kinem przygodowym.
+ Lara Croft!

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Nieintuicyjne sterowanie. Brak możliwości konfiguracji klawiszy. Problemy z SHIFT-em.

Daję grze ocenę 6, ale tylko przez wzgląd na okropne sterowanie i te wszystkie frustracje z nim związane. Gdyby nie to, gra otrzymałaby 9, a może nawet 9.5.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-13 23:58:55
12.10.2024 11:00
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
7.5
PC

Szczątkowa fabuła… Nieznany wróg, który wziął się znikąd… Bezimienny wojownik, bohater, który staje mu naprzeciw. I nie, nie chodzi tu o Doom’a, choć skojarzenie jest poniekąd trafne. Otóż studio id Software stworzyło kolejnego potwora, tym razem w pełni trójwymiarowego. Przed państwem… Quake!

Gdyby id Software wypuściło Quake’a pod nazwą Doom, to wszyscy uwierzyliby, że to faktycznie kolejna część serii. Poza technologią, gry pod względem mechaniki i „złożoności” fabuły bardzo siebie nawzajem przypominają. Studio nie kombinowało nad jakimś wyniosłym scenariuszem. Dla nich fabuła miała być tylko pretekstem do naciśnięcia spustu. Na zasadzie: tam jest wróg, strzelaj do niego! (spoiler ?? ). Quake jest rozwinięciem idei studia. Oczywiście było kilka zmian, ulepszeń technologicznych i mechanicznych. Największą zmianą mechaniki jest fakt, że bohater Quake’a potrafi… skakać. Ale skakanie stało się w 1996 już praktycznie standardem. Największych zmian dokonano w technologii. Na potrzebę gry został skonstruowany nowy silnik graficzny – Quake engine. Pozwoliło to na zastosowanie pełnego 3D. I chociaż Quake nie był pierwszym w pełni trójwymiarowym FPS-em, na pewno był najsławniejszym (stąd łatka pierwszej trójwymiarowej strzelaniny, co nie było prawdą). I myślę, że swoją sławę zawdzięcza poniekąd sukcesowi Doom’a. I w odróżnieniu od Doom’a klimat Quake’a jest dużo mroczniejszy, brudniejszy, mniej kolorowy. A po wyciągnięciu toporka, to już w ogóle mamy wrażenie, że to już nie FPS, tylko jakieś Dark Fantasy.

Grę można kupić na Steam’ie i GOG-u za około 40 zł. Posiadaną przeze mnie wersję na Steam zakupiłem, nie bezpośrednio w sklepie, tylko w wersji pudełkowej Premium Games – „The Quake Collection”. Grę można uruchomić w dwóch trybach: klasycznym i zremasterowanym. Wersja klasyczna uruchamia oryginalną grę. W wersji zremasterowanej mamy za to szereg bajerów poprawiających rozgrywkę i efekty audiowizualne. Lepsze tekstury, wyższe rozdzielczości i ogólnie poprawioną grafikę, możliwość rozglądania się również w górę i w dół za pomocą myszy, celownik… i muzykę. Niestety wersja klasyczna ma problemy z odgrywaniem ścieżki dźwiękowej. Z tego co przeczytałem w internecie, jest możliwość tego naprawy, ale wymaga to trochę wysiłku. Oczywiście udoskonalona wersja posiada również szereg osiągnięć Steam. I co w tym wszystkim jest najfajniejsze, to fakt, że Quake cały czas jest wspierany – wychodzą nowe aktualizacje, które poprawiają błędy i samą grę.

Fabuła, tak samo jak w poprzednich produkcjach id Software, jest nic nie znaczącym tłem i stanowi tylko pretekst do ubijania maszkaronów. Jako bezimienny żołnierz przechodzisz przez kolejne teleporty (tak zwane Slipgate’s), aby zlikwidować najeźdźców z innego wymiaru.

I chociaż strona fabularna gry nie przedstawia sobą nic szczególnego, to nie stanowi to żadnego problemu, gdyż główną zaletą tej produkcji jest strzelanie, które jest równie przyjemne, jak to z Doom’a. Do dyspozycji również mamy szereg broni, zarówno standardowych jak topór (no dobra, topór nie jest standardowym wyposażeniem żołnierzy i trochę mnie zdziwiło, że nie ma w grze noża), strzelba, super strzelba, granatnik, wyrzutnia rakiet, jak i kilka innych, bardziej futurystycznych zabawek.

W klasycznego Quake’a gra się przyjemnie, ale momentami wkrada się nuda. Ciężki klimat jest plusem, a grafika, dzięki temu właśnie mrocznemu klimatowi, nie wypada najgorzej. I na pewno niektórzy stwierdzą, że grafika to już syf, ale według mnie, nie jest aż tak źle. Audio za to wypada okropnie w mojej ocenie, głównie poprzez problemy ze ścieżką dźwiękową.

Podsumowując Quake jest po prostu solidnym i naprawdę bardzo dobrym, lecz niestety, nienadzwyczajnym FPS-em.

PLUSY:
+ Ciężki i mroczny klimat.
+ Oprawa graficzna dobrze się zestarzała.
+ Przyjemnie się strzela.

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Problem ze ścieżką dźwiękową w klasycznej wersji gry.
- Czasem wieje nudą.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-13 23:58:29
15.09.2024 19:56
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
6.5
PS1

Kto z nas nie marzył by mknąć trasą z dużą prędkością w pięknym super samochodzie? Kto z nas nie miał takiej potrzeby szybkości? Pioneer Production wyszło na wprost naszym potrzebom tworząc dla nas tego demona prędkości.

Nikomu nie trzeba przedstawiać serii Need for Speed. Serii, która liczy już „naście” odsłon. A wszystko zaczęło się od pierwszej części, która wyjątkowo przed tytułem posiadała przedrostek „The” – w odróżnieniu od swoich następców. Wersja którą ogrywałem jest na PS1, którą można dostać tylko w stanie używanym (za około 200 zł). Co by nie mówić seria jest legendą i znana jest nawet osobom, które nie zagrywają się w „samochodówki”.

Ciekawostką jest dodanie do gry swoistej encyklopedii z danymi technicznymi pojazdów, komentarzem i filmami. Fajna rzecz dla fanów motoryzacji.

To co jednak graczy najbardziej zainteresuje to przede wszystkim wyścigi (w końcu po to się kupuje grę o samochodach, co nie?). A tych chociaż nie jest wiele, można je konfigurować w dowolny sposób. Trybów gry mamy łącznie 4: Time Trial (próba czasowa), Head to Head (jeden na jednego), Single Race (pojedynczy wyścig) i Tournament (turniej). Same wyścigi dzielą się również na 2 rodzaje: okrążenia i sprint (z punktu A do B). Możemy ustalić porę dnia wyścigu (poranek, dzień, wieczór), a w przypadku wyścigów na pętli również liczbę okrążeń. Niestety nie da się ustalić konkretnej liczby okrążeń tylko z góry narzucone przez grę (niska, średnia, wysoka liczba okrążeń). W trybie Head to Head, na wyścigach typu sprint, czekają nas dodatkowe wyzwania – ruch uliczny i niezwykle upierdliwa policja. I chociaż policjanci są wyposażeni w standardowego policyjnego sedana, nie mają problemu z dogonieniem nawet najszybszych samochodów. Ciężko również uciec policji, wystarczy, że radiowóz wyprzedzi gracza, to prawie na pewno zostaniemy złapani. Pierwsze zatrzymanie kończy się mandatem, a drugie aresztowaniem i końcem wyścigu.

Trzeba jeszcze wspomnieć o tym, że sprinty podzielono dodatkowo na 3 segmenty i akurat w tym przypadku teoretycznie nie trzeba być pierwszym na każdym z segmentów. Aby wygrać, należy mieć najszybszy czas zliczony ze wszystkich trzech segmentów, co wcale nie jest takie łatwe.

Gra w każdej chwili stara się zmieszać nas z błotem i sypać żwirem w twarz. To, że każdy wyścig zaczynamy z ostatniej pozycji jest akurat najmniejszą złośliwością. Najważniejszym trybem gry jest Tournament, gdzie musimy wygrać serię wyścigów w 3 klasach prędkości. Oczywiście nie ma dla gracza punktacji (jak w rajdach). Liczy się tylko pierwsze miejsce! A biorąc pod uwagę, że AI jest wredne niczym naszpikowany sterydami Chihuauha to nie jest to łatwe. Inne przypadki jawnej wrogości do gracza? Chociażby omawiana powyżej policja… tylko gracz się dla niej liczy i nie zwraca uwagi na naszego oponenta. Nie wiem czy tak samo jest na wersji PC, ale na PS1 przeciwnicy mają zakodowane by jechać twoim pasem i blokować drogę. Bywało to bardzo frustrujące. Gra nie wybacza błędów. Uderzyłeś w barierkę? Zapomnij o zwycięstwie. Zapomnij nawet o pierwszej trójce. Po prostu zrestartuj wyścig. Za to komputerowy przeciwnik nie ma żadnych problemów, by po kraksie cię dogonić… a nawet przegonić. Z resztą nawet kraksy są nieuczciwe, bo wielokrotnie po równoczesnym zderzeniu się, komputerowy przeciwnik restartował się szybciej.

Po za tą całą frustracją, gra jest jednak bardzo wciągająca. I gdy już ochłonąłem po porażce, próbowałem po raz kolejny. Fizyka jazdy jest dziwna: ani to typowo realistyczne, ani zręcznościowe. Autka po prostu trzeba wyczuć. Do dyspozycji mamy 8 modeli samochodów: Mazda RX-7, Acura NSX, Toyota Supra (klasa C), Porsche 911, Corvette ZX-1, Dodge Viper (klasa B) Ferrari 512 TR i Lamborghini Diablo (klasa A), więc jest się czym ścigać. Ponadto możemy się ścigać w jednej z 4 kamer: zza kierownicy (domyślnie), ze zderzaka, z zewnątrz blisko i z zewnątrz daleko.

