Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Ninja Gaiden: Master Collection Recenzja gry

Recenzja gry 18 czerwca 2021, 16:30

autor: Przemysław Zamęcki

Gra we wszystko na wszystkim. Fan retro gratów i gier w pudełkach, które namiętnie kolekcjonuje.

Ninja Gaiden Master Collection - recenzja. Przy nich Dark Souls to bułka z masłem

Tomonobu Itagaki wielkim deweloperem był. Trzymał pieczę nad jednymi z najlepszych gier z gatunku slasherów w dziejach. Dziś mamy szansę ocenić, czy zawierający je pakiet Ninja Gaiden Master Collection jest nadal atrakcyjny dla współczesnego gracza.

Recenzja powstała na bazie wersji PS4. Dotyczy również wersji XONE

Jest takie japońskie przysłowie, które mówi, że to, co na początku wydaje się rajem, ostatecznie okazuje się piekłem. Nie będziemy rozkładać go na czynniki pierwsze, ale idealnie oddaje to, czym jest zestaw Ninja Gaiden Master Collection. Pierwsze spojrzenie nań obiecuje wiele – trzy gry z uznanej serii za stosunkowo niewielkie pieniądze. Kiedy jednak już skusisz się na zabawę, szybko przekonujesz się, czym jest nieustający ból palców, rosnąca frustracja i ciężka praca, by wykonać jakikolwiek krok naprzód. Piekielnie wysoki poziom trudności to znak rozpoznawczy dwóch pierwszych części serii proponowanych w tymże zestawie. Na ich tle jej trzecia odsłona to lekki wietrzyk zaledwie marszczący powierzchnię stawu.

Zanim przyszły „Soulsy”

PLUSY:
  1. dwie świetne gry w pakiecie;
  2. sprawiająca radość i stanowiąca nie lada wyzwanie mechanika walki;
  3. pomimo wielu lat na karku seria dobrze się zestarzała, a remastering wydobył z tych produkcji to, co najlepsze.
MINUSY:
  1. mimo wszystko szkoda, że to tylko najprostsza forma reedycji;
  2. trzecia część cyklu to zaledwie cień swoich wielkich poprzedników;
  3. niektórych zrazi archaiczny design poziomów.

No to Was przestraszyłem. Ale wbrew pozorom kieruje mną nie chęć napędzenia komukolwiek strachu, tylko zachęcenia do sięgnięcia po jedne z najlepszych slasherów w historii gatunku. A może nawet najlepsze, przynajmniej gdy nie myśli się o części trzeciej, stanowiącej już tylko popłuczyny po wcześniejszych arcydziełach, nad którymi czuwał Tomonobu Itagaki. Autor, który w okresie powstawania tych tytułów znajdował się u szczytu swych umiejętności kreatywnych. Jednak od czasu, kiedy w atmosferze skandalu przyszło mu rozstać się ze swoim zespołem, nie był już w stanie stworzyć nic godnego uwagi. Tymczasem studiu Team Ninja w końcu udało się pod nowym kierunkiem wyjść z deweloperskiego dołka dwiema świetnymi odsłonami serii Nioh. Produkcjami bardziej odpowiadającymi współczesnym trendom designerskim, podążającymi śladem tzw. „soulslike’ów”.

Zostawmy jednak temat „Soulsów” na razie z boku i przyjrzyjmy się bliżej Ninja Gaiden. Głównym bohaterem serii jest Ryu Hayabusa. Mieszkający w niewielkiej wiosce bohater pochodzi z klanu, który poprzysiągł chronić po wsze czasy pewien samurajski miecz otaczany kultem przez miejscowych. Pewnego dnia dochodzi jednak do jego kradzieży, a Ryu zostaje tym, który ma za zadanie go odzyskać. Tak rozpoczyna się pierwsza część serii. Jak sami widzicie, fabuła jest prosta i stanowi właściwie pretekst do tego, by przez kolejne kilkanaście godzin móc ciachać setki nawijających się pod katanę przeciwników. Tak jest w przypadku każdej odsłony tego cyklu. Opowieść nie ma tu większego znaczenia. Bardziej liczy się radość z sieczenia wrogów. A ta okazuje się nieziemska!

W dziewiątym kręgu piekła...

Pierwsze Ninja Gaiden zestarzało się najmocniej, ma archaiczną budowę poziomów i najsłabszą oprawę wizualną, ale pod względem mechaniki walki to wciąż maestria projektowania. Byłem nauczony przez inne znane slashery tamtej epoki szybkiego mashowania przycisków pada i walki ofensywnej. Dlatego Ninja Gaiden Sigma już w prologu stanowiło dla mnie wyzwanie niemal nie do przejścia. Dynamika starć jest tu zupełnie inna niż u konkurencji. Wolniejsza, bardziej taktyczna. Wymagająca o wiele więcej uwagi, ale w ostatecznym rozrachunku oferująca przeogromną satysfakcję, kiedy już uda się pokonać drogę do następnej kapliczki. Bo tu jakikolwiek progres trzeba odmierzać właśnie w ten sposób – od kapliczki do kapliczki, które są jedynymi miejscami pozwalającymi zapisać stan gry. Żadnego odnawiania zdrowia. Ryu może regenerować się jedynie za pomocą odnalezionych eliksirów – żadnych „darmowych” ułatwień tu nie znajdziemy. Co więcej, często poza samą walką musimy poszperać trochę, w całkiem sporych nieraz lokacjach, i poszukać jakiegoś przedmiotu, który w połączeniu z innym odblokuje coś wartościowego.

Warto również dodać, że Ryu nie jest jedynym grywalnym bohaterem. Wraz z rozwojem fabuły gracze wcielają się również w jednego z herosów występujących w serii Dead or Alive, z którą Ninja Gaiden dzieli to samo uniwersum. Także w pozostałych częściach pojawiają się grywalne postacie z tego cyklu bijatyk, stanowiąc całkiem sympatyczny przerywnik w zabawie i dodając nowe rodzaje broni do wykorzystania. Nie samą kataną i shurikenami ninja żyje.

TWOIM ZDANIEM

Na jakim poziomie trudności grasz zazwyczaj?

Normalnym
62,1%
Trudnym
22,8%
Łatwym
15,1%
Zobacz inne ankiety
Recenzja gry Chernobylite - polski STALKER na miarę naszych możliwości
Recenzja gry Chernobylite - polski STALKER na miarę naszych możliwości

Recenzja gry

Polska gra Chernobylite to niezwykle klimatyczny powrót do czarnobylskiej Zony. Na dodatek intryguje fabułą, wyborami i daje dużo swobody podczas rozgrywki. Czy więc fani kultowego STALKER-a mają powody do świętowania?

Recenzja gry Zelda: Skyward Sword HD - świetna gra, ale nie dla każdego
Recenzja gry Zelda: Skyward Sword HD - świetna gra, ale nie dla każdego

Recenzja gry

Możecie nie pamiętać, ale Zelda: Skyward Sword to równolatek Skyrima. Dzisiaj odświeżona wersja tego klasyka dostępna jest na Nintendo Switch. Czy warto po nią sięgnąć? Tak, ale...

Recenzja Ratchet & Clank: Rift Apart - dziewiąta generacja zaczyna się teraz
Recenzja Ratchet & Clank: Rift Apart - dziewiąta generacja zaczyna się teraz

Recenzja gry

„Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”, napisał kiedyś Stan Lee, wkładając te słowa w usta wujka Bena. Dziś to samo można powiedzieć o PS5 i pierwszym prawdziwie nextgenowym tytule, który wychodzi spod ręki prawie niezawodnego Insomniac Games.