Rzeczywistość

Przy Obcym – ośmym pasażerze Nostromo pracował H.R. Giger i Dan O’Bannon, film reżyserował jednak niezwiązany z Diuną Ridley Scott. Ale po sukcesie jego kosmicznego horroru do Scotta odezwał się producent Dino de Laurentiis i zaoferował mu stworzenie własnej adaptacji powieści Franka Herberta, do której scenariusz miał napisać sam pisarz. Reżyser zgodził się, ale porzucił projekt po siedmiu miesiącach produkcji z powodu śmierci swojego brata. Zamiast tego wziął na warsztat znacznie krótszą książkę – Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? Philipa K. Dicka – i przerobił ją na kolejną klasykę kina science fiction, Łowcę androidów. Filmu, którego kontynuację nakręcił w 2017 roku... Denis Villeneuve, reżyser tegorocznej Diuny.
Obcy to chyba najwyraźniejszy przypadek filmu, który nie powstałby, gdyby nie projekt Jodorowskiego. Sam reżyser twierdzi jednak, że gdyby tylko udało mu się dokończyć Diunę, jej wpływ na kino byłby absolutnie rewolucyjny. Chilijczyk w wywiadach na temat tego obrazu często określa się wręcz jako narzędzie w rękach mistycznych sił, które kierowały nim, by odmienił oblicze dziesiątej muzy, a jego misja nie powiodła się tylko przez krótkowzroczność skąpych producentów. Być może to prawda; być może tak ambitne, bezkompromisowe i kreatywne przedsięwzięcie rzeczywiście wprowadziłoby kino w zupełnie nową erę. Być może stanowiłoby ostateczny mariaż pomiędzy rozrywką i artyzmem, być może uczyniłoby Jodorowskiego prawdziwym mesjaszem współczesnej sztuki.
„Potrzeba było szczypty szaleństwa, by to zrobić. Nie możesz mieć arcydzieła bez szaleństwa. Pink Floyd? Dali, Orson Welles i inni! Może Diuna miała w sobie zbyt wiele szaleństwa? Ale film, który go w sobie nie ma, nie podbije całego świata.”
Michel Seydoux

Znacznie bardziej prawdopodobny wydaje się jednak inny scenariusz. Scenariusz, w którym Jodorowsky, fanatycznie oddany swojej wizji, tworzy film o skali całkowicie przerastającej technologiczne możliwości tamtych czasów, pełen manieryzmów charakterystycznych dla niezależnego, artystycznego kina, zrozumiały dla garstki osób. Jego wymarzona Diuna – trwająca kilkanaście godzin, przypominająca narkotyczny odlot – pewnie zyskałaby status produkcji kultowej, ale trudno sobie wyobrazić, by nie stała się komercyjną porażką. Porażką, która dałaby wytwórniom doskonały pretekst, by nadal traktować kino science fiction jako niszę, w której można wyłącznie utopić duże pieniądze. Mantrą producentów stałoby się: „Nie chcemy następnej Diuny”. Film nigdy nie doszedł jednak do skutku, a niedługo po jego upadku na srebrny ekran trafiły Gwiezdne wojny i rozbiły bank.
Diuna z lat 70. – ta, która powstała w wyobrażeniach kinomanów, w mesjanistycznych wizjach Jodorowskiego, w grafikach koncepcyjnych – to zdecydowanie najwspanialsza możliwa wersja tego filmu. Szalonego przedsięwzięcia, o którym lepiej jest śnić, niż kiedykolwiek je zrealizować. Tym bardziej jeśli dostaliśmy dzięki niemu Gwiezdne wojny, Obcego czy The Incal. A twórcy Diuny mogą zasłużenie przypisać sobie tytuł autorów najlepszego filmu, jaki nigdy nie powstał... I pewnie tak właśnie jest najlepiej.