Kluczem do zwycięstwa są odpowiedni dobór samochodu, wyuczenie się tras i samochodów, blokowanie innych aut (ci są bardzo agresywni, ale nie zależy im na zwycięstwie – po prostu nie chcą by to gracz wygrał) i umiejętność jazdy na manualnej skrzyni biegów.
Powrócę jeszcze na chwilę do tras. Co prawda grafika zestarzała się, ale przy odpowiednich zasobach wyobraźni trzeba przyznać, że trasy wyglądają całkiem ciekawie, zwłaszcza Coastal i Alpine. Dodatkowo Coastal na mecie posiada małego easter egg’a dla miłośników filmu „Planeta małp”. Samej grafiki nie ma co oceniać, jest to za stary produkt, ale porównując wersję PS1 do PC, to konsolowa wersja wypada gorzej (zwłaszcza wnętrza pojazdów). Nie wiem też, czy w wersji PC też tak było, ale w wersji PS1 trasy ograniczone są niewidzialnymi ścianami. Już myślisz, że pięknie zetniesz zakręt by nadrobić kilka setnych sekundy i nagle okazuje się, że tracisz kilka sekund. Później człowiek się do tego przyzwyczaja, ale wystarczyło by, bo ja wiem, postawić wirtualne barierki wzdłuż trasy w miejscach konfliktu, lub przesunąć obecne na odpowiednią odległość, gdzie dochodzi do kolizji. Jeśli zaś chodzi o stronę audio, nie można nic grze zarzucić. Do wyścigów przygrywa nam mieszanka techno, rocku i metalu, która pomaga wczuć się w klimat wyścigu.

The Need for Speed jest grą trudną, ale wciągającą i myślę, że warto się z nią zapoznać, gdyż jest początkiem jednego z największych cyklów gier wyścigowych.

PLUSY:
+ Wciągające, choć za trudne wyścigi.
+ Ścieżka dźwiękowa.
+ Encyklopedia samochodów.
+ Ładne widoki.

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Grafika na PS1 gorsza od PC.
- Wredna AI.
- Niewidzialne ściany.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-05 09:20:03
23.07.2024 19:19
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
7.5
PS1

W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku… A będziesz chciał krzyczeć. Głównie na sterowanie…

Alien Trilogy jest strzelaniną z widoku pierwszej osoby bardzo luźno nawiązującą do pierwszych trzech filmów z uniwersum Obcego (Alien, Aliens, Alien 3). Premierę miała 29 lutego 1996 roku na PC, Sega Saturn i PS1. Produkcją zajęło się studio Probe Entertainment. Ja ogrywałem wersję na PS1, którą zakupiłem na serwisie aukcyjnym. Podczas pisania tej recenzji ceny używanych egzemplarzy wahały się między około 100, a 250 zł.

Po raz pierwszy z grą spotkałem się na „Retro Gaming” w Stargardzie, gdzie można było spędzić przy różnych grajmaszynach kilka minut. Dostępna wersja była na Segę Saturn i jako miłośnik uniwersum Obcego postanowiłem chwilkę pograć. Wtedy jeszcze nic nie wiedziałem o tej grze (nawet, że istniała). Po jakimś czasie przewinęła mi się gdzieś w internecie, więc zdecydowałem się ją zakupić.

Gra nie jest w pełni trójwymiarowa, przeciwnicy i „widziana” broń jest w formie sprite’ów. I choć często zarzuca się Alien Trilogy, że grafika zestarzała się okropnie, osobiście nie odnoszę takiego wrażenia. Możliwe, że to przez ciemności panujące w grze, ale wydaje mi się, że sprite’y nie wyglądają, aż tak źle, jak grze się to często zarzuca. „Nasze” dłonie i broń oraz przeciwnicy zostały bardzo ładnie „wycięte” i nie są aż tak mocno rozpikselowane. Natomiast sam trójwymiarowy aspekt grafiki trzyma poziom innych produkcji na PS1. Warto nadmienić, że Aliens Trilogy w wersji na konsole nie posiada żadnego trybu multiplayer.

Za to strona audio gry zasługuje na najwyższe pochwały. Same dźwięki, czy to przeciwników, czy wystrzałów są wykonane na dobrym poziomie i większość z nich jest zaczerpnięta bezpośrednio z filmów, ale prawdziwą dźwiękową perełką jest ścieżka dźwiękowa, która po prostu powala. Rzekłbym, że skomponowana tu muzyka jest jedną z lepszych w historii gier. Szkoda tylko, że wyłącza się po wejściu do menu pauzy. Gdy chcemy zerknąć na mapę, muzyka pauzuje i robi się kompletna cisza (choć nie zawsze – czyżby jakiś xeno-bug?).

Fabularnie gra nawiązuje do pierwszych trzech filmów, ale robi to w bardzo luźny sposób, czyniąc z Ellen Ripley eksterminatora ksenomorfów, tworząc z gry rasowego FPS-a z elementami survival horror’u. Trochę to się mija z założeniami filmów – wydaje mi się, że koncepcja pełnoprawnego survival horroru lepiej by podpasowała pod implementację fabuły filmów. Misje są dość krótkie i sprowadzają się głównie do tego by włączyć jakiś przełącznik gdzieś na mapie. Jedna z misji natomiast nakazywała zniszczyć skrzynie z przeszmuglowanym towarem, aby więcej koloniści nie bawili się w przemyt. Tak. Ci sami koloniści, którzy nie żyją lub zostaną zlikwidowani. Bo poza robalami, naszymi przeciwnikami będą również ludzie i syntetyki. Co do ludzkich przeciwników, gra w bardzo dziwny sposób nam tłumaczy ich wrogość. Już w jednej z pierwszych misji mamy do czynienia z Ochroną Kolonii, która nas atakuje bez powodu, a naszym zadaniem jest ich zlikwidować…, bo tak. Ludzie są zainfekowani obcą formą życia, więc według scenarzystów, nie zasługują na próbę ratunku, tylko na kulę w łeb. I jestem w stanie zrozumieć, że ksenomorfy nie atakują zainfekowanych ludzi, ale czemu zakażeni ludzie nie atakują obcych? Trzeba również zauważyć, że w tej grze ksenomorfy nie potrafią poruszać się po ścianach. Pewnie było to spowodowane ograniczeniami technologicznymi, ale biorąc pod uwagę, że Ellen nie potrafi się rozglądać wertykalnie, to nawet cieszy ten stan rzeczy. Fajną ciekawostką jest, że śmierć Ripley, ukazana jest cut-scenką, która jest inna w zależności od sposobu śmierci i przeciwnika, który ją uśmiercił.

Sporym problemem dla mnie było sterowanie na padzie. Podziwiam ludzi, którzy potrafią grać w strzelaniny na padach – dla mnie to męka. I żeby była jasność – brak przeze mnie umiejętności grania w strzelaniny na padzie nie miała żadnego wpływu na odbiór gry. Niskie umiejętności sterowania, a kiepskie sterowanie to dla mnie dwie różne rzeczy. Samo strzelanie jest bardzo nierówne. Jest zastosowane autocelowanie, gdy stoisz naprzeciw wroga, ale czasem trafiamy od razu, a czasem wystrzelimy kilka kul zanim uda nam się ustrzelić przeciwnika. Po jakimś czasie dowiedziałem się również, że wrogowie podczas animacji postrzału nie dostają dodatkowych obrażeń. W praktyce oznaczało to, że po trafieniu w przeciwnika należy zaczekać, aż odzyska rezon i ponownie do niego strzelić. Z dostępem do amunicji też nie jest łatwo i trzeba nią umiejętnie dysponować. Amunicja i inne przydatne przedmioty poukrywane są w skrzyniach, ale niszczenie ich wiąże się z pewnym ryzykiem, otóż skrzynie bardzo upodobały sobie również twarzołapy. Co do broni, w grze mamy standardowe wyposażenie USCM czyli pistolet (bardzo słaby, przydatny tylko do niszczenia skrzyń i twarzołapów), strzelba (twórcy przesadzili z odległością skuteczności tej broni, bo jest to zaledwie kilka metrów), miotacz płomieni, karabinek pulsacyjny i oczywiście smartgun. Dziwnie twórcy rozwiązali problem braku amunicji. Zamiast ataku wręcz lub zastosowania broni białej pojawia nam się magicznie jeden nabój w komorze nabojowej pistoletu. Po strzale Ellen przeładowuje pistolet i znów ma jeden pocisk. I tak w nieskończoność. Samej broni nie da się ręcznie przeładować, Ellen robi to automatycznie po wystrzeleniu ostatniego naboju z magazynka, ale za to z taką szybkością, że zawstydziłaby nawet najlepiej wyszkolonych komandosów.

Do dyspozycji mamy trzy poziomy trudności, ale dla mnie, nawet ten najłatwiejszy jest nie lada wyzwaniem – głównie przez brak doświadczenia strzelania na padach. Dopiero po nabraniu pewnej wprawy i przyjęciu taktyki gry ostrożnej, zacząłem sobie jakoś radzić. Wieloletni konsolowcy nie będą mieli takich problemów. Co trzeba przyznać, gra strasznie wciąga i już po kilkunastu minutach od wyłączenia, miałem ochotę znowu pograć.

Grze towarzyszą spore emocje. Klimat gry jest ciężki, mroczny i podobnie jak w pierwszym filmie, najbardziej przeraża, gdy na ekranie nic się nie dzieje… A gdy już detektor ruchu „zapika”, to można wpaść w nie małą panikę. No, przynajmniej na początku. Później człowiek zaczyna się spodziewać niespodziewanego.

Grę można polecić fanom Obcego i FPS-ów (o ile potrafisz grać w takie gry na padzie). Jest tylko jeden warunek: trzeba olać fakt, że gra miała być adaptacją filmową. Trzeba o grze myśleć jak o grze w uniwersum obcego, gdzie wcielamy się w jakiegoś nieznanego Colonial Marines. Jestem miłośnikiem wierności adaptacji do materiału źródłowego i gdyby nie to, oceniłbym grę trochę wyżej. Po za tym, gra posiada wspaniały klimat mrocznego s-f, świetną muzykę i jest naprawdę wciągająca. Problemem dla niektórych graczy może być przestarzała grafika i problematyczne strzelanie (nierówne autocelowanie i nieśmiertelność wrogów podczas animacji).

PLUSY:
+ Mroczny, ciężki klimat.
+ Ścieżka dźwiękowa.
+ Wciąga. Są emocje.

MINUSY:
- Strona wizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy.
- Fabuła gry i filmów za bardzo się rozmija i nie ma ze sobą nic wspólnego (poza bohaterką). Absurdalne zadania.
- Nierówne autocelowanie. Nieśmiertelność przeciwników podczas animacji postrzału.
- Podczas korzystania z mapy wyłącza się muzyka psując klimat.

