Dlaczego gra, która zawodzi oczekiwania, wciąż sprawia mi naprawdę dużo frajdy?
Kontynuacje kultowych marek mają duży problem, żeby sprostać oczekiwaniom graczy. Ale czasem wystarczy spróbować przyjąć grę taką, jaka jest, by mieć dużo frajdy i nie skupiać się na niezrealizowanych obietnicach.
Każdy gracz patrzy na nową produkcję bardzo subiektywnie, nawet jeśli ten gracz jest dziennikarzem i ma obowiązek stosować nieco inny klucz do ocenienia danego tytułu. Bo są bardzo proste wytyczne, które składają się na to, czy gra jest dobra. Stabilność kodu, jakość oprawy audiowizualnej, realizacja (lub przekraczanie) gatunkowych założeń, optymalizacja i tym podobne, dosyć łatwe do zmierzenia rzeczy, są bardzo istotne. Ale jest też cała szuflada zmiennych, które w trudny do zdefiniowana sposób warunkują odpowiedź na pytanie „kiedy gra jest dobra?”.
Do zastanowienia się nad tym założeniem zainspirowała mnie długo oczekiwana druga część gry Vampire: The Masquerade – Bloodlines. 21 lat czekania na sequel to naprawdę bardzo dużo (faktyczny rok ogłoszenia prac nad Bloodlines 2 to 2019, ale 6 lat też można uznać za spory kawałek czasu). Wydana przez firmę Paradox gra borykała się z wieloma trudnościami w czasie produkcji, które kładły się cieniem na jej finalnym kształcie. A przecież zadanie było wystarczająco trudne od samego początku, bez tych dodatkowych problemów.
Wysoko zawieszona poprzeczka
Pierwsze Bloodlines, choć mocno niedoskonałe w dniu premiery w 2004 roku, obrosło kultem i do dzisiaj jest uznawane za jedną z najlepszych komputerowych adaptacji Świata Mroku. Poza tym tytuł mocno stawiał na literki R i P w ramach bycia Role-Playing Game, a społeczność zakochana w całkiem dużej dawce swobody, jaką w grze zakodowali ludzie z Troika Games, przez lata tytuł rozwijała i usprawniała. Nowa gra ma więc do czynienia z kilkoma przeszkodami stojącymi na jej drodze do sukcesu: zabarwiony nostalgią upływ czasu, znaną markę z rzeszą oddanych fanów, rozwinięte mechaniki RPG u poprzednika i generalnie rosnące wymagania wśród współczesnych graczy. Bloodlines 2 miało pod górkę od samego początku, nic więc dziwnego, że konsensus brzmi „to nie jest dobra gra” – mieszane recenzje na Steamie (w dniu publikacji tekstu było to 55% ocen pozytywnych), odznaka „słabe” na Opencritic i oceny od graczy na poziomie poniżej 5/10 na Metacritic. Ale może jednak nie jest to gra zła?
W świecie popkultury jest mnóstwo dzieł uznanych przez większość za złe, które jednak potrafią dostarczyć odbiorcom dużo frajdy. Wszystko jest kwestią nastawienia. Niektóre produkcje są tak złe, że aż dobre (np. słynny The Room Tommy'eo Wiseau), inne są mocno niedoskonałe, ale jednak zyskały status kultowych (np. posiadający odpowiedni polski tytuł film Kult z Nicolasem Cage'em, czyli szalony remake horroru The Wicker Man). Wśród gier też trafiają się takie perełki (Deadly Premonition jest dobrym przykładem), ale czy akurat Bloodlines 2 jest właśnie taką produkcją?
Not great, not terrible
W pierwszą część Bloodlines zagrałem kilka lat po premierze, gdy była już trochę połatana, ale ostatecznie porzuciłem ją po kilku godzinach. Na „dwójkę” nie czekałem z wypiekami na twarzy, spokojnie śledziłem kolejne newsy o opóźnieniach i problemach. Nie zdziwiło mnie chłodne przyjęcie gotowego tytułu, ale mając na uwadze poprzednie dokonania studia deweloperskiego (The Chinese Room zrobiło m.in. Dear Esther, drugą Amnesię i Still Wakes the Deep) byłem bardzo ciekawy, jak poradzili sobie z otwartym światem i mechanikami RPG.
