Recenzja Life is Strange: Reunion. Ta gra może i nie była potrzebna, ale ogromnie cieszę się, że powstała
Double Exposure przeszło do historii jako rozczarowująca gra – Life is Strange: Reunion ma szansę zmienić jej percepcję, a przy tym dać fanom Max i Chloe coś bardzo emocjonalnego, na co czekali ponad dekadę.
Recenzja powstała na bazie wersji PS5.
Komentarze
Nie sądziłem, że ta gra powstanie… i nie do końca ucieszyłem się, gdy ją zapowiedziano. Może i Life is Strange: Double Exposure zostawiło nas ze słowami „Max Caulfield powróci”, ale szanse na spełnienie tej obietnicy (groźby?) oceniałem jako nikłe, gdy stało się jasne, że wyniki sprzedaży nie dorównały oczekiwaniom wydawcy (zapewne były wygórowane, wszak to Square Enix), a w dodatku zaraz potem dosięgły nas wieści o zdziesiątkowaniu studia Deck Nine.
Tymczasem zaledwie półtora roku po premierze poprzedniej gry wracamy na Uniwersytet Caledon, by poznać następny – ponoć już finałowy – rozdział z życia Max, obracający się znowu wokół jakiejś rychłej katastrofy, której koniecznie trzeba zapobiec, używając mocy, których używanie chyba jeszcze nie doprowadziło do niczego dobrego. Na szczęście tym razem u boku „profesor” Caulfield staje dawno niewidziana przyjaciółka, która najwyraźniej postanowiła wrócić, usłyszawszy lament fanów serii pod adresem Double Exposure.

Niestety Life is Strange: Reunion nie jest dostępne w polskiej wersji językowej, tak samo jak poprzednie gry z serii.Life is Strange: Reunion, Deck Nine / Square Enix, 2026.
UWAGA! Lojalnie ostrzegam, że za tym punktem czyhają na Was srogie spojlery z poprzednich gier: nie tylko z Double Exposure, ale też – a raczej przede wszystkim – z oryginalnego Life is Strange. Koniecznie powinniście zapoznać się z obiema tymi pozycjami, zanim sięgniecie po Reunion. Choćby z takiego względu, że rozgrywka rozpoczyna się podsumowaniem wydarzeń z wcześniejszych tytułów, po którym musimy dokonać pięciu wyborów dotyczących kluczowych kwestii.
Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś decydował, nie poznawszy osobiście – i to dobrze poznawszy – postaci, z którymi to wszystko jest związane. Tylko wtedy będziecie w stanie wyciągnąć z Reunion odpowiednio mocną dawkę emocji. A jeśli do tej pory unikaliście Double Exposure, bo słyszeliście o słabym zakończeniu, dodam jeszcze, że warto teraz rozważyć ten tytuł ponownie, bo nowa gra niejako „skorygowała” jego największe fabularne błędy. Nic więcej nie powiem.
Fanserwis czy fanfikcja?
Zanim zagłębię się w szczegóły, musimy sobie coś wyjaśnić. Wiadomo, że recenzje gier są co do zasady subiektywne – ale w tym przypadku subiektywność będzie jeszcze bardziej subiektywna niż zwykle. To dlatego, że Life is Strange: Reunion funkcjonuje na poziomie czysto emocjonalnym, tj. opiera się praktycznie w całości na przywiązaniu graczy do postaci Max i Chloe.

Występują tutaj dwie grywalne postacie – na zmianę wcielamy się w Max i Chloe.Life is Strange: Reunion, Deck Nine / Square Enix, 2026.
Rozważając sięgnięcie po tę grę, musicie odpowiedzieć sobie na parę fundamentalnych pytań. Jak bardzo pragniecie przeżyć jeszcze jedno spotkanie tych bohaterek? Czy jesteście w stanie zaakceptować to, że tragiczny wybór, który wieńczył pierwszą odsłonę serii, może zostać w pewnym sensie anulowany, by historia potoczyła się inaczej? (Albo nawet: czy chcielibyście, żeby tak się stało?).
Owo anulowanie musiało zabrzmieć kontrowersyjnie, więc spieszę z dalszymi wyjaśnieniami. Chodzi o to, że scenarzyści ze studia Deck Nine znaleźli sposób, by mieć ciastko i zjeść ciastko. To znaczy – wymyślili sobie, że mieszanie w liniach czasowych, któremu Max oddawała się w Double Exposure, by ocalić Safi, miało uboczny efekt również na Chloe, która uległa „sprasowaniu” dwóch rzeczywistości. Mówiąc wprost: bohaterka nieświadomie wróciła życie swojej punkowej przyjaciółce lub – zależnie od finałowego wyboru z „jedynki” – odbudowała Arcadia Bay i wskrzesiła mieszkańców miasteczka.
Głupie? Być może. Tylko od Was zależy, czy się na to zgodzicie, czy też uznacie Reunion za jakiś niekanoniczny „fanfik” i zignorujecie jego istnienie. Grając w ten tytuł, przez pierwszą godzinę z hakiem byłem sceptyczny. Początek wynudził mnie niemiłosiernie, każąc mi przebrnąć przez retrospekcje, ekspozycje i samouczki z używania mocy cofania czasu, którą przywrócono w praktycznie niezmienionej formie z pierwszej odsłony serii.