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-04 11:49:00
21.07.2024 13:13
Codename 23
odpowiedz
1 odpowiedź
Codename 23
26
9.0
PC

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce… Wolfenstein 3D wyznaczył kurs dla FPS-ów, Doom przetarł wskazany przez poprzednika szlak, a za Doom’em podążyło wielu. Niektórzy stali się nieudanymi kopiami, zatracając się w zapomnieniu. Lecz kilku stanęło na wysokości zadania stając się groźnymi rywalami, a także pokazując kilka nowych sztuczek. Jednym z nich był Kyle Katarn – były oficer imperium, który postanowił zostać blasterem do wynajęcia…

Star Wars: Dark Forces była pierwszą strzelaniną osadzoną w uniwersum Gwiezdnych Wojen. Produkcją zajęło się LucasArts i podobno nawet sam George Lucas, od czasu do czasu zaglądał do studia, aby sprawdzić jak idą prace nad tym dziełem i czy wszystko jest, aby na pewno gwiezdno wojenne. Gra swoją premierę na komputery miała 15 lutego 1995 roku, a około 1,5 roku później przekonwertowano ją na konsolę Sony PS1. Nie wiem czym było to spowodowane, ale oceny gry na PS1 bywały nawet dwukrotnie niższe od wersji na komputery. Gra otoczyła się nie małym kultem i tak po około 29 latach, premierę miała odnowiona wersja tej gry: Star Wars: Dark Forces Remaster.

Choć graficznie SW: Dark Forces bardzo przypomina Doom’a, to został zrobiony na zupełnie innym silniku, nazwanym Jedi. I choć teraz nie wygląda za dobrze, to w 1995 roku wyglądał oszałamiająco.

Sporo różnic było za to w mechanice gry. W odróżnieniu od Doom Guy’a, Kyle Katarn może się nie tylko rozglądać na boki, ale również w pionie (do góry i na dół), skakać, a nawet czołgać się. Niestety skok działa dziwnie, jakby z opóźnieniem, co utrudniało dostawanie się na niektóre (dalsze) platformy. Gra nie przewidziała również zapisu gry. Nie ma ani szybkich zapisów, ani automatycznych. Gra zapisuje się tylko pomiędzy misjami. Niby misje nie są nie wiadomo jak długie, a granie na poziomie łatwym nie jest wyzwaniem, może zdarzyć się, że stracimy trochę zdrówka lub nawet życie przez pomyłkę – a to zapomnimy o pułapce, a to wpadniemy w przepaść… no, trzeba uważać. Gra posiada również system żyć, niczym z gier platformowych. Zgodnie z modą lat 90 gra posiada również masę sekretów.

Podobnie jak w Doom’ie ścieżka dźwiękowa jest w systemie midi, ale nie przeszkadza to jakoś specjalnie. Sama muzyka nadaje wspaniałego klimatu Gwiezdnych Wojen, tak samo jak pozostałe dźwięki: wystrzały z blasterów i odzywki przeciwników. Mało tego, muzyka jest interaktywna i zmienia się w zależności, czy eksplorujemy mapę, czy walczymy.

Muzyka, fabuła, zachowanie przeciwników… klimat starej trylogii wylewa się z ekranu monitora.
Nie tylko klimatem gra mocno trzyma się oryginalnych Gwiezdnych Wojen. SW: Dark Forces, zanim Disney przejął franczyzę Gwiezdnych Wojen, należało do kanonu. Pierwszą misją było zdobycie planów Gwiazdy Śmierci, które później przekazane są księżniczce Leii. Od czasu do czasu przewijają się również inne znane postaci z uniwersum: senator Mon Mothma, Jabba Hutt, Boba Fett i oczywiście the best father in the world, Darth Vader. To również spora różnica między SW: Dark Forces, a Doom’em. Gra ze stajni LucasArts posiada fabułę i jest ona nawet nie najgorsza. W skrócie: idziemy po sznurku do kłębka rozwiązując sprawę kolejnej wunderwaffe imperium. Sam Kyle Katarn (awatar gracza) jest byłym żołnierzem imperium, który postanawia odejść od swojego pracodawcy i pójść na własny garnuszek, pozostając najemnikiem.

Mapy są dość zróżnicowane, mniej lub bardziej skomplikowane. Czasem jest zastosowany „backtracking”, na szczęście mapy nie są nie wiadomo jak ogromne i powrót zajmie nam dosłownie chwilę. Kilka razy zdarzyło mi się zgubić na mapie nie zauważając drzwi lub przycisku, gdyż te nie były trójwymiarowymi obiektami lecz teksturami – później łatwiej zwraca się na to uwagę.

Grę można dostać na Steam’ie za około 30 złotych w wersji klasycznej i około 130 złotych za wersję zremasterowaną. Ja ogrywałem wersję klasyczną na platformie Valve.

Podsumowując, Star Wars: Dark Forces jest bardzo dobrą strzelaniną osadzoną w uniwersum Gwiezdnych Wojen z fantastycznym klimatem oryginalnej filmowej trylogii. Dla fanów FPS-ów i Gwiezdnych Wojen jest pozycją obowiązkową. Niestety strona audiowizualna bardzo się zestarzała, ale dzięki zastosowaniu odpowiednich modów (lub zakupieniu wersji remaster) można znacząco poprawić jakość grafiki. Ciężko ocenić sztuczną inteligencję – patrząc na obecne czasy jest… kiepska, ale w 1995 robiła wrażenie (podobało mi się jak zachowywali się grenadierzy – z daleka rzucali termodetonatorami, a z bliska walczyli wręcz). No i nie ma w grze Mocy i mieczy świetlnych, z czym głównie kojarzą się Gwiezdne Wojny, co biorę na plus.

PLUSY:
+ Klimat Gwiezdnych Wojen.
+ Fabuła, zróżnicowane mapy.
+ Coś innego (nie ma Mocy i mieczy świetlnych).
+ Muzyka.

MINUSY:
- Strona audiowizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy (pikseloza i midy).

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-03 09:59:27
16.07.2024 05:51
Codename 23
odpowiedz
2 odpowiedzi
Codename 23
26
8.0
PC

Doom 2: Hell on Earth to gra, która podzieliła graczy. Jedni uważają ją za sequel idealny, a drudzy oskarżają o spadek jakości i odgrzanie przysłowiowego kotleta. Niestety również jestem skłonny przychylić się poglądom tej drugiej grupy.

Doom 2: Hell on Earth miał premierę na komputery osobiste w 1994 roku po około sześciu miesiącach od premiery pierwszej części. To nie jest jakiś wyjątkowo długi okres czasu pomiędzy sequelami, zwłaszcza, że nad drugą częścią pracowało to samo studio. Tak samo jak w przypadku pierwszej części, Doom 2 został w późniejszym czasie wydany również na inne platformy, najpierw na X360 w 2010 roku, a później w 2019 roku na PS4, XONE, Switch, oraz na IOS i Androida. Podejrzewam nawet, że sukces i kultowość obu gier spowoduje powstawanie kolejnych konwersji na nowych platformach. Tak samo jak pierwszą część serii, Doom 2 można dostać za kilka złotych na Steam’ie i GOG-u.

Doom 2: Hell on Earth jest bezpośrednią kontynuacją, co zresztą było zapowiedziane w pierwszej części gry. W tworzeniu gry brało udział to samo studio, id Software. Grę ogrywałem na Steam’ie. Pod względem audiowizualnym Doom 2 utrzymuje poziom poprzedniczki. Mechanika gry również nie uległa zmianie. Nadal gra się dobrze, ale według mnie, już nie tak przyjemnie jak w część pierwszą.

Dołożono kilku przeciwników oraz jedną broń – super strzelbę. Jeśli natomiast chodzi o poziomy, to zostały bardziej skomplikowane, co uznaję za spory minus. Często biegało się po lokacji szukając nie wiadomo czego, aby odblokować drogę, co spowalniało rozgrywkę. I tak, w pierwszej części również trzeba było używać przycisków i szukać kart / czaszek, ale było to bardziej płynne, że tak powiem „przy okazji”. Teraz potrafiłem spędzić na mapie nawet kilkanaście minut, zanim dotarłem do pomieszczenia z „Exit’em”, by znużony wyłączyć grę.

Dość często zdarza się, że gra wrzuca gracza, do ciasnego pomieszczenia z hordami przeciwników (lub beczek i przeciwników). W takich momentach rozgrywka traci balans. Znacznie lepiej by wypadło, gdyby przez całą lokację spotykało się częste, ale mniejsze grupy przeciwników. To samo tyczy się bossów. W pierwszej części, pod koniec każdego epizodu walczyło się z jednym bossem, tutaj bossowie występują nawet na zwykłych mapach. Nie chodzi o to, że to jest za trudne, ale uważam, że boss w Doom’ie to taki rodzaj przeciwnika, który jest wisienką na torcie, ostatecznym wyzwaniem. Czymś, co powinno się spotykać na końcu epizodu, lub chociaż misji. Tu bossowie zostali zdegradowani do mięsa armatniego – elitarnego i trudnego, ale dalej mięsa.

Fabuła, tak jak i poprzednio stanowi tylko tło dla rozgrywki. Marines (gracz) po wydarzeniach z pierwszej części ląduje na Ziemi, a wraz z nim demoniczne siły, które należy zlikwidować. Doom 2 jest tego rodzajem gry, że taka szczątkowa fabuła, kompletnie w niczym nie przeszkadza.

Podsumowując, Doom 2: Hell on Earth jest dokładnie tym samym, co część pierwsza, z dodanymi kilkoma nowymi przeciwnikami i jedną bronią oraz zagubionym balansem rozgrywki. Poziomy zostały niepotrzebnie skomplikowane, przez co zaczęły męczyć i nudzić. Jak na sequel jest mało innowacji i z tego powodu nie nazwałbym jej pełnoprawnym sequelem, a raczej samodzielnym dodatkiem.

PLUSY:
+ Dodatkowi przeciwnicy i broń.
+ Dobrze się strzela, gra się w miarę przyjemnie.

MINUSY:
- Strona audiowizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy (pikseloza i midy).
- Zagubiony balans rozgrywki. Męczące poziomy. Wkrada się nuda.
- Mało innowacji jak na sequel (odgrzany kotlet i to w mikrofalówce).

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-02 18:50:53
07.07.2024 20:12
Codename 23
👍
odpowiedz
Codename 23
26

marcinho01 dzięki za miłe słowa!

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-01 15:38:50
07.07.2024 20:11
Codename 23
1
odpowiedz
1 odpowiedź
Codename 23
26
10
PC

Doom. Gra legenda. Kultowa. Jeden z praojców FPS-ów. Kamień milowy wirtualnej rzezi. Najwspanialsze złote dziecko id Software. Można tak wymieniać w nieskończoność. Niech potwierdzeniem tego będzie fakt, że strzelaniny, które powstały po Doom’ie, czerpały z jego rozwiązań (zarówno technologicznych, jak i mechanicznych) i często nazywane były po prostu grami „doomopodobnymi”.