Okazuje się, że poradzili sobie średnio. Ani naprawdę źle, ani dobrze, ale gracze oczekujący głębokich erpegowych mechanik i pełnej życia mapy mieli prawo poczuć duży zawód. Jednak jeśli spojrzymy na Bloodlines 2 jako symulator chodzenia w wersji turbo, to robi się całkiem przyjemnie. Warstwa narracyjna jest bardzo dobra – fabuła wciąga, postacie na ekranie mają świetnie dobrane głosy i fajnie napisane historie, a podążanie do celu jest urozmaicone przyzwoitymi starciami z różnymi wrogami i zaskakująco przyjemnym bieganiem po dachach Seattle. Przy okazji warto ułatwić (czytaj: uprzyjemnić) sobie przechodzenie całej gry, wybierając niski poziom trudności, a także w zasadzie zupełnie pominąć powtarzalne i nieciekawe zadania poboczne. Jak w przypadku innych gier The Chinese Room, mięso jest w głównym wątku fabularnym, warto więc skupić się tylko na nim.
Co ma Bloodlines do Metroida?
To powyższe oczywiście stoi w kontrze do obietnic składanych przez wydawcę i sposobu, jaki gra była przedstawiana przez materiały marketingowe. Skoro miała to być gra RPG, to trudno by wszyscy doceniali ją za bycie czymś innym, bo nie jest rolą klienta szukanie wymówek. Mimo wszystko wziąłem pod uwagę różne okoliczności łagodzące i twierdzę, że Bloodlines 2 może zagwarantować frajdę.
Chcę tu jeszcze przytoczyć inny przykład gdy dobrej, która też cierpi na chorobę zbyt dużych oczekiwań i efektów zbyt długiego czasu produkcji. Metroid Prime 4 to dla mnie pierwszy kontakt z tą serią, nie śledziłem newsów o produkcji, nie czytałem o historii marki, chciałem po prostu zagrać w ładny, nowy „ekskluzyw” na moim Switchu 2. Gry jeszcze nie ukończyłem, ale zdążyłem się co nieco o Prime 4 dowiedzieć od anonimowych internautów. Podobno gra jest zbyt łatwa i ma denerwujących kompanów, którzy burzą klimat samotnego odkrywania nieznanych cudów w głębi kosmosu. Podobno w tej serii chodzi o poczucie zagubienia i zagrożenia. Tymczasem dla mnie, świeżaka, te elementy są okej, bo znam je dobrze z innych gier. Natomiast męczy backtracking i konieczność domyślania się co dalej (ale od czego są poradniki?). Jako całość gra mi się podoba, ma świetny klimat, lekko pachnący Mass Effectami, ale to też pokazuje, że te same elementy gameplayu można odbierać na różne sposoby, nawet jeśli obiektywnie nie są do końca zgodne z duchem serii czy gatunku.
Metroid Prime 4 to dobra gra. Bloodlines 2 też mi się spodobało, to również jest dla mnie dobra gra. Oczywiście zawiera ona sporo niedociągnięć (optymalizacja jest taka sobie, świetne dialogi tracą przez nudną i nieruchomą ich prezentację w świecie gry, a ciągłe bieganie tam i z powrotem po zaśnieżonym Seattle sprawia, że zaczyna brakować opcji szybkiej podróży), ale największe grzechy tej produkcji wynikają ze zbyt buńczucznych zapowiedzi wydawcy, ze zbyt wysokiej ceny i próby zaczarowania rzeczywistości. A to z kolei wymaga od graczy wykonania kilku umysłowych fikołków, żeby cieszyć się taką produkcją.
Pewnie lepiej byłoby, gdyby Bloodlines 2 nie było kontynuacją kultowego poprzednika, a po prostu spin-offem w ramach świata Vampire: The Masquerade, a gracze nie byli świadomi wszystkich przedpremierowych obietnic i problemów. Ale jeśli w spotkanie z grą włoży się minimum wysiłku i zacznie skupiać na rzeczach pozytywnych, nawet ze średniaka można wycisnąć 20 godzin solidnej zabawy. Innymi słowy, czasem warto przyjąć grę taką, jaka jest, a nie taką, jaką mogła być.



