Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Wolfenstein II: The New Colossus Recenzja gry

Recenzja gry 26 października 2017, 13:01

autor: Draug

Gracz, fantasta, bibliotekarz. Entuzjasta dobrych opowieści, intensywnych strzelanin i samochodówek.

Recenzja gry Wolfenstein II: The New Colossus – mocarny kolos

Wolfenstein II wreszcie nadciągnął, by zająć należne mu miejsce w panteonie strzelanek. B.J. Blazkowicz sieje popłoch wśród rywali i nie bierze jeńców… choć w jego duszy zaszła pewna subtelna zmiana.

Recenzja powstała na bazie wersji PC. Dotyczy również wersji PS4, XONE

PLUSY:
  1. fantastyczna mechanika strzelania;
  2. dość długa i bardzo zróżnicowana kampania z wieloma ciekawymi aktywnościami pobocznymi;
  3. niezwykle klimatyczna wizja przedstawionego świata;
  4. interesująca fabuła z dużą liczbą świetnych cut-scenek;
  5. kapitalna muzyka, mistrzowsko nagrane dialogi;
  6. sporo większych i mniejszych usprawnień oraz innowacji w stosunku do poprzedniego Wolfensteina (chociażby grafika).
MINUSY:
  1. przeciwnicy mogliby być bardziej rozgarnięci;
  2. garść problemów technicznych;
  3. niektórych może zaboleć, że klimat jest lżejszy i mniej „wolfensteinowy” niż w The New Order.

Uff... Dokończywszy Wolfensteina II, z ulgą zawiadamiam, że nieszczęsne pierwsze półtorej godziny rozgrywki nie okazało się reprezentatywne dla całokształtu kampanii. Ostatecznie MachineGames nie umieściło w swoim najnowszym dziele zbyt wielu pożałowania godnych fragmentów, takich jak ten, o którym pisałem w recenzji „w przygotowaniu”... Nie wiecie, o czym mówię? Już tłumaczę.

Mój pierwszy kontakt z Wolfensteinem II to była niemal katastrofa. Uruchamiając ten tytuł, zacierałem ręce na myśl, że oto wreszcie mam przed sobą sequel jednej z najlepszych strzelanek, w jakie kiedykolwiek grałem. Półtorej godziny później na mojej twarzy malowało się coś pomiędzy zdumieniem a zażenowaniem. W życiu bym się nie spodziewał, że mroczna, bądź co bądź, opowieść z The New Order w kontynuacji zrobi zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i przeistoczy się w groteskowy kabaret. Że polany tarantinowskim sosem wojenny dramat zmieni się w szopkę, w której jakikolwiek tragizm rozmywa się w gąszczu infantylnych żarcików i sytuacyjnych absurdów (przesadzonych nawet jak na Wolfensteina).

Niemniej zacisnąłem zęby i grałem dalej, pocieszając się, że przynajmniej strzelanie stoi w The New Colossus na tak samo wysokim poziomie jak poprzednio. Na szczęście okazało się, że z czasem również pozostałe elementy tytułu zaczęły wjeżdżać na właściwe tory. Po tych niefortunnych 90 minutach wstępu gra szybko podniosła się z kolan, a na mojej twarzy znów zagościł uśmiech, wywoływany coraz pewniejszą refleksją, że to jednak jest Wolfenstein, na jakiego czekałem – godny sequel jednego z najlepszych FPS-ów, w jakie kiedykolwiek grałem. I to przeświadczenie nie opuściło mnie przez kolejne 20 godzin, aż do samego finału opowieści. Nawet jeśli po drodze zdarzyły się jeszcze ze dwa małe zgrzyty.

Wdech. Policz do czterech. Wydech

Na wstępie muszę jasno zaznaczyć jedną rzecz – to nie jest gra dla osób, które nie miały styczności z The New Order. Ten sequel jest tak bezpośredni, że bardziej już chyba się nie da. Akcja rozpoczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym urwała się w „jedynce”, i rusza dalej tak, jakby od poprzedniego odcinka opowieści minął tydzień (niczym w telewizyjnym serialu), a nie bite trzy lata. Oczywiście studio MachineGames nie zapomniało o tym „detalu” i przygotowało filmik, który streszcza fabułę pierwszej części – ale i tak osobie niezaznajomionej z wcześniejszą odsłoną cyklu wydarzenia rozgrywające się w „dwójce” mogą wydać się cokolwiek niejasne, pozbawione właściwego kontekstu.

Za to fani od pierwszych chwil poczują się jak w domu – nie licząc wspomnianych zawirowań z klimatem. Jeśli bowiem The New Order zapamiętaliście jako raczej ciężką grę, w której humor tylko nieznacznie rozjaśniał ogólnie mroczną atmosferę, The New Colossus może Was nieco nieprzyjemnie zaskoczyć. Wprawdzie przygnębiających czy nawet szokujących scen nadal jest tu niemało (zwłaszcza że twórcy bardziej odważnie przedstawili np. kwestię Żydów), jednak całość ma teraz mniej pesymistyczny wydźwięk przez to, że zwiększono liczbę komicznych wstawek, bohaterowie zrobili się bardziej heroiczni i „cool”, a świat pokazano w jaśniejszych barwach. Poza tym przeniesienie akcji do Ameryki sprawiło, iż w grze zabrakło tak „wolfensteinowych” elementów jak ponure zamczyska czy okultyzm sięgający do średniowiecznych legend.