Doom powstał w 1993 roku (premiera 10 grudnia, więc święta były wystrzałowe…) na MS-DOS, ale obecnie chyba nie ma już platformy, na której nie można by w niego zagrać. Poza PC dostępny jest na PS1, GBA, X360, iOS, PS4, XONE, Switcha i Androida. Samą grę zresztą można odpalić na wszystkim co ma ekran – uruchamiano go już na takich urządzeniach jak bankomat, lodówka, kalkulator graficzny, drukarka, aparat fotograficzny, czy nawet… test ciążowy. Obecnie można kupić grę za kilka sztuk złota choćby na Steam’ie, czy GOG-u – wystarczy kupić, pobrać i grać do woli.

Doom został wyprodukowany i wydany przez firmę id Software, znaną między innymi z wcześniejszych swoich hitów: Wolfenstein 3D (1992) i Commander Keen (1990). I co prawda nie był pierwszym shooter’em w historii, ale wyznaczył wiele standardów, które są używane do dziś. Z resztą mamy teraz „boom” na retro shooter’y, gdzie wiele nowych produkcji przypomina technologicznie właśnie Doom’a.

Oczywiście poza samymi graczami, gra została również zauważona przez przeciwników gier. Doom był krwawy, brutalny, ale… jest tylko grą (w tamtych czasach raczkującą technologicznie). Zlepek pikseli składający się na zwłoki, rany i krew nijak się miał do realistycznych scen z filmów, choćby takiego RoboCop’a, gdzie egzekucję Alex’a J. Murphy’ego nadal mam gdzieś z tyłu głowy ze względu na jakość i brutalność sceny, a film powstał 6 lat przed Doom’em. Zresztą ja rozumiem, że można się oburzyć na sprowadzenie mordu niewinnych, ale w Doom’ie kopie się tyłki demonom! Na moje, to Watykan powinien rozdawać ją na swoich seminariach dla egzorcystów z naklejką "Papież poleca"!

Fabuła w grze jest szczątkowa, niczym poziom IQ przeciętnego drechilessa. Jakaś tam jest. I stanowi tylko tło dla sieczki na ekranie. Wielu graczy nawet jej nie zauważy.

Ludzie skolonizowali Marsa, oraz jego naturalne satelity – Deimos i Fobos. Korporacja UAC (Union Aerospace Corporation) posiada tam swoje laboratoria, gdzie przeprowadza rożne eksperymenty – m. in. z teleportacją. I tak, zgodnie z prawem Murphy’ego, jeśli coś się może nie udać, nie uda się na pewno. I się nie udało.

Gracz wciela się w żołnierza Marines, wysłanego na Marsa za karę. Sprzeciwił się przełożonemu, co spowodowało zesłanie Marines na czerwoną planetę (a przełożonego na łono Abrahama). Gdy bazę trafia szlag, gracz musi sobie wystrzelać drogę ucieczki.

Doom był sukcesem. A sukces ma zawsze wielu ojców. Najważniejszymi byli panowie John Carmack i John Romero, którzy opracowali silnik graficzny – Doom engine. Ciężko ocenić grafikę Doom’a w obecnych czasach. Ale w erze dinozaurów, gdzie Doom królował niezaprzeczalnie, gra wyglądała obłędnie! Różnorodni, świetnie wyglądający przeciwnicy. Zestaw kilku broni, z której każda przy strzale miała zróżnicowany efekt audiowizualny. I te poziomy. Nie były na jednej płaszczyźnie. Mieliśmy do dyspozycji schody, a nawet windy! Ale największe wrażenie robiły efekty świetlne. Pomieszczenia były oświetlone w różnej mierze, czasem światła migały lub gasły całkowicie, czego do tej pory się nie spotykało. I chociaż teraz, wielu może grafika odrzucić i bywa powodem do kpin, to uważam, że nadal wygląda lepiej, od niektórych (młodszych) gier typowo trójwymiarowych.

O ile dźwięki są na przyzwoitym poziomie (krzyki wrogów, strzały z broni), to ścieżka dźwiękowa wymiata ponad jakikolwiek poziom. Muzyka w Doom’ie to energia w czystej postaci. Bo czy jest ktoś tu na sali, komu nie cieszy się japa po usłyszeniu pierwszych kilku nutek „At Doom’s Gate” (E1M1). A im dalej w Mars, tym tempo nie niknie. To jest moc, którą zawdzięczamy geniuszowi Roberta Prince’a. Dzięki Robert!

Gra jest strzelaniną w konwencji FPP, gdzie broń jest widoczna. Aby przeżyć konieczne jest zbieranie różnych przedmiotów, takich jak: amunicja, pancerze, apteczki i power-up’y. O dziwo, można posiadać zdrowia powyżej 100 jednostek.

To co zasługuje na pochwałę to SI przeciwników. OK, może to nie jest nic zaawansowanego (obecnie), ale po pierwsze, walczymy z hordą zombie i demonów, których jedynym celem jest nas zabić. Tacy przeciwnicy nie będą błyszczeć pod względem umiejętności taktycznych. Przeciwnicy atakują w różny sposób i preferują walkę na swoich zasadach. A najlepsze jest to, że potrafią nawet ze sobą walczyć, co można taktycznie wykorzystać do osłabienia siły żywej przeciwnika.

Do dyspozycji oddano nam kilka rodzajów broni. Pięści, piła łańcuchowa, pistolet, strzelba, działko łańcuchowe (taki minigun, tylko, że chaingun), wyrzutnia rakiet, karabin plazmowy i wizytówka serii (zarówno dla Doom’a jak i Quake’a), czyli BFG. Strzela się tu bardzo przyjemnie, a broń ma odpowiedni balans.

Do czego trzeba się przyzwyczaić to do save’owania. Na najłatwiejszym poziomie trudności co prawda chadzamy sobie jak po miejskim parku i większym zagrożeniem będzie lawa lub kwas (czerwona lub zielona podłoga), ale chodzi bardziej o problem, jakby to nazwać… różnicy pokoleń? Obecnie każda gra ma autosave’a, gdzie w czasach Doom’a nikt nie myślał o takiej opcji i po przejściu misji i wyłączeniu gry można się zdziwić po ponownym uruchomieniu programu i potrzebie rozpoczęcia etapu od nowa. To taka uwaga do młodych graczy. A wiem co mówię, bo przyzwyczajony do nowych form zapisu gry, sam zrobiłem się w przysłowiowego konia.

Co fajne, gra nie odrzuci młodszych graczy (chyba, że tych, dla których liczy się tylko grafika – ci nie mają czego na Marsie szukać) i nawet osoby wychowane na nowych grach poradzą sobie z ujarzmieniem tego dinozaura. Lokacje to mini labirynty, ale nie są na tyle skomplikowane, by się zgubić na kilka godzin, plus do dyspozycji mamy mapę. Gra też nie prowadzi nas za rączkę i trzeba pochodzić, by odnaleźć odpowiedni przycisk / kartę / czaszkę. Ale jak już wspominałem, mapy są dość małe i w końcu trafi się na szukany przedmiot / mechanizm. Przejście jednej misji trwa od kilku, do kilkunastu minut (jeśli zwiedzamy lokacje). Dodatkowo nowe wersje gry są odpowiednio skonwertowane – sterowanie jest jak w dzisiejszych FPS-ach (można nawet rozglądać się myszką, aczkolwiek tylko w poziomie).

Grę ogrywałem na Steam’ie, gdzie jest bardzo tania (około 20 zł) i często w promocji. Można również ściągnąć do niej masę darmowych modów, które całkowicie zmieniają rozgrywkę i styl gry.

Podsumowując, Doom to gra ze świetnie zaprojektowanymi lokacjami, bronią i przeciwnikami. Misje są krótkie, ale bardzo treściwe, strzela się dobrze, a samo granie sprawia dużo frajdy. Do tego przygrywa nam świetnie skomponowana, energiczna muzyka. Jedynym minusem gry jest fakt, że technologicznie się zestarzała i może odrzucić niektórych graczy.

PLUSY:
+ Świetnie zaprojektowane lokacje, broń i przeciwnicy.
+ Krótkie, ale treściwe misje.
+ Dobrze się strzela, gra się niesamowicie przyjemnie.
+ MUZYKA!

MINUSY:
- Strona audiowizualna może w obecnych czasach odrzucić niektórych graczy (pikseloza i midy).

post wyedytowany przez Codename 23 2024-12-01 15:36:15
23.01.2022 10:14
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26

Witam. Mam problem z grą. Nie wiem jak odblokować ostatni dowód (dostarcz dane na temat oporu). Wiem, że rozpocząłem tą misję na nabrzeżu, wziąłem również udział we wszystkich misjach oporu, ale nie pojawił mi się żaden znacznik kontynuacji misji, a dowód jest zablokowany. Potrzebuję go do odblokowania osiągnięcia. Ktoś miał podobny problem? Coś przegapiłem?

19.03.2021 21:01
Codename 23
Codename 23
26

Dokładnie! Dead Space miał świetny klimat. Na pewno lepszy od RE4 (i ogólnie DS było lepszą grą od RE4)

08.04.2020 17:20
Codename 23
1
odpowiedz
Codename 23
26
10
PC

Pamiętam, jak ta gra wyszła... Największym wtedy atutem była grafika. Ta gra światło-cieni..., albo coś takiego jak poruszające się firany, gdy przez nią przechodzimy. Jasne teraz to mało znaczący detal, ale wtedy to było coś. Z minusów to najbardziej denerwowało mnie samo strzelanie - wiem, że twórcy chcieli zrobić skradankę zamiast strzelanki, ale wątpię by agent NSA, który lata służył w wojsku (już nie pamiętam gdzie dokładnie - ale na pewno nie polerował krzesła dupą) miał problem z dubletem z odległości 5 - 10 metrów... a na konsoli strzelanie jest jeszcze trudniejsze.

Fabuła to typowy political thriller - więc jak kto woli. Zazwyczaj najbardziej cenię w grach właśnie fabułę, ale tu na pierwsze miejsce wychodzi mechanika gry.

P.S. kiedyś znajomy "starej daty" (wiecie, taki co to nie wie co to gry - a szczytem komputeryzacji dla niego jest kalkulator) zobaczył urywek gry "na noktowizorze" i zapytał kiedy monitoring zainstalowałem.

31.03.2020 14:19
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26

No gra jak na tamte czasy świetna i jak komuś nie zależy na grafice tylko na miodnym graniu to polecam... tylko jak to zwykle na konsoli bywa... sterowanie padem zabija...