Większość lokacji, które odwiedzamy, widzieliśmy już w LiS: Double Exposure – zmieniono głównie dekoracje. Cóż, gra nie powstałaby w półtora roku (jeśli w ogóle) bez pójścia na skróty tu i tam…Life is Strange: Reunion, Deck Nine / Square Enix, 2026.
Jednak wszystko „kliknęło”, gdy Max i Chloe wreszcie znalazły się razem na ekranie. Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo tęskniłem za dziewczynami i jak bardzo brakowało osobowości tej drugiej w Double Exposure (choć Safi, Amanda i Gwen wspólnymi siłami skutecznie nadrabiały jej nieobecność). Aktorzy i pisarze spisali się na medal, ożywiając na nowo dwie bardzo wyjątkowe postacie.
W przypadku Max nie jest to żadna niespodzianka, bo już w poprzedniej grze wróciła w „chwale”. Ale nadal miałem obawy o zachowanie charakteru Chloe – na szczęście niepotrzebnie. Choć z wiekiem stała się naturalnie dojrzalsza (mniej młodzieńczo buntownicza), a nawet zmieniła kolor włosów, nie zatraciła nic z dawnej charyzmy. Nadal jest gniewna, pyskata i punkowo żywiołowa, ale też wrażliwa i zagubiona (przez dwie sprzeczne rzeczywistości, które zdają się koegzystować w jej umyśle). W skrócie: Chloe kradnie „show”. Złapałem się wręcz na tym, że chętnie dałbym jej więcej czasu na ekranie kosztem Max.
Tak naprawdę jednak najsilniejszy ładunek emocjonalny niosą sceny, w których obie bohaterki są razem. Trudno się nie wzruszyć, gdy odbudowują swoją relację – czy to romantyczną, czy „tylko” przyjacielską, jak kto zdecyduje – dyskutując o trudnej przeszłości i nieśmiało wybiegając w przyszłość. A teraźniejszość? Cóż, z nią jest w tej opowieści pewien problem.
Skreśl to i spróbuj czegoś innego
Jeśli widzieliście choć jeden zwiastun, wiecie zapewne, że lejtmotywem w Life is Strange: Reunion jest pożar uczelni. Max wraca do Caledon po weekendzie spędzonym w obcych stronach i trafia w sam środek chaosu. Gdy widzi, jak w płomieniach giną jej przyjaciele, odpala niebezpieczną starą sztuczkę i cofa się o dwa dni, „skacząc” w zdjęcie. Od tej pory nadrzędnym celem bohaterki staje się powstrzymanie katastrofy.

