Czekałem 6 lat na tę strategię o II wojnie światowej, teraz Early Access wystawia moją cierpliwość na próbę
Po zachwycającym demie Task Force Admiral z niecierpliwością odliczałem dni do startu wczesnego dostępu. Jednak to, co otrzymałem, nie tylko pozostawia spory niedosyt, ale sprawia, że zaczynam poważnie martwić się o przyszłość tego projektu.
Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Task Force Admiral, byłem zachwycony. Hardkorowa gra strategiczna o działaniach lotniskowców na Pacyfiku to motyw, który na papierze miał gigantyczny potencjał. Produkcja już po pierwszych zapowiedziach wyróżniała się wręcz fanatyczną dbałością o detale historyczne, połączoną z oprawą graficzną, która w tym gatunku (zazwyczaj z braku budżetu) jest traktowana po macoszemu.
Czekałem, czekałem i w końcu w 2025 roku doczekałem się dema. W jednym scenariuszu – Morze Koralowe 1942 – mogliśmy poprowadzić amerykański zespół Task Force 17 (z USS Yorktown i USS Lexington) przeciwko Japończykom. I tak, ten wycinek gry rzeczywiście dostarczył ładną, jak na strategię, grafikę. Teraz mam jednak wątpliwości, czy całość nie znuży.
Wojenny spektakl
Gameplay w dużym uproszczeniu wygląda tak: ustawiamy patrole CAP, wysyłamy zwiadowców, a jeśli wróg zostanie wykryty – organizujemy atak. Jeśli nie – modlimy się, by nasza obrona przeciwlotnicza dała radę. Podziwianie tego spektaklu na pewno ucieszy pasjonatów historii. Obserwowanie Wildcatów wyjeżdżających windami na pokład czy bombowców Dauntless wznoszących się o wschodzie słońca robi piorunujące wrażenie. Lądowanie maszyn to też widowisko, jasnym jest, że podlegają one skomplikowanemu modelowi fizycznemu, a nie latają „po sznurku”.
Problem w tym, że w momencie samego ataku czy obrony wpływ gracza na wydarzenia zostaje drastycznie ograniczony. Bezradność jest tutaj elementem doświadczenia: jesteś admirałem, wydałeś rozkazy, teraz patrzysz. Ta pasywność nie przeszkadzała mi w darmowym demie, ale we wczesnym dostępie, za który trzeba zapłacić 116 zł, zaczyna nieco uwierać.
Obecna wersja oferuje zaledwie dwa scenariusze (Morze Koralowe i Midway) plus ich warianty oraz prosty generator bitew. Po ograniu tych historycznych starć zacząłem mieć wątpliwości. Taktyczne bitwy lotniskowców są z natury powtarzalne. Nie dziwię się, że królem gatunku wciąż pozostaje Gary Grigsby's War in the Pacific z 2009 roku, gdzie podejmujemy decyzje strategiczne i logistyczne. Task Force Admiral bliżej jest do starego, genialnego Carriers at War (1991) od SSG (co widać choćby po interfejsie organizowania misji poszukiwawczych), ale tamta gra oferowała całą wojnę i możliwość gry Japonią. Tutaj Japonia jest niegrywalna i ma się pojawić dopiero w hipotetycznym „vol. 2”.
Jak ma wyglądać kampania?
Twórcy Task Force Admiral są świadomi, że kampania strategiczna jest potrzebna, przy czym nie będzie tutaj całej osobnej warstwy na mapie. Bitwy będą generowane dynamicznie w oparciu o istniejący silnik, zachowując historyczny trzon sił, ale z uwzględnieniem konsekwencji naszych działań – to, co stracimy w jednym starciu, nie odrodzi się magicznie w kolejnym. Pomiędzy potyczkami przyjdzie nam podejmować kluczowe decyzje strategiczne: od wyboru kolejnych celów, przez zarządzanie logistyką i rotowanie zmęczonych eskadr, aż po przydzielanie dowódców oferujących bonusy konkretnym zespołom. Brzmi to jak sensowny, „półlosowy” system kampanii roku 1942, który mógłby zapewnić tej grze nieskończoną regrywalność, której tak teraz brakuje. Jest to jednak na tym etapie wciąż tylko koncept i pytanie „czy to wystarczy” jest dla mnie najbardziej palące.
Kryzys tożsamości: strategia czy Battlestations?
Twórcy, chcąc urozmaicić wspomnianą pasywność, posłuchali graczy tęskniących za zręcznościowym Battlestations: Midway. W efekcie, jako jeden z celów kampanii na Kickstarterze, dodano możliwość przejmowania bezpośredniej kontroli nad myśliwcami czy artylerią pokładową.
Mam jednak nieodparte wrażenie, że ta mechanika została zrealizowana „na doczepkę”. Sterowanie jest toporne i nie daje satysfakcji, a cały ten segment wydaje się nie pasować do pierwotnego, strategicznego konceptu gry. Kolejną nowością ma być sterowanie samymi okrętami podczas nocnych starć (twórcy przywołują tu Guadalcanal), co ma zadowolić fanów Task Force 1942. Pytanie tylko, czy próba bycia wszystkim naraz nie zaszkodzi temu projektowi.
To będzie długi Early Access
Wczesny dostęp Task Force Admiral cierpi na bolesny brak zawartości, szczególnie w zestawieniu z tym, jak wiele oferowało darmowe demo. Co gorsza, gra nie posiada obecnie edytora scenariuszy. Nie będziemy więc mieli do czynienia z sytuacją znaną z Sea Power, gdzie to społeczność produkuje gigantyczne ilości treści, utrzymując tytuł przy życiu.
Dochodzimy do sedna: dobry Early Access powinien budować zaufanie. Tymczasem w tym przypadku budzi on we mnie obawy, czy projekt w ogóle zostanie ukończony w rozsądnym czasie, biorąc pod uwagę, że o grze słyszymy od 2019 roku. Wszystko wskazuje na to, że mój kolega redakcyjny, Przemek Bartula, może mieć rację w swojej brutalnej diagnozie:
Kupiło to te kilka tysięcy starych dziadów jak ja, a teraz będą czekać 5 lat na grę i jarać się kolektorką - o ile ta w ogóle kiedyś dojdzie.
Task Force Admiral jest dostępne na Steamie; do 10 lutego w cenie 116,10zł, a po zakończeniu promocji za 129,00zł. Na ten momement 72% z 50 recenzji użytkowników to opinie pozytywne.