23.03.2020 21:15
Codename 23
1
odpowiedz
2 odpowiedzi
Codename 23
26
6.5
PC

Gra ze świetnym potencjałem. Całkowicie zmarnowanym. Przeciwnicy to gąbki na pociski. Głównym problemem jest system rpg. Przeciwnicy to gąbki na pociski. Broń i różne jej aspekty źle odwzorowana - głównie przez elementy rpg (7,62 mm kbk, może zadawać mniejsze obrażenia niż pistolet 9 mm, tylko dlatego, że ma niższy poziom). Przeciwnicy to gąbki na pociski. Misje poboczne są takie same (odbij zakładników, ustaw antenę, poszukaj supli...). Przeciwnicy to gąbki na pociski. Gra zyskałaby gdyby była połączeniem taktycznego shootera z survivalem. Przeciwnicy to gąbki na pociski. Na plus trzeba przyznać, że wrażenia audiowizualne (zwłaszcza wizualne) są na naprawdę wysokim poziomie. Czy wspominałem już, że przeciwnicy to pi#$%&one gąbki na pociski?

Zacytuję wypowiedź z pewnego filmu (trochę zmodernizowaną): "Gdy rozpoczynałem grę, to wtedy dałbym sobie za nią rękę uciąć. I wiecie co? Teraz bym k#$%@ nie miał ręki.

Niestety przepięknie zaprojektowane miasto i ogólnie grafika, to dla mnie za mało. Ostatecznie daję 6.5 bo na początku świetnie się bawiłem.

01.10.2019 09:19
Codename 23
👍
odpowiedz
1 odpowiedź
Codename 23
26
8.5
PC

Jedna z moich ulubionych gier, do której często wracam. Niestety nie zasługuje na najwyższą ocenę. Gra ma kilka mankamentów, które może nie psują zabawy, ale przeszkadzają w ogólnym tego słowa znaczeniu.

Modele postaci są dziwne, jakby nie dopracowane, a broń wygląda na plastikową. Dziwne bo sam świat gry i jego szczegółowość stoi na bardzo wysokim poziomie.

Co do kwestii audio, nie mogę się za wiele wypowiedzieć. Na początku leciała jakaś spoko muzyczka, ale grę postanowiłem przejść ultra realistycznie, więc powyłączałem wszystkie możliwe elementy HUD-u, muzykę i wybrałem poziom "Mistrz". I tak z całym cyklem. Za to wersja polska gry jest... tego się nie da określić. W grze nie ma dubbingu, tylko jest lektor, co nadaje grze niesamowitego klimatu. Nic dziwnego z resztą, w końcu czyta sam Pan Utta.

Klimat gry jest świetny! Te opuszczone budowle, laboratoria... a sama Prypeć miażdży. Na prawdę można poczuć ducha tego opuszczonego miasta...

Denerwująca była AI postaci. O ile przy mutantach to nie przeszkadza, bo ma się wrażenie, że faktycznie one żyją. Polują na siebie, napadają na innych stalkerów, nie tylko gracza, to AI ludzi jest na bardzo niskim poziomie. Niestety kilka razy trzeba było współpracować z innymi stalkerami. I takie perełki jak wchodzenie pod lufę są na porządku dziennym. Najbardziej denerwujące były jednak sytuacje tego typu: gram bardzo taktycznie, co na takim poziomie jest wymagane, więc staję przy framudze wejścia, wychylam się i ostrzeliwuję przeciwnika - stalker z twojej grupy stwierdza "yyy... Wania też tak zrobić", podbiega do ciebie i "wypycha" Cię pod ogień przeciwnika, by zająć twoje miejsce.

Do tego dochodzi kilka błędów logicznych, np.: gracz zostaje znaleziony w kombinezonie, a samą grę rozpoczynasz w zwykłej kurtce. Nie wiem, wyjaśniliby to chociaż tekstem, kombinezon jest zniszczony, tu masz ciuchy.

Troszkę ponarzekałem, ale gra mimo wszystko jest warta zagrania (cały cykl), ma niepowtarzalny klimat i dostarcza wielu emocji (ten kto pierwszy raz wszedł do laboratorium X - rozumie o czym piszę).

post wyedytowany przez Codename 23 2019-10-01 09:28:13
22.09.2019 10:02
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
6.0
PC

Jeszcze jej nie ukończyłem, została mi ostatnia misja, ale pozwolę już sobie wystawić ocenę. Gra jest przeciętna do bólu i nie zasługuje na ocenę wyższą niż 6.0, a to też tylko dlatego, że grając w nią, może złapać nostalgia, bo przypominają się stare czasy ery gier kioskowych...

No więc tak...

Fabuła to film klasy C, albo i D. Widać, że twórcy wzorowali się na Modern Warfare. Między innymi fakt, że kierujemy ruchami różnych postaci, ale i niektóre misje są wręcz kalką misji z MW (rafineria na wodzie).

Muszę przyznać, że graficznie wygląda to nie najgorzej, a i pod względem muzycznym jest całkiem sympatycznie. I to by było chyba na tyle jeśli chodzi o plusy, ponieważ gra zdaje się być jednym wielkim bugiem.

Skradanie się w połączeniu z AI to jakaś komedia pomyłek! Zdarzało się, że leżałem na środku drogi i likwidowałem przeciwników po kolei i nikt mnie nie widział. A zdarzały się sytuacje wręcz odwrotne, gdzie ukryty w krzakach byłem precyzyjnie ostrzeliwany (i to na poziomie łatwym!). Z resztą inteligencja naszych ziomków też nie jest najwyższych lotów - nie dość, że na misję zabierają ślepą amunicję, to potrafią bezskutecznie, aczkolwiek długotrwale ostrzeliwać się z wrogiem oddalonym o 5 - 10 m.

Misje dzielą się na dwa rodzaje - snajperskie i komandoskie. O ile snajperskie jeszcze ujdą, bo bardzo przyjemnie strzela się z karabinów wyborowych, to z kolei misje komandoskie są beznadziejne! Najgorzej przedstawia się strzelanie z karabinków szturmowych. Po pierwsze jest nie precyzyjne - myszka mi przeskakiwała, przez co miałem problemy z trafianiem we wrogów (miałem wrażenie jakby celowanie odbywało się na jakiejś siatce z równymi kwadratami?). Po drugie samo strzelanie jest po prostu... zjeb@ne. Zwykły AR-15 na amunicję 5,56 mm zachowuje się podczas strzelania jakby był załadowany amunicją na nosorożce! Ja rozumiem, że podrzut broni wpływa na realizm broni, ale Panowie trochę z tym przeholowali (i zanim jakiś "specjalista-teoretyk" mnie za to zhejtuje - strzelałem już z nie jednego rodzaju broni, z m-4 również).

Gra jest niedorobiona graficznie. Wnikanie w tekstury (przenikanie) jest na porządku dziennym. Do tego niewidzialne ściany. Jeśli twórcy chcą nas ograniczać to powinni zrobić to sensownie. Bo ja wiem, postawić wysoki płot, skalną ścianę, czy gęsty busz. Problem również stanowiły kamienie, gałęzie i stopnie. Jeżeli w grze miało coś wysokość powyżej 10 cm, nie można było na to wejść. Trzeba było na to wskoczyć (kilka razy nawet zginąłem bo mnie zablokował jakiś stopień, czy kamień).

Ogólnie mam wrażenie, że testerzy mocno w polecieli w kulki...

Podsumowując - grę mógłbym porównać do działania naszego Ministerstwa Obrony Narodowej. Fajny pomysł - kiepskie wykonanie. Za jakiś czas spróbuję SGW 2 - mam nadzieję, że druga część jest bardziej dopracowana.

20.09.2019 09:27
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
9.5
PC

Dawno temu grałem w wersję normalną. Ostatnio zakupiłem wersję reżyserską na Steam'ie. Gra jest świetna.

Dałem bardzo wysoką ocenę, ale pół punktu zabrakło do 10. I zacznę od minusów. Grę można przejść na dwa sposoby: action i stealth. Na najtrudniejszym poziomie niestety nie opłaca się grać w stylu akcji. Zginiesz szybko. Jak na super uzbrojonego i "odrutowanego" swatowca to, aż za szybko. Bardzo ciężko mi się w ogóle strzelało, jakby myszka była mało precyzyjna. Styl skradania miał też kilka minusów. Po pierwsze czasem kręciłem się tuż obok przeciwnika a on mnie nie widział. Ale bardziej bez sensu były sytuacje z wykonywaniem akcji z klawiszem "Q" - czyli zabójstwo / ogłuszenie wręcz. Ogłuszanie przeciwników według gry jest cichsze i nawet jak ktoś jest obok to tego nie usłyszy (zabawnie to wygląda gdy pojawia się animacja w której Jensen wywija przeciwnikiem wokół jego własnej osi - wywołując straszny hałas - ale spoko, to tylko ogłuszenie nic się nie stało), natomiast zabójstwo z użyciem klawisza "Q" spowoduje, że pobliscy wrogowie się zaniepokoją i będą szukać Jensena.

Grę przechodziłem z pistoletem 10 mm. Niestety, późniejsi wrogowie tej broni już nie używali, a handlarze na późniejszych etapach nie mieli do niego amunicji. Niestety pod koniec gry byłem zmuszony posługiwać się czym popadnie, bo brakowało amunicji do moich ulubionych zabawek.

Tu dochodzimy do kolejnego minusu / błędu gry. Przeciwnik potrafi wypruć do Ciebie po kilka magazynków, ale gdy go załatwisz (obojętnie czy z zaskoczenia, czy podczas walki) okazuje się, że ma przy sobie 5 sztuk amunicji. Druga denerwująca rzecz w przeciwnikach to boss'owie, którzy mają syndrom "gąbki na pociski" i mają w dupie to, że właśnie władowałeś w niego pół magazynka prosto w głowę.

Jest jednak jedna rzecz, która mnie w grze urzekła, dlatego dałem tak wysoką ocenę. Osobiście uważam, że gra jest arcydziełem z filozoficznego punktu widzenia. Porusza tak wiele problemów dzisiejszego świata... Pogoń za pieniądzem, za technologią, wyścig zbrojeń, zazdrość, nienawiść rasowa, manipulacja mediami... Deus Ex: Human Revolution pod tym względem jest dziełem ponadczasowym.

Do tego dochodzi jeszcze etap gry w wersji reżyserskiej gdzie dostajemy pewien wybór. I jakkolwiek nie wybierzemy, nie będzie to dobrą decyzją (strasznie gryzło mnie sumienie po swoim wyborze).

