- Kultowe polskie filmy, które z dumą możemy pokazać na Zachodzie
- Kanał
- Jak rozpętałem drugą wojnę światową
- Ziemia obiecana
- Popiół i diament
- Sanatorium pod klepsydrą
- Krótki film o zabijaniu
- Rękopis znaleziony w Saragossie
- Vabank
- Potop
- Faraon
- C.K. Dezerterzy
- Prawo i pięść
Prawo i pięść

- Reżyser: Edward Skórzewski i Jerzy Hoffman
- Rok produkcji: 1964
- Gatunek: western
- Gdzie obejrzeć: TVP VOD, Ninateka
„Najlepszy polski western”, „polskie »W samo południe«” czy „western jakich mało”. Tak wiele razy określano Prawo i pięść, tę niecodzienną perłę polskiej kinematografii, która lawiruje gdzieś między sztucznym teatralnym filmem kowbojskim a produkcją z niezwykle ogromnym ładunkiem emocjonalnym.
Gęsty klimat Prawa i pięści pochłania widza już od początkowych minut. Twórcy ukazują coś w rodzaju polskiego Dzikiego Zachodu, a ta nasza swojska konwencja jest cholernie przekonująca. Fabularne założenie filmu jest proste: główny bohater, Andrzej Kenig (Gustaw Holoubek), wraz z grupą szabrowników wybiera się na jeszcze niezabezpieczone, bezprawne, powojenne Ziemie Odzyskane. Protagonista prędko zdaje sobie sprawę, że trafił do bandy niezbyt przyjemnych bandziorów. Jak zachowa się w sytuacji, kiedy zrozumie, że jest zagrożony?
Znajdziemy tu odniesienia do wspominanego filmu W samo południe, a ja widzę tu także pewien hołd dla wielkiego Rio Bravo Howarda Hawksa. To ciekawy paradoks: nasz film, imitując klasyki, sam staje się produktem oryginalnym w swoim własnym kopiowaniu. W tym tkwi jego siła. I chociaż jest to western na Ziemiach Odzyskanych w czasach, kiedy nie było żadnego prawa, to zagraniczny widz z łatwością może przefiltrować go przez własną wrażliwość i obejrzeć… nieco bardziej kameralny western, w którym XX-wieczni kowboje używają języka polskiego. Nie znajdziemy tu źdźbła trawy z amerykańskiej prerii, ale ujrzymy polską architekturę. Nie zobaczymy Gary’ego Coopera, ale będzie nam dane obserwować szeryfa Holoubka w akcji. I to też jest cenne doświadczenie filmowe.
OD AUTORA
Od siebie dodam jeszcze jeden tytuł, który nie bardzo pasuje do powyższej listy, bo wymaga jednak większego tłumaczenia. Kiedyś, po odpowiednim wstępie nakreślającym sylwetki głównych aktorów czy twórczość reżysera, puściłem zagranicznym znajomym naszą arcyzabawną Seksmisję. Chociaż to klimat futurystyczny, to humor opiera się na polskich dialogach. Angielskie napisy nie do końca oddawały moc większości żartów. Film stopowałem co jakiś czas, tłumacząc część humorystycznych wstawek. Po trudnej drodze dotarliśmy do końca, ale sam film im się spodobał! Wychodzi na to, że nieraz to właśnie tłumaczenie jest kluczem do sukcesu. Do dziś wierzę, że Seksmisja jest przykładem, który warto prezentować zagranicznej publice.