Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon Disney+ TvFilmy

Filmy i seriale

Filmy i seriale 3 lutego 2022, 09:30

autor: Jan Tracz

Kultowe polskie filmy, które z dumą możemy pokazać na Zachodzie

Tym razem wyłowiliśmy trzynaście perfekcyjnych pereł z morza polskiej kinematografii. To takie tytuły, które z dumą moglibyśmy pokazać widzom na Zachodzie.

Filmy, które opisuje ta lista, wybieraliśmy, stosując pewny autorski klucz. Po pierwsze, zależało nam na wyborze klasycznych tytułów, dlatego też każdy z tych filmów powstał przed 1990 rokiem. Z tego powodu zabraknie tu filmów Pawła Pawlikowskiego, Wojciecha Smarzowskiego czy trylogii Trzy kolory Krzysztofa Kieślowskiego, tak bardzo przecież poważanej przez teoretyków filmu z Zachodu.

Po drugie, lista ta składa się z filmów „przystępnych” dla osoby, która nie ma pojęcia o polskiej kulturze lub jej historii. Zatem nie znajdziemy tu hermetycznych, PRL-owskich tytułów, takich jak kultowy Miś, Rejs czy Człowiek z marmuru. Darowaliśmy sobie nawet Psy Pasikowskiego, bowiem opierają się one na procesie transformacji, o którym raczej na świecie nikt nic nie wie. Oto trzynaście subiektywnie wybranych tytułów, które z dumą możemy pokazywać na Zachodzie.

Znachor

  1. Reżyser: Jerzy Hoffman
  2. Rok produkcji: 1981
  3. Gatunek: melodramat
  4. Gdzie obejrzeć: TVP VOD, TV

Nie trzeba być geniuszem czy pasjonatem polskiej kultury ani znać materiału źródłowego (książki Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z 1937 roku), by „poczuć” urok filmu Jerzego Hoffmana. To piękno i emocje, które co roku polscy telewidzowie przeżywają raz jeszcze na Wielkanoc lub Boże Narodzenie. Znachor jest rozprawą nad dobrem w człowieku. Hoffman zastanawia się, czy na tym świecie jest jeszcze ludzka przyzwoitość.

Kiedy Piotr Fronczewski wygłasza swoją wielką sentencję: „Proszę państwa, Wysoki Sądzie, to jest profesor Rafał Wilczur”, każdego bardziej uważnego widza porusza znaczenie tych słów. Są one ucieleśnieniem wszystkiego, na co – mniej lub bardziej świadomie – czekał główny bohater. Zanim jednak bohater Fronczewskiego rozpozna w nim Rafała Wilczura, nasz protagonista przez długi czas będzie żyć w nieświadomości… jako Antoni Kosiba. I to jest chyba moc tego tytułu. Hoffman, niczym Hitchcock w swoich wcześniejszych filmach, serwuje widzowi dramaturgię w postaci chwytu „ty wiesz, ale twój bohater już nie”. Mając szerszą perspektywę na wydarzenia filmowe, widz zaczyna zastanawiać się, co dokładnie stanie się w następnych częściach filmu. Czy Wilczur kiedykolwiek odzyska swoją tożsamość?

I chociaż dziś filmowi – może nieco z przekory – zarzuca się infantylność lub przesadzoną sentymentalność, to raczej nie ma osoby, która powiedziałaby wprost, że absolutnie nie zachęca do przynajmniej jednorazowego zapoznania się ze Znachorem. Produkcja ta należy do kanonu polskiego kina, więc godnie będzie reprezentować naszą kinematografię. A przy okazji jest to szansa na zapoznanie się z Polską lat 20. i 30. XX wieku czy poznanie dwóch stron ówczesnych realiów – film portretuje zarówno miasto, jak i polską wieś.