Nie pamiętam już kiedy nad jakąś książką, czy filmem miałem tyle przemyśleń co podczas gry w DE: HR.

post wyedytowany przez Codename 23 2019-09-20 09:28:53
27.07.2019 21:37
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
7.5
PC

No właśnie... Jako fan F.E.A.R.-a mam mieszane uczucia do tej części i nie wiem jak ją ocenić. Patrząc przez pryzmat całej serii to faktycznie 3 część wypada słabo. Przede wszystkim najbardziej mnie bolą błędy fabularne. Gra zrobiona na siłę i na szybko, bez większego zwracania uwagi na fabułę poprzednich części. Po drugie klimat horroru odszedł w zapomnienie. F.E.A.R. to był FPS z elementami horroru, natomiast 3 część nie ma w sobie nic przerażającego. Przeciwnicy też beznadziejnie wymyśleni. Serio? Niebieski koleś wychodzący ze ścian, albo "wytryskujący" z siebie żołnierzy? I kurza twarz... każdy poziom zaczynamy z pistoletem i tylko pistoletem...

Patrząc na to jak na oddzielną grę, nie biorąc pod uwagi poprzednich części, gra przedstawia się trochę lepiej. Bardzo podobała mi się mechanika gry. Dzięki systemowi osłon można było taktyczniej podejść do rozgrywki. Plusem jest też zdobywanie poziomów, co przekładało się na dłuższy refleks, szybszą regenerację i zwiększenie siły. Ogólnie całkiem przyjemnie mi się grało. Na tyle, że postanowiłem ukończyć całą sagę na najwyższych poziomach (poza rebornem, który był dla mnie za nudny). Szkoda, że twórcy spartolili klimat grozy i nie posiedzieli dłużej nad scenariuszem, bo gra ma świetny potencjał. Niestety niewykorzystany...

23.07.2019 19:56
Codename 23
😢
odpowiedz
Codename 23
26
6.0
PC

Przeciętna gra, która traci z każdą kolejną misją. Jakbym nie zagrał, to bym nie żałował. Ale zagrałem i nie czuję się z tego względu bogatszy, ani życiowo, ani duchowo.

20.07.2019 16:31
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
8.5
PC

Jest to bardzo dobra kontynuacja AC2, ale ma wiele mankamentów. Po pierwsze częste glitch'e. Wpadałem na niewidzialnych strażników, czasem wtapiali się w dachy i ulice. Najbardziej denerwującą rzeczą była zmiana kąta kamery w zręcznościowych elementach rozgrywki. Podczas zmiany kąta kamery zmieniał się kąt sterowania, przez co często spadałem i musiałem powtarzać poszczególne misje. Zdarzało mi się również, że gra zaczynała się bez powodu zacinać. No i miałem dziwny błąd ze zbroją Brutusa. Gdy ją zdobyłem (w beznadziejnej sekwencji 8) postać mi się zawiesiła i musiałem resetować wspomnienie. Po czym zbroja zniknęła z gry. Wielu zachwyca się Rzymem, ale na mnie nie zrobił wrażenia. Może i świetnie odwzorowany, ale w porównaniu do pięknej Florencji z AC2, Rzym wygląda jak biedny dystrykt - kompletnie mnie nie ujął.

To za co gra plusuje to przede wszystkim muzyka! Jest wspaniała! Chętnie puszczam sobie soundtrack z gry do czytania książek. Fabuła ma swoje wzloty i upadki (zwłaszcza sekwencja 8 i 9 są zrobione trochę na siłę i bez pomysłu), ale ogólnie nie jest źle. Walka wydaje się prostsza niż w poprzedniej części - ale w tym nie widzę nic złego.

23.06.2019 23:39
Codename 23
4
odpowiedz
Codename 23
26
9.5
PC

Świetna gra, która poprawia większość błędów z pierwszej części. Tym razem przyglądamy się przygodom renesansowego asasyna - Ezio. Ezio jest bardzo podobny do Altaira. I nie chodzi o jego wygląd. Tak samo jak Altair, Ezio przechodzi przemianę, ze słodkiego łobuza, poprzez żądnego zemsty młodzieńca kończąc jako inteligenty i rozważny człowiek, odrzucający nienawiść. Podobało mi się to. Ponadto, da się gość lubić. Przepięknie zrobione miasta renesansowych Włoch, to klasa sama w sobie. Już w pierwszej części zachwycałem się Jerozolimą, Akką i Damaszkiem, ale Florencja... Wspaniała! Gra posiada świetną muzykę, nieźle buduje klimat. Poprawiony został również parkour. Niestety tak samo jak poprzednio Altair tak i Ezio czasem gubi się w swoim zachowaniu. Niejednokrotnie musiałem powtarzać etapy, bo Ezio źle wbiegł na ścianę, przez co nie zdążyłem na czas z misją. Przy etapach akrobatycznych (np szukając pieczęci) bardzo dokuczała kamera (zmieniała położenie na bardziej "filmowy kąt" przez co nie można było rozeznać się w sytuacji). Walka też miała dziwny błąd. Nie zawsze działała kontra i Ezio podczas walki, albo nie kontrował, albo w gorszym wypadku się odsłaniał. Same misje, już nie były takie powtarzalne jak w pierwszej części (a jeśli nawet były to nie dało się tego odczuć). No i Ezio faktycznie działał już jak asasyn, misje można było wykonać bardziej subtelnie niż w pierwszej części.

08.06.2019 16:01
Codename 23
👍
odpowiedz
Codename 23
26
7.5
PC

Graficznie uważam, że gra nadal jest na poziomie, średniowieczne miasta zrobiły na mnie niemałe wrażenie... Dobrze zrobione animacje, kilka razy tylko zdarzyło mi się, że npc pojawili się dosłownie przede mną (teleportacja?).

Jeśli chodzi o audio, to średnio wypada... znaczy muzyka i dźwięki były ok, ale niestety grałem w pełną polską wersję językową i wg mnie dubbing był strasznie spartaczony (bohaterowie czasem przyśpieszali swoje kwestie, czasem znowu spowalniali i brzmiało to paskudnie). Po za tym dubbing niszczył klimat. Miło by było gdyby każda narodowość mówiła w swoim języku, a spolszczenie było tylko w kinowej wersji.

Najgorszym mankamentem gry jest jej powtarzalność - każde zabójstwo wiązało się z tymi samymi przedsięwzięciami poprzedzającymi zabójstwo. Pomimo tego, nie wyobrażam sobie nie ukończyć tej gry - jest początkiem bardzo ciekawej fabuły. Na szczęście twórcy gry poprawili się w następnych częściach. Jeśli chodzi o głównych bohaterów, bardzo polubiłem Altaira (na początku był z niego straszny dupek, ale potem się zmienił), w przeciwieństwie do Desmonda, był ciekawą postacią.

Najbardziej denerwującą rzeczą w grze były niektóre npc (wariaci, biedaczki i żule). Atakowały tylko gracza i byli przy tym bardzo napastliwi i z wielką przyjemnością obijałem im mordy... Często musiałem powtarzać misję, lub toczyć niepotrzebną walkę, bo "debil" mnie popchnął akurat przy straży. Drugim denerwującym "błędem" był brak możliwości wchodzenia w niektóre miejsca. Chodzi mi o takie sytuacje: Stoi straż, wszyscy wchodzą, ale gdy ja chciałem wejść to rozpoczynali walkę. Czasem też denerwowało sterowanie, ale to już były rzadkie sytuacje.

Biorąc pod uwagę powyższe, uważam, że to gra dobra, w którą warto zagrać.

31.05.2019 20:51
Codename 23
odpowiedz
1 odpowiedź
Codename 23
26
9.0
PC

Świetna gra, ale ma kilka niedociągnięć i problemów. Kupiłem w dzień premiery i ukończyłem ją kilka dobrych razy, na różnych poziomach trudności (nie udało mi się tylko kampanię marines na najtrudniejszym poziomie - wg licznika steam mam rozegrane 93 godziny), a ostatnio po raz kolejny ją sobie odświeżyłem. Po pierwsze multi. Nie można wybrać serwerów, ani trybu gry - wszystko mamy narzucone z góry przez grę i w ogóle mało kto w to teraz gra. Ogólnie nie jestem miłośnikiem multi, ale w AvP fajnie się grało.

Co do singla... Fajny pomysł kiepskie wykonanie (chodzi o fabułę). Niby wszystkie kampanie są rozgrywane w tym samym czasie i tych samych (często) lokacjach, ale mam wrażenie jakby nie było połączenia fabularnego pomiędzy kampaniami.

Bardzo mi się podoba grafika, która wg mnie świetnie pasuje do klimatu gry. Animacje postaci też są dobrze zrobione. Jeśli chodzi o audio też nie ma się do czego przyczepić.

Bardzo denerwujący są nasi towarzysze (rozkazodawcy). Nie wiem czy macie tak samo jak ja, ale ja lubię sobie pozwiedzać lokalizacje, odkryć jakieś sekrety, czy po prostu pozachwycać się grafiką. I wszystko super, gdyby nie upierdliwe gderanie przez komunikator naszych przełożonych (głównie w Marines wkurzała Tequilla) - chyba co minutę powtarzała, że mam coś zrobić - szlag jasny trafiał.

Po za tym, uważam, że gra to bardzo dobry fps (zwłaszcza kampania marines góruje nad pozostałymi - najsłabiej wypada kampania alien). Możliwe, że gra nie zasługuję, na aż tak wysoką ocenę (daję 9.0). I bardzo możliwe, że tak ją oceniam bo jestem fanem tego uniwersum i patrzę na nią trochę nostalgicznie (AvP 2 to była jedna z moich pierwszych gier). Ale nie zgadzam się również na ocenę redakcji, a tym bardziej ocena "ekspertów" jest dla mnie kpiną.

Gra jest dla miłośników Sci-Fi shooterów i fanów uniwersum AvP. Inni gracze faktycznie mogą się przy niej trochę zawieźć.

28.05.2019 15:08
Codename 23
👍
odpowiedz
1 odpowiedź
Codename 23
26
8.5
PC

Bardzo dobra gra. Graficznie wygląda jeszcze lepiej, a chodzi płynniej od pierwszej części. Audio, hmm... powiedziałbym na tym samym poziomie (podobało mi się gdy przy etapie z Mechem włączyła się muzyczka z credits'ów z pierwszej części), budowała klimat, przyśpieszała przy walce i uspokajała się przy "zwiedzaniu". Strasznie dokuczał mi brak wychylania się i krótki sprint, zwłaszcza, że grałem na trudnym poziomie. Na plus, że mogliśmy sami tworzyć osłony (tylko co z tego jak nie było wychylania). Fabularnie na pewno lepiej od Extraction Point i Perseus Mandate, ale bez rewelacji.