Recenzja gry Wolfenstein II: The New Colossus – mocarny kolos - ilustracja #1
Twórcy garściami czerpali z amerykańskiej kultury lat 60. Ku Klux Klan, rasizm i teorie spiskowe wokół UFO w Roswell - wszystko tu jest, tworząc wybuchową mieszankę.

Niemniej, jeśli zaakceptujecie te zmiany, nie pożałujecie. Wizja świata opanowanego przez Niemców jest równie spójna i przejmująca jak w poprzedniej części, zaś fabuła nadal stanowi bardzo mocny składnik gry. To wciąż absolutna pierwsza liga wśród tytułów akcji, a największa w tym zasługa doskonale wyreżyserowanych cut-scenek. Tutaj nawet zwykły dialog – np. odprawa przed misją – przykuwa uwagę dzięki świetnym tekstom, w czytanie których aktorzy głosowi włożyli dużo serca, a także za sprawą efektownej pracy kamery, dynamicznego montażu, no i wyśmienitej oprawy muzycznej. Mick Gordon znowu spisał się na medal, komponując ścieżkę dźwiękową. Poza tym swoje robią oczywiście postacie – trudno się nudzić, gdy przed „kamerą” występują tak barwni, obdarzeni wyrazistymi charakterami bohaterowie, między którymi jest mnóstwo chemii... i tarć.

Co zaś najlepsze, tej pierwszorzędnej fabularnej treści jest w grze bardzo dużo. Występuje tu jeszcze więcej przerywników filmowych niż w The New Order, do tego są one ładniej wykonane i dłuższe (dla kogoś, kto nie oczekuje od tego tytułu niczego ponad rozwałkę, pewnie za długie). Rozmów i scenek nie brakuje zwłaszcza na łodzi podwodnej, na którą wracamy pomiędzy misjami – można spędzić mnóstwo czasu, szwendając się po tym hubie i obserwując, jak żyją członkowie ruchu oporu. Z drugiej strony podczas kampanii zdarza się mniej etapów nastawionych stricte na eksplorację i/lub budowanie klimatu niż poprzednio – natomiast te, które są, zrywają czapki z głów. Nie będę wdawać się w szczegóły (czyt. spoilery), powiem tylko, że twórcy bardziej postawili na tak emocjonujące sekwencje jak pierwsze spotkanie z Frau Engel w The New Order (pociąg do Berlina), odchodząc częściowo od przemierzania kanałów pełnych zagadek środowiskowych.

Oceny redaktorów, ekspertów oraz czytelników VIP ?

Saint GutFree Ekspert 24 listopada 2017

(PC) Gdy The New Colossus skupia się na tym, co wychodzi deweloperom najlepiej – czyli radosnej, dynamicznej i niezwykle satysfakcjonującej rozwałce – od gry nie sposób się oderwać. Bronie o prawdziwej mocy, przemoc podkręcona na maksa i całe fale przeciwników dają mnóstwo efektownych momentów, po których człowiek ma ochotę sam sobie przybić piątkę. Ale niestety nie zdarzają się one wcale aż tak często. Misje mają dość nierówny poziom, fabuła – choć zdecydowanie bardziej absurdalna niż w The New Order – dalej potrafi traktować się zbyt poważnie, a nowe postaci czasem wypadają wręcz karykaturalnie.

7.5
Recenzja gry Watch Dogs: Legion - bardzo bezpieczna i grzeczna rewolucja
Recenzja gry Watch Dogs: Legion - bardzo bezpieczna i grzeczna rewolucja

Recenzja gry

Legion nie okazał się wcale taką wielką rewolucją, na jaką go kreowano – i moim zdaniem bardzo dobrze. Dostaliśmy niepozbawioną wad, ale całkiem kompetentną w swoim gatunku pozycję. Tylko i aż tyle.

Recenzja gry Ghostrunner - Polska cyberpunkiem stoi
Recenzja gry Ghostrunner - Polska cyberpunkiem stoi

Recenzja gry

Ukończyłem właśnie naprawdę świetną pierwszoosobową grę polskiego studia osadzoną w dystopijnym, futurystycznym mieście. I wcale nie mówię o Cyberpunku 2077 – jeszcze przed jego premierą czeka na Was znakomity Ghostrunner.

Recenzja gry Star Wars: Squadrons - VReszcie nowy X-Wing vs. TIE Fighter
Recenzja gry Star Wars: Squadrons - VReszcie nowy X-Wing vs. TIE Fighter

Recenzja gry

Star Wars: Squadrons przypomina, że pokazywanie uniwersum Gwiezdnych wojen z perspektywy pilota myśliwca to strzał w dziesiątkę. Szkoda tylko, że zabrakło nieco rozmachu i epickości.