Boże Ciało vs Pasożyt
O zwycięstwo w kategorii „najlepszy film międzynarodowy” (tak, nie popełniłem tu błędu – jeszcze w zeszłym roku przyznawano nagrody dla „najlepszego filmu nieanglojęzycznego”, w tym uległo to zmianie) Boże Ciało powalczy z Nędznikami, Krainą miodu, Bólem i blaskiem oraz Parasite. Ten ostatni jest zresztą również nominowany w innych kategoriach. Wygrać z dziełem Bonga Joon-ho może być bardzo ciężko. Ale jeżeli ktokolwiek mógłby tego dokonać, to właśnie Komasa i jego Boże Ciało.

Wielka szkoda, że mimo iż coraz częściej na liście filmów nominowanych w głównej kategorii znajdują się obrazy nieanglojęzyczne, brak tych nominacji, jeżeli chodzi o aktorów spoza Hollywood. Jakkolwiek doceniam kreacje Brada Pitta i Anthony’ego Hopkinsa, a po premierze Irlandczyka z miejsca przyznałbym Oscara Joemu Pesci, po seansie Bożego Ciała nawet jego występ wydał mi się nie tak dobry jak kreacja Tomasza Ziętka. I mówię to całkiem serio – Pinczer rozbił bank. Chociaż nie dostał zbyt wiele ekranowego czasu, przyćmił nawet skądinąd świetnego Bartosza Bielenię.
Chwilami aż ciężko uwierzyć, że reżyser nie nagrał przypadkiem z ukrycia kogoś, kto naprawdę kilka dobrych lat spędził w poprawczaku. Wyczyn Ziętka docenimy tym bardziej, jeśli znamy jego inne role. Przyznam się bez bicia, że chociaż widziałem go w kilku filmach, o tym, że to on grał Pinczera, dowiedziałem się dopiero z napisów końcowych. Przemiana godna Gary’ego Oldmana.
Bartosz Bielenia może nie zdobyłby statuetki dla najlepszego aktora, nawet gdyby Akademia doceniała artystów spoza USA, ale wciąż możemy go zaliczyć do absolutnej europejskiej czołówki. Jego mimika jest oszczędna, brawurowy bywa tylko chwilami (szczególnie w scenach, w których jest pijany, naćpany... albo jedno i drugie), ale wciąż gra milczeniem lepiej niż większość obsady, mając do dyspozycji dobrze napisane dialogi. Nie znaczy to, że reszta spisuje się źle – po prostu na tle Ziętka i Bieleni ciężko zabłysnąć. W jakimś stopniu sztuka ta udaje się nieprzejednanej Aleksandrze Koniecznej w roli kościelnej i Elizie Rycembel w roli... Elizy. Przyzwoicie spisują się również Barbara Kurzaj jako wdowa i Leszek Lichota, czyli filmowy wójt.
Komasa i Pacewicz czują klimat
Oprawa muzyczna utrzymuje wysoki poziom przez cały film. Świetnie pasują do całości utwory ilustrujące narrację w trakcie imprez, na jakich pojawia się Daniel. Widać, że twórcy po prostu czują klimat. To w ogóle jedna z większych zalet filmu; przez cały seans bodaj tylko raz miałem wrażenie, że cokolwiek jest tu robione na siłę (to raczej żaden spoiler – chodzi mi o jedną z pierwszych scen, podczas której obserwujemy przypadkowy seks Daniela ze studentką psychologii). Wszystkie elementy układanki doskonale pasują do całości – również, jeżeli chodzi o świetnie zrealizowane ujęcia z imprez.

W Bożym Ciele ciężko się do czegoś przyczepić – to obraz rewelacyjnie zrealizowany pod względem technicznym, ale również po prostu dający do myślenia. Wrażenie, jakie wywarła na mnie jedna z ostatnich scen, mogę porównać chyba tylko ze słynnym Nieodwracalnym Gaspara Noego. Ten film ciężko wyrzucić z głowy. Ciężko o nim zapomnieć, choć z drugiej strony Boże Ciało nie daje przecież żadnych jednoznacznych odpowiedzi. Komasa nie wyrywa się z wydawaniem sądów na temat kondycji współczesnego społeczeństwa, tak jak robi to chociażby Parasite. On po prostu dokumentuje historię. Historię, która urzeka bardziej niż, nie boję się tego powiedzieć, jakikolwiek polski obraz powstały w ostatnich dwóch latach.

Jedyny rachunek, jaki Komasa chce nam wystawić po seansie, to rachunek sumienia
Zanim obejrzałem Boże Ciało, nie sądziłem, by w najbliższym czasie jakikolwiek film mógł powtórzyć sukces Idy. Jednak Komasa potrafi być przekonujący. Nawet jeżeli robi to poprzez postać pijącego piwo, bijącego się i uprawiającego seks fałszywego księdza. Bo ten nieksiądz przypomina nam o własnym winach, z jakimi musimy zmierzyć się już po seansie. Bez kamer i ekranu. Bez postaci, w którą można się wczuć. To przedstawienie musimy już doprowadzić do końca sami, bez Komasy i księdza Tomasza. To, jak to robimy, świadczy tylko o nas. Ale fakt, że robimy to tuż po filmie, świadczy o klasie Bożego Ciała.
Najważniejszym rywalem Bożego Ciała w walce o statuetkę będzie z pewnością Parasite. Koreański film docenianego już w Hollywood między innymi za Snowpiercera Bonga Jong-hoo. Film wymyka się ramom gatunkowym – jest po części komedią, po części dramatem, ale chyba przede wszystkim krytycznym spojrzeniem na rozwarstwiające się społeczeństwo. Jeżeli chodzi o wydźwięk, Parasite może przypominać zupełnie innego pod względem technicznym i tematycznym Jokera. Oba obrazy traktują w gruncie rzeczy o tym samym – wykluczonych jednostkach, które próbują odnaleźć się w podzielonym społeczeństwie.
O AUTORZE
Od kilku ładnych lat zawsze z uwagą śledzę nominacje do Oscarów i zmieniające się przewidywania bukmacherów (serio, to jest nieraz ciekawsze niż sama gala). Kiedy w 2015 roku za najlepszy film nieanglojęzyczny uznano Idę, ciesząc się z sukcesu Pawlikowskiego, pomyślałem jednocześnie, że przez najbliższych kilka lat dzieło z Polski raczej nie będzie miało szans powalczyć w tej kategorii. Myliłem się jednak; najpierw w gronie faworytów namieszała w 2019 Zimna wojna (zdobywając nominację aż w trzech kategoriach – to naprawdę było COŚ!), a teraz szansę na Oscara ma Boże Ciało. Bawił mnie i szokował jednocześnie Parasite, wzruszał Ból i blask, ale w mojej opinii filmem, który powinien zdobyć statuetkę w tej kategorii jest Boże Ciało. I to nie dlatego, że to film polski – nigdy nie byłem fanatykiem rodzimej kinematografii. Film Komasy to po prostu dzieło wybitne.