Troszkę dziwne były nadpopudliwe reakcje-animacje towarzyszy - zachowywali się jakby mieli adhd. I szkoda, że nie wystąpili gdzieś w tle Pointman i Paxton.

Ogólnie jeden z lepszych FPS-ów i z czystym sumieniem polecam. No chyba, że nie lubisz wątków nadnaturalnych.

19.05.2019 23:18
Codename 23
😱
odpowiedz
Codename 23
26
6.5
PC

Dodatek bardzo przeciętny i zrobiony bez pomysłu. Nielogiczne błędy w scenariuszu:

spoiler start

Najpierw Alma chce nas zabić potem ratuje nas z opresji. Dziwne etapy w "wizjach", które nijak się mają do wydarzeń z gry. Mapes w kiosku otwiera nam drzwi (jak on się wydostał z krypty? I to ciężko ranny?) I kilka innych dziur w fabule.

spoiler stop

Ponadto gra "chodzi" gorzej niż podstawka. Częste przycięcia i dziwne zachowania fizyki były na porządku dziennym (drgające wiadro, które chciało się wtopić w podłogę, ale nie mogło - przy okazji cholernie hałasujące).

Komentując F.E.A.R.-a napisałem, że poziom trudności nadzwyczajny nie sprawia problemów. No dodatek to mocno naprawia. AI na szczęście się nie pogorszyła (raz mi się zdarzyło, że duży bot mi się zaciął na parkingu). Muzyka nadal klimatyczna.

Niestety gra jest nudna, dlatego tak nisko ją oceniłem. I albo dali mniej wzmacniaczy, albo je nieźle pochowali, bo bardzo mało ich znalazłem. Do tego apteczki... zawsze jak była potrzeba to było ich mało, a jak spacerowałem radośnie z pełnym zdrówkiem to znajdywałem ich całe krocie...

spoiler start

A najgorsze, że uśmiercili Jin

spoiler stop

18.05.2019 17:43
Codename 23
3
odpowiedz
3 odpowiedzi
Codename 23
26
9.5
PC

Jeden z moich ulubionych FPS-ów - bardzo często do niego wracam. A teraz planuję zrobić maraton "F.E.A.R.-a" - ukończyć wszystko na najwyższym poziomie. No i właśnie, gra nie należy do najtrudniejszych - na najwyższym poziomie zginąłem zaledwie 3 razy - grałem bez robienia quick save'ów - i to głównie z moich błędów. Jeśli grasz taktycznie - gra nie sprawi zbyt wielu problemów. Nie dałem grze "dychy" z kilku powodów. Po pierwsze, są straszne dziury w fabule. Skoro gracz trafia do ściśle tajnego paranormalnego oddziału specjalnego, to chyba jego przeszłość powinna zostać prześwietlona... A tu? Trafia gość do oddziału, nikt nic o nim nie wie - nawet on sam - żadnego imienia... dosłownie zero! I nagle pod koniec się okazuje,

spoiler start

że jesteś pieprzonym eksperymentem i pierwszym dzieckiem Almy, a psychol Paxton to twój młodszy braciszek.

spoiler stop

Rozumiem, że miała być to niespodzianka, ale scenarzyści mogli stworzyć jakąś "oficjalną" legendę wokół głównego bohatera. Druga, rzecz, którą uważam za błąd to znikająca broń po "halucynacjach". Wchodzi graczowi wizja i nagle mamy w dłoniach pistolet, który dawno temu zmieniliśmy na inną broń.

Niektórzy komentują, że gra wcale nie straszna i tak dalej - F.E.A.R. to fps z elementami horroru, a nie horror z elementami fps.

Na pewno na duży plus zasługuje AI przeciwników. Wydają sobie polecenia, wykorzystują osłony, a nawet sami je robią, np. poprzez przesuwanie foteli czy przewracanie szaf. Ogólnie zachowują się bardzo taktycznie - potrafią prowadzić ogień zaporowy i próbują flankować. Grę ukończyłem kilkakrotnie i nie zdarzyły mi się żadne wpadki z AI.

Bardzo podobała mi się ścieżka dźwiękowa - klimatyczna. Grafika nadal utrzymuje poziom - zwłaszcza gra światła i cienia.

03.05.2019 23:07
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26

Też mnie dziwi tak niska ocena redakcji. Podszedłem do gry sceptycznie (zaraz po ukończeniu Deadfall Adventure, który w moim odczuciu jest mocno przeciętny), więc się nie spodziewałem jakiejś magii. Ale jestem miło zaskoczony. Po pierwsze grafika jest świetna i gra chodzi o wiele lepiej, niż wymieniony wcześniej DA. Po drugie muzyka jest boska. Strzela się bardzo dobrze... Oczywiście gra ma kilka mankamentów. Przede wszystkim liczne glicze (niemcy mi spadali z sufitu, albo podskakiwali na kilka metrów). Po drugie przekłamania historyczne (w misji we Francji, która zgodnie z tym co mówił główny bohater odbywała się w 1940 roku zdobyłem Stg 44...). Jakby miał się do czegoś już na maksa doczepić to do języka w grze. Dokładnie chodzi mi o to: fajnie, że polacy gadają po polsku, ale francuzi i niemcy? Fajnie by było, jakby to wyglądało tak jak w "Bękartach wojny"..., ale - to już czepianie. Na razie nie mogę ocenić gry, gdyż jej nie ukończyłem i kto wie, może na koniec wyjdą jakieś kwiatki, ale na razie szykuje się gra na poziomie bardzo dobrej.

03.05.2019 17:35
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
6.5
PC

Przeciętniaczek aż miło... Fabuła ma dziury niczym ser królewski, a to co w miarę trzyma się kupy jest mega przewidywalne. Że tak rzeknę... gra na raz. Nie jest źle, ale jakbym miał ją podsumować jednym zdaniem, to "kiepskie wykonanie całkiem fajnego pomysłu". Grafika taka sobie, a po mimo tego lubi się przyciąć. Główny bohater, chyba zjadł "szatański owoc", bo po wejściu do wody umiera. I czy ktoś mi wyjaśni, dlaczego niemcy biegają z thompsonami, a ruscy z suomi i mauserami?

28.04.2019 11:17
Codename 23
2
odpowiedz
Codename 23
26
7.0
PC

Quake 4 to na pewno dobra gra, ale nic ponadto. Ostatnio sobie ją odświeżyłem. Po pierwsze są problemy z grafiką - syfne tekstury - które można naprawić dopiero bawiąc się w konsoli. Po drugie, hmm... jakby to określić... lubię kino klasy B, ale sceny fabularne rozwalają na łopatki. Taki przykład:

spoiler start

Zostałem "zestrogowany" - i wszyscy napotkani w misji marines, bez zdziwienia na mnie reagują - wszyscy mnie znają, wszyscy mi ufają - nie robię na nich żadnego negatywnego wrażenia. Natomiast w następnej misji na statku, nagle wszyscy mi docinają. I te skryptowe śmierci innych marines, są wręcz do bólu przewidywalne.

spoiler stop

Mimo wszystko przyjemnie się w nią gra, choć do swojego dziadka (Quake 2 - najlepsza część serii, wg. mnie) mu daleko.

22.04.2019 23:16
Codename 23
3
odpowiedz
Codename 23
26
9.0
PC

Po mega nudnej "dwójce" ta część jest niczym espresso parzone na energetyku... Na początku bardzo nie lubiłem głównego bohatera - taki typowy pacyfistyczny cipeusz. Ale w trakcie gry gość zaczął się zmieniać (urosły mu cojones) i nawet ździebko go polubiłem. Sama gra rozwinęła na plus mechanikę z drugiej części (sanbox'owość bez nudności), ale klimat tropikalny pozostał z jedynki (nie raz wspominałem podczas grania jedyneczkę). To co mi się nie podobało, to walki z boss'ami w innym wymiarze. Bardzo lubię takie mistyczne klimaty, ale tu było to słabo rozwiązane. Spotykam się na pokerka z głównym szubrawcem - na przeciwko mnie ten czubek i dwóch gości trzymających mnie na muszce (z AK). Nagle lądujemy na sali przypominającej dancefloor z "Gorączki sobotniej nocy". Zabijam złego i się okazuje, że wszyscy w sali nie żyją - JAAAK!!! Ale to tylko mały minusik w porównaniu z całą grą. Na swojej drodze spotykamy dwóch złych - główny przypomina mi "scarface'a" - ale szczerze, nawet nie pamiętam jak się nazywał. Za to jego podwładny, Vaas... mmm miodzio. Sam nie wiedziałem, czy gościa nienawidzę, czy wielbię - charakternik strasznie przypominał mi Joker'a - taki genialny szaleniec... Far Cry 3 - to wyśmienite drugie danie po tym jak zjedliśmy mdłą zupę w postaci Far Cry 2...

post wyedytowany przez Codename 23 2019-04-22 23:19:06
22.04.2019 10:14
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
8.0
PC

Śmiać mi się chce z siebie, gdy czytam wasze komentarze, że gra jest prosta. Ale no cóż... bijatyki nigdy nie były moim konikiem - pewnie dlatego uważam, że do łatwych ta gra nie należy. Ale wciąga jak bagno, dawno temu ją ukończyłem, dzisiaj podchodzę drugi raz, tym razem na padzie. Gra ma niesamowity klimat filmów Rodrigueza (Desperado, El Mariachi), a sam główny bohater Shank przypomina mi Wray'a z Planet Terror. Jako że bardzo lubię kino w stylu Rodriguez'a, to i gra przypadła mi do gustu, tandetna fabuła rodem z filmów klasy "B" - gra, aż błaga o ekranizację! Stylistyka gry jest wspaniała. Nawet wychodzi z tego mały paradoks - komiksowa oprawa graficzna, do tego sama "kreska" przypominająca bajki dla dzieci - a z ekranu wylewa się przemoc i brutalność. Co do udźwiękowienia... no muzyka jakaś tam jest... i to tyle mogę napisać, bo jakoś mnie nie zauroczyła - po prostu sobie przygrywa w tle i człowiek nawet nie zwraca na nią uwagi. Jako, że to nie jest mój gatunek gier daję tylko 8.0 (choć biorąc pod uwagę, że to właśnie nie jest mój gatunek powinienem napisać, że daję aż 8.0).