Ścieżka dźwiękowa dobrze wpisuje się w klimat oryginalnego Life is Strange, dokładając ważną cegiełkę do grania na emocjach.Life is Strange: Reunion, Deck Nine / Square Enix, 2026.
Powiem szczerze: okultystyczno-polityczna intryga skupiona wokół pożaru przez większość czasu mnie nużyła. Choć do ostatniej chwili nie miałem pewności, co się wydarzy, i byłem trzymany w napięciu, bo gra dawała jasno do zrozumienia, że stawka jest wysoka, to dłużyło mi się prowadzenie śledztwa – przeklikiwanie interaktywnych elementów otoczenia w poszukiwaniu poszlak i wydobywanie z ludzi informacji z pomocą mocy Max. Na nerwy działały mi sekwencje sztucznie wymuszonego łażenia w kółko; irytowało też leniwe truchtanie bohaterek w sytuacjach zagrożenia życia.
Tak na dobrą sprawę cała ta historia z tropieniem podpalaczy sprawia wrażenie skleconej naprędce i pretekstowej (w dodatku nie do końca trzymającej się kupy), byle tylko dodać trochę dramaturgii „pojednaniu” bohaterek i rozciągnąć grę – notabene i tak krótką, bo trwającą mniej niż 10 godzin. W tym miejscu zastanawiacie się może, jak ów pożar łączy się z fabułą Double Exposure. Otóż właśnie nie łączy się prawie wcale, nie licząc faktu, że w aferę są zamieszane znane już postacie (i kilka nowych).
Trzeba Wam wiedzieć, że studio Deck Nine wycofało się z najzagorzalej krytykowanych motywów, które upchnięto w zakończeniu poprzedniej gry (ewidentnie planowanej jako początek dłuższej serii), przywodząc na myśl wprowadzenie do jakiejś karykatury X-Menów. Choć w Reunion Safi powraca do Caledon i nadal odgrywa istotną rolę, na szczęście nie prowadzi ze sobą gromadki ludzi obdarzonych mocami, których miała szukać (zgubiła nawet Diamond), a o zdolnościach Max wciąż nie wie nikt oprócz Mosesa – reszta osób, przed którymi protagonistka ujawniła się tą żenującą płomienną przemową z epilogu DE, uległa… zbiorowej amnezji. Nie, nie żartuję. Ale bardzo cieszę się, że deweloper zmienił kurs, nawet jeśli musiał posunąć się przy tym do tak głupkowatych wybiegów.

W LiS: Reunion występuje trochę więcej postaci niż w Double Exposure, ale ceną za to jest niższa jakość twarzy i ich animacji.Life is Strange: Reunion, Deck Nine / Square Enix, 2026.
Niestety kontynuacji nie doczekały się również wątki z Double Exposure, które zasługiwały na więcej uwagi. Tragiczna historia Mayi Okady została niemal zamieciona pod dywan, a profesor Gwen Hunter – moja ulubiona postać z poprzedniego Life is Strange – w ogóle się nie pojawia, bo twórcy uznali za kanoniczną tę wersję wydarzeń, w której opuściła Caledon. Innym drugoplanowym bohaterom zaś, nawet jeśli są obecni, poświęcono mniej uwagi, niż im się należało – dotyczy to zwłaszcza Amandy i Vinha.
Gameplay na niby, wybory na serio
Z Double Exposure nie powraca także moc przeskakiwania między rzeczywistościami – zamiast niej Max ma do dyspozycji wspomniane cofanie czasu. Przyznam, że nie przepadałem za tą mechaniką już w oryginalnej grze i starałem się unikać używania jej, jak tylko mogłem, ale w Reunion jest bardziej „obligatoryjna”. W wielu sytuacjach jedynym sposobem na osiągnięcie sukcesu i pchnięcie fabuły dalej jest zaczynanie rozmów kilkakrotnie od początku – za każdym razem z użyciem uprzednio zdobytych informacji.
Zdarzają się też sekwencje quasi-zręcznościowe, w których biegamy po małym obszarze pod presją czasu, zbieramy przedmioty i używamy ich na otoczeniu, powtarzając czynności tak długo, aż zdołamy wyjść z opresji. I nie byłoby to wszystko aż tak złe, gdyby nie nachalne trzymanie gracza za rękę i mówienie mu wprost (głosem Max albo ikonami na ekranie), kiedy trzeba cofnąć czas, by ruszyć fabułę. Byłem tak skutecznie odzierany z wiary we własną sprawczość i ślepo wypełniałem wolę reżysera przez całą grę, że zdziwiłem się wielce na koniec przygody, gdy ukazano mi statystyki, uzmysławiając, jak liczne – i nierzadko subtelne – rozgałęzienia uwzględniała ta opowieść.

LiS: Reunion oferuje rozbudowane opcje dostępności (na wzór Double Exposure).Life is Strange: Reunion, Deck Nine / Square Enix, 2026.
Nie miejcie złudzeń – jest to wciąż waga wyborów typowa dla tego rodzaju narracyjnych przygodówek (czyli w najlepszym razie średnia), ale na tle Double Exposure pozytywnie zaskakuje. Ponieważ Reunion zaplanowano jako zamkniętą opowieść, dano nam zadecydować o życiu lub śmierci niejednej ważnej postaci, a w zależności od podjętych decyzji (i dedukcji opartej na zebranych dowodach) epilog może mieć mocno odmienny przebieg. Tym niemniej trzon opowieści, czyli losy Max i Chloe, oferuje jakiekolwiek istotne rozwidlenie dopiero w ostatnich minutach gry, a o konsekwencjach tego wyboru informuje nas mało satysfakcjonujący, zdawkowy pokaz „slajdów” po napisach końcowych.
Podwójny triumf
Jeśli zabrnęliście tak daleko w tę recenzję, chyba nie muszę namawiać Was na zakup Life is Strange: Reunion. Niejedna osoba powie zapewne, że ta gra nie była potrzebna, ale dla wielbicieli Max i Chloe pragnących dla bohaterek innego losu niż ten, który zgotowali im scenarzyści pierwszej odsłony, jest to pozycja wprost obowiązkowa. Że ocena niby tego nie odzwierciedla? Bądź co bądź uwzględniamy w niej też jakość gameplayu i warstwy technicznej – jeśli dla Was liczą się tylko i wyłącznie opowieść oraz postacie, możecie dodać sobie przynajmniej pół oczka do końcowej noty.
Weźcie też pod uwagę, iż jest to gra krótsza i mniejsza niż Double Exposure. Niby firma Square Enix odzwierciedliła to w jej cenie, ale nie jestem przekonany, czy różnica jest dostatecznie duża (Reunion kosztuje o 40-50 zł mniej niż poprzedniczka, zależnie od platformy). Poza tym nie tylko po długości widać, że nowa odsłona miała skromniejszy budżet – oszczędzono na sesjach motion-capture, dużą część dialogów animując „generycznymi” narzędziami, przez które twarze często wyglądają sztucznie.

Na PS5 doświadczyłem okazjonalnych błędów graficznych, jak lekko rozmazane twarze postaci (w trybie jakości) czy wywołujące ból oczu, nienaturalne naświetlenie jednej z lokacji.Life is Strange: Reunion, Deck Nine / Square Enix, 2026.
Gdyby natomiast zdarzyło się, że znacie „jedynkę”, ale pominęliście Double Exposure… Cóż, nie powinno Was tu być (na szczęście „zaspojlerowałem” niezbyt dużo z tej części), ale jeśli jednak jesteście, to wiedzcie, że naprawdę warto nadrobić ten tytuł przed Reunion – choćby ze względu na Safi, która też odgrywa istotną rolę w opowieści. Ba, teraz jest znacznie lepszy czas na zapoznanie się z poprzednią odsłoną niż wtedy, gdy wychodziła, skoro zrehabilitowano ją, de facto przepisując słabe oryginalne zakończenie i układając ciekawszy dalszy ciąg opowieści (bez wypaczania jej intrygującego trzonu). To prawie tak, jakby Deck Nine jedną premierą dało nam dwie bardzo dobre gry naraz. Niezły wyczyn!
- powrót Chloe w znakomitej formie;
- silne emocje wokół pięknie ukazanego „pojednania” głównych bohaterek;
- wyborne aktorstwo (zwłaszcza głosowe);
- wyraziste postacie, dobrze napisane dialogi;
- sporo wyborów, które mają znaczenie;
- klimatyczna muzyka;
- odkręcenie najbardziej kontrowersyjnych motywów z LiS: Double Exposure…
- …ale też marginalizacja takich, które powinny nadal mieć znaczenie;
- ślamazarny początek i problemy z tempem wydarzeń;
- mało angażująca intryga dot. pożaru;
- miałki gameplay obracający się wokół cofania czasu;
- krok wstecz w jakości animacji, okazjonalne błędy graficzne na PS5.
Egzemplarz gry do recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od firmy Cenega. Nasze zasady recenzowania gier oraz opis skali ocen znajdziesz tutaj.
GRYOnline
Steam
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google
Life is Strange: Reunion
Dla wielbicieli Max i Chloe jest to pozycja obowiązkowa - Life is Strange: Reunion dostarcza świetnie napisane dialogi i dobrze gra na emocjach, godnie wieńcząc historię bohaterek. Krótki proces produkcyjny oraz ograniczony budżet odcisnęły jednak na grze swoje piętno, a rozgrywka potrafi zmęczyć trzymaniem gracza za rękę.