Postapokaliptyczny survival horror nie trafił na pecety, ale miłośnicy blaszaków chyba nie mają czego żałować, bo nawet dinozaury nie uratowały tego exclusive'a PS5.
PlayStation 5 rozpoczyna rok w niezbyt wybitnym stylu – z tytułem ekskluzywnym zbierającym cięgi od recenzentów i graczy.
Popularny żart głosi, że na „piątym” PlayStation nie ma gier, co oczywiście jest ogromną przesadą. Jednakże pierwszy „exclusive” Sony w tym roku raczej nie pomoże w przełamaniu tego stereotypu.
Code Violet to tytuł, który budził mieszane emocje jeszcze przed premierą. Sama koncepcja była intrygująca: postapokaliptyczny survival horror w klimatach science fiction i podróżami w czasie jako kontrowersyjnym rozwiązaniem względnie przyziemnego problemu zagrażającego przetrwaniu ludzkości. Dodajmy do tego dinozaury – których wielu osobom wyraźnie brakuje, bo poza pomniejszymi „indykami” i sieciowymi survivalami prehistoryczne gady są niemal równie wymarłe w grach, co w rzeczywistości – i łatwo zrozumieć, czemu tytuł przyciągnął uwagę graczy.
Sęk w tym, że entuzjazm internautów studzili sami twórcy. Dla przypomnienia: studio TeamKillMedia zrezygnowało z debiutu na pecetach. Nie z obaw o piractwo, lecz niechęci do „modowania wulgarnych wersji głównych bohaterów”. Powód może i poniekąd zrozumiały, ale nie dla graczy, których irytację podsycił fakt, że wcześniejszy gameplay nagrano na PC.
Wygląda jednak na to, że pecetowcy nie mają czego żałować. Pierwsze recenzje Code Violet nie tylko nie są pełne pochwał, ale wręcz czynią z Kodu fioletowego wczesnego kandydata do najgorszej gry roku.
W porządku, bądźmy uczciwi: metascore 32/100 i średnia z not z recenzji zebranych w OpenCritic na poziomie 40% to za mało (za dużo?), by „dzieło” TeamKillMedia było kandydatem do tytułu najgorszej gry wszech czasów. Niemniej to wciąż fatalny wynik dla produkcji, zwłaszcza że nawet najwyższa nota CV to 69/100 – i to wyraźny wyjątek, bo druga najlepsza nota to już 55/100.
Poza tymi dwoma ocenami na razie każdy inny recenzent wystawił ocenę poniżej 5/10. Również gracze nie przejawiają przesadnego entuzjazmu. W sklepie PlayStation Kod fioletowy ma ponad 2,8 tysiąca ocen… i średnią not 2,93/5.
Pół biedy, gdyby jeszcze dziennikarze mieli problem z warstwą techniczną i niedopracowaniem gry (a CV najwyraźniej ma sporo problemów, wliczając w to pracę kamery i zabójcze glicze), albo nawet grafiką (która, jak to ujęto w jednym tekście, wygląda dobrze z daleka, ale z bliska straszy jakością tekstur; aczkolwiek niektóre lokacje podobno robią wrażenie). Gorzej, że nawet po zignorowaniu wzmianek o niedoróbkach technicznych Code Violet nadal nie wybija się ani rozgrywką, ani fabułą, ani nawet stylem. Przynajmniej nie na plus.
Owszem, miejscami da się dostrzec potencjał Kodu fioletowego. Tyle że twórcom najwyraźniej zabrakło „wyobraźni” (i talentu), by z ciekawego pomysłu i solidnych inspiracji stworzyć tytuł: a) działający, nie tylko pod względem technicznym i b) mający jakąś tożsamość, która mogłaby przekonać nabywcę do zaciśnięcia zębów i przebrnięcia przez bugi, mało przerażających wrogów i scenariuszowe dziwactwa. Nawet klimat jest tu mocno niekonsekwentny, i to w wyraźnie niezamierzony sposób.
Aha, potrzeba tylko około 6 godzin na przejście gry. Gry, która, nadmieńmy, kosztuje 229 zł. Tak, to mniej niż trzeba zapłacić za kolosy AAA… ale dużo więcej, niż wynosi domyślna cena Helldivers 2 czy nawet Clair Obscur: Expedition 33 (nie mówmy nawet o „zbyt tanim” Hollow Knight: Silksong). Code Violet może mieć swoje chwile, ale te są zbyt nieliczne, a całość zbyt niedopracowana pod każdym względem, by być wartym zakupu.
Na marginesie: część recenzentów zwraca uwagę na stroje głównej bohaterki, które są… powiedzmy, że zabawne, lecz miejscami nieprzesadnie przyzwoite. Po prawdzie wpisuje się to w tradycje gatunku (na przykład w Dino Crisis można było odblokować „jaskiniowy” kostium dla Reginy) i w próżni trudno uznać to za faktyczną wadę… ale trochę dziwi w kontekście wspomnianego uzasadnienia braku wersji PC Code Violet.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google
OpenCritic

Autor: Jakub Błażewicz
Ukończył polonistyczne studia magisterskie na Uniwersytecie Warszawskim pracą poświęconą tej właśnie tematyce. Przygodę z GRYOnline.pl rozpoczął w 2015 roku, pisząc w Newsroomie growym, a następnie również filmowym i technologicznym (nie zabrakło też udziału w Encyklopedii Gier). Grami wideo (i nie tylko wideo) zainteresowany od lat. Zaczynał od platformówek i do dziś pozostaje ich wielkim fanem (w tym metroidvanii), ale wykazuje też zainteresowanie karciankami (także papierowymi), bijatykami, soulslike’ami i w zasadzie wszystkim, co dotyczy gier jako takich. Potrafi zachwycać się pikselowymi postaciami z gier pamiętających czasy Game Boya łupanego (jeśli nie starszymi).