05.04.2019 13:52
Codename 23
👍
odpowiedz
Codename 23
26
10
PC

Przede wszystkim ta gra to hołd złożony erze VHS. Dlatego nie każdemu przypadnie do gustu. Dziwią mnie tylko negatywne komentarze dotyczące mechaniki gry u osób, które wychwalały FC 3 - yyyy... przecie to je to samo! Po pierwsze Soundtrack jest wyśmienity! Po drugie nawiązania do kina z lat 80 i 90 wręcz się wylewają z ekranu. To jest jeden wielki Easter Egg. Dzieło sztuki :)

05.04.2019 13:38
Codename 23
Codename 23
26

Jak już to z Terminatora :) i tylko ją przypomina. Chyba, że chodzi ci o misję w śmigłowcu, to masz rację. Jest nawet scena, gdy Rex przybija sztamę ze Spiderem, co jest nawiązaniem do "piąteczki" Dutcha z Dilonem z pierwszego Predatora.

post wyedytowany przez Codename 23 2019-04-05 13:43:55
05.04.2019 13:33
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26

Nie wiem jak ocenić tą grę. Dopiero rozpocząłem, ale ciężko się w to gra. Przede wszystkim nudne zadania (ok, może nie tyle zadania są nudne, co dążenie do jego wykonania). Trzeba jeździć z punktu do punktu (oddalonego od siebie przeważnie kilkoma ładnymi kilometrami), by kogoś ubić. Mam wrażenie że twórcy pisali zadania do gry na zasadzie kopiuj -> wklej. Nie byłoby to jeszcze takie złe, gdyby nie fakt, że cała afryka chce cię zabić. Obojętnie dla kogo pracujesz, i gdzie jedziesz. Przeciwnicy pojawiają się z dupy i są przy tym natarczywi niczym telemarketerzy. Do tego ta "malaria"... Serio? Super najemnik jedzie do afryki i nie weźmie szczepień i leków? Do tego dziwnie zachowująca się broń. Rozumiem, że broń się może zaciąć (zdarzyło mi się nie raz), ale tu jest to przesadzone! I albo jest coś z celnością nie tak, albo z siłą ognia, bo bywało, że w jednego typa w samej koszulce, musiałem władować pół maga... Na plus jest na pewno klimat afrykański, choć mogli dać więcej zwierzątek. Fajny też pomysł z "kumplami". No i trzeba przyznać - grafika cały czas trzyma poziom.

17.03.2019 12:39
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
9.0
PC

Gra jest świetna. Tak samo jak jedynka ma wiele minusów. Nadal nie podoba mi się grafika. Tandetna i plastikowa. Fabuła jest beznadziejna - niby kontynuacja poprzedniej części, ale jest tyle dziur w scenariuszu pomiędzy pierwszą, a drugą częścią, że miałem wrażenie, że jest to bardziej alternatywna wizja na wydarzenia, a nie ciąg dalszy. Niestety muzyka już nie jest taka jak w pierwszej części, bo szczerze - nawet jej nie zauważyłem. Więc dlaczego tak wysoko oceniam? Przede wszystkim na plus idzie system wykorzystywania doświadczenia. Awansujesz i po drodze odblokowujesz ubrania, pancerze i broń, co może nie jest realistyczne (w jednostkach specjalnych, czy to wojska, czy policji sprzęt masz od razu), ale powoduje, że chce się w to grać więcej i więcej (no przecież muszę to odblokować!). Dzięki awansom otrzymujemy ubrania i pancerze, co za tym idzie możemy zmieniać wygląd swojego alter ego. Mało tego uważam, że fajną funkcją jest skanowanie twarzy. Można zeskanować własną twarz do gry, przez co bohater ma naszą twarz. Jak na grę sygnowaną nazwiskiem "Tom'a Clancy'ego" to całkiem fajnie się w niej strzela. Lubię gry TC, ale zawsze mnie denerwowało, że grając super wyszkolonym żołnierzem/agentem/policjantem był problem trafić w przeciwnika stojącego kilka metrów od nas. O działaniach taktycznych nie będę się wypowiadał, bo te elementy zostały "z jedynki". Szkoda, że nie zrobili nic ze sztuczną inteligencją naszych partnerów. Nadal się zawieszają w drzwiach lub przy przeszkodach i mają problemy z wymianą ognia. Choć nie powiem kilka razy uratowali mi wirtualny tyłek. Trochę też nie podobało mi się taktyczne zachowanie przeciwników. Korzystanie przez wrogów z tarcz, lin i granatów hukowo-błyskowych... To nie terroryści i gangsterzy z meksykańskiego kartelu - tak się zachowują najemnicy po wojskowym przeszkoleniu. Ale to bardziej szczegół niż jakiś błąd gry. Inne zachowania przeciwników już były w porządku. Rzucają w nas granatami (doszedł w hudzie znacznik granatu), korzystają z gniazd karabinów maszynowych, próbują nas podejść - ogólnie AI przeciwników działa na poziomie. W zależności od wyboru poziomu trudności, zmieniają nam się pojemności naszych zasobników i ładownic i tak np. na poziomie łatwym możemy przenosić po 10 granatów, a już na realistycznym tylko 3. Jak komuś się spodobała część pierwsza to za drugą oszaleje. A jak się komuś nie spodobała, to niech nie podchodzi do drugiej, bo jest to, to samo tylko więcej.

post wyedytowany przez Codename 23 2019-03-17 12:42:42
15.03.2019 19:43
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26
8.0
PC

Świetna mechanika gry (zarządzanie drużyną - wejścia do pomieszczeń, liny, itd). Wielu ludzi chwali ją za grafikę, ale mi nie specjalnie przypadła do gustu. Same modele i animacje są ok, ale tekstury są paskudne. Miałem wrażenie, że wszystko jest z plastiku i to takiego tandetnego, odpustowego. Wkurzało mnie również IQ naszych towarzyszy (komandosi po Delcie i S.A.S., a zachowują się jak, hmm... debile). Na pewno na 5 mogę ocenić muzykę. Świetna, w filmowym klimacie. Niestety grałem w polską wersję - dubbing jest koszmarny, nie nakłada się z tym co się dzieje na ekranie. Mimo tych kilku mankamentów, nie mogłem się oderwać od gry. Jest naprawdę miodnie i dlatego daję 8.0.

15.01.2019 23:36
Codename 23
Codename 23
26

Jest łatwiej? Pierwszą część ukończyłem i nie mogłem się doczekać, aż odpalę "Silent Assassin". Niestety mocno się rozczarowałem. Gra jest okropna. Godzilla się lepiej skrada niż pan 47. Doszedłem do drugiej misji i postanowiłem odinstalować, bo za bardzo mnie irytowało to co się tam działo. Ocena ode mnie 3 i tylko dlatego, że bardzo dobrze wspominam pierwszą część.

25.12.2018 10:43
Codename 23
Codename 23
26
9.0
PC

Przygodówki nie należą do mojego ulubionego rodzaju gier. Wolę bardziej dynamiczne gry. Ale "Syberia" naprawdę mnie urzekła. Po pierwsze śliczna oprawa graficzna. Po drugie zagadki mają sens. Po trzecie niezły klimat (delikatnie steampunk'owy). No i po czwarte miła dla ucha muzyka. A na końcu bonus - Oczy czarne...

23.12.2018 15:26
Codename 23
Codename 23
26
9.0
PC

Świetna gra. Wprowadzenie marki w trzeci wymiar to najlepsze co mogli producenci zrobić. Nie daję pełnej dychy bo AI jest kulawe, przez co często nadużywałem słów wulgarnych i nieprzyzwoitych...

19.12.2018 20:02
Codename 23
Codename 23
26
8.5
PC

Gra ma całe mnóstwo błędów. Ale mimo wszystko ma to coś w sobie, że chce się dalej próbować. Najlepsze, że misje często można wykonać na kilka różnych sposobów. Wstyd się przyznać, ale dopiero niedawno ukończyłem tę grę. Hm... jak nad tym pomyśleć, to jest to gra do której trzeba dojrzeć, aby sprawiła najwięcej przyjemności. No i ta muzyka!

07.04.2018 12:18
Codename 23
Codename 23
26
2.5
PC

Największy dla mnie problem to niezrozumiały interfejs i kiepski samouczek. Po za tym wieje nudą...

11.03.2018 21:04
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26

Badziew... Grałem w wersję na PSX. Samochody zachowują się jakby były z kartonu. Mała górka a on szybuje przez pół mapy... AI jest tak skretyniałe, że nawet nie wiem jak skomentować. Fizyka jazdy też pozostawia wiele do życzenia. Ani to zręcznościowe, ani symulacyjne. Nie polecam - przynajmniej wersji na PSX.

11.03.2018 20:50
Codename 23
Codename 23
26
2.0
PC

Grałem w wersję na PSX i ją oceniam. Jedna z najgorszych samochodówek w które grałem i najgorszy powstały NFS. Mam wrażenie jakbym jeździł pudełkiem zapałek (i to pustym!), a nie super wozem - fizyka jazdy to koszmar. A AI wzorowane na "Januszach zazdrosnych o somsiaduw" - komputerowym przeciwnikom nie chodzi o to aby wygrać. Chodzi o to by gracz nie wygrał. Dno!

02.03.2018 05:55
Codename 23
Codename 23
26
8.0
PC

Minusy:

- dźwięk

- AI (zarówno przeciwników jak i sojuszników)

- "PRESS SPACEBAR TO RESTART MISSION" - dokuczliwe...

- brak animacji dotyczących używania broni

Plusy:

- krótkie, ale treściwe misje

- duża przyjemność z grania

23.02.2018 23:15
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26

Wersja na PC to jedna z najlepszych gier w które grałem. Niestety grałem też w wersję na PS. To są dwie inne gry. Niby wersja konsolowa, ma lepszą grafikę, ale cała reszta... łatwiej i przyjemniej prowadzi się dyliżans bez kół niż samochód w carmageddonie na Play'u. Nie mówiąc już o nuuuudzie... Cierpliwie walczyłem z grą około godziny, potem rzuciłem ręcznik na matę. Należy się premia za zderzenie czołowe...

11.05.2017 21:23
Codename 23
odpowiedz
Codename 23
26

Męczę i męczę, i za cholerę nie mogę ukończyć Autumn Valley w trybie Tournament. Każdym wozem próbowałem. Po dwudziestym razie miałem ochotę wyrzucić płytę razem z konsolą, ale za dużo mnie to kosztowało, a po drugie to gra ma w sobie to coś magicznego, że ciągle próbuję od nowa...

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl