Zaraza, ci bohaterowie są cudowni!. Cień i kość to wzorowy przykład serialu fantasy
- Sorry, Geralt, ale Cień i kość pokazuje, jak powinien wyglądać dobry serial fantasy
- Zaraza, ci bohaterowie są cudowni!
Zaraza, ci bohaterowie są cudowni!

Jeśli o ulepszanie uniwersum Griszów chodzi, nie sposób nie wspomnieć o obsadzie. W Wiedźminie wiele decyzji twórców spotkało się z krytyką, a nawet z otwartym wyśmianiem przez fanów (wiem, co mówię, moderuję komentarze na naszym GOL-owym profilu na Facebooku, więc trochę się tego naczytałam po premierze). Henry Cavill jest dla mnie Geraltem idealnym, ale co do reszty obsady sama miałam pewne obiekcje – nie wszyscy zagrali równie przekonująco.
W Cieniu i kości nie potrafiłam znaleźć ani jednej osoby, która by mi nie pasowała do tego, jak wyobrażałam sobie bohaterów. Młodsza część obsady to w znacznym stopniu debiutanci, którzy poradzili sobie wyśmienicie. Ba, w przypadku Kita Younga pomyślałam wręcz, że ten aktor nie tyle zagrał Jespera, co sam stał się Jesperem. Wypadł niezwykle przekonująco, perfekcyjnie rozumiejąc naturę tego uzależnionego od hazardu rzezimieszka. Szczerze? W tym momencie nie potrafię przypomnieć sobie, jak wyobrażałam sobie książkowego Jespera przed serialem, dla mnie ma on twarz Kita i tak już zostanie.
Jak już jesteśmy przy Jesperze... w serialowym Wiedźminie relacja Geralta i Jaskra przywodziła na myśl Shreka i Osła; postać barda służyła jako humorystyczny przerywnik, a on sam nie miał za wiele głębi. Podobną parę spotykamy w Cieniu i kości – małomówny, skryty szef gangu Kaz i jego podwładny Jesper pokazują, że da się rozśmieszyć widza bez sprowadzania kogoś do bycia sidekickiem, jednocześnie pokazując prawdziwą więź między przyjaciółmi. Zdecydowanie brakowało mi tego w Wiedźminie.
Pisząc o Cieniu i kości, nie mogę nie wspomnieć o moim ulubionym generale Kiriganie, w książkach zwanym Zmroczem. Postać ta grana przez Bena Barnesa jest pełna charyzmy, a na ekranie widzimy jego całkowitą przemianę. Postaram się nie spoilerować, powiem tylko, że jest to bohater bardzo złożony, zaś Barnes perfekcyjnie oddał jego charakter i wewnętrzne rozdarcie.
W Wiedźminie twórcy zaserwowali naprawdę dobry wątek przeszłości Yennefer, rzucając więcej światła na to, co w książkach było jedynie wspomniane. Pamiętam jednak, jak dziwna była dla mnie scena, gdy zaraz po bolesnym zabiegu Yen wyszła odmieniona i piękna na bal, gdzie nie pokazała ani odrobiny słabości, nie skrzywiła się z bólu, nic. Stara Yen – bum! – nowa Yen. W Cieniu i kości także zagłębiamy się w przeszłość jednego z bohaterów – Zmrocza. Tutaj też obserwujemy przemianę. Tylko tu wypada ona tak wiarygodnie, tak stopniowo, że zaczyna nam się go robić szkoda. Widzimy, dlaczego jest taki, jaki jest, i zdajemy sobie sprawę, że nie wszystko jest czarno-białe. Punkt dla Cienia i kości.
Zmrocz wymarzony
Jeszcze zanim Netflix zapowiedział serialową adaptację Cienia i kości, fani marzyli o obsadzeniu znanego z Opowieści z Narnii Bena Barnesa w roli Zmrocza – świadczą o tym niezliczone obrazki na Tumblrze. Co zabawne, sama Leigh Bardugo oceniła kiedyś jeden z nich, mówiąc, że aktor zdecydowanie by się nadawał. Nadszedł rok 2019... i ogłoszono, że Zmrocza zagra nie kto inny, tylko Ben Barnes. Co mogę powiedzieć – marzenia się spełniają!
Wizualna uczta

Fun fact! Na zdjęciu po lewej stronie grupy Griszów stoi autorka książek. Pojawiła się w jednej ze scen serialu, by uściskać swoją bohaterkę – Alinę. Fioletowa kefta, blond włosy. Uroczy detal i dowód na to, jak blisko produkcji była Bardugo.
Pamiętam, jak podczas oglądania Wiedźmina strasznie rzucały mi się w oczy generowane komputerowo tła. Produkcja ta wyglądała momentami jak gra, i to nie w tym dobrym sensie. Można też przyczepić się do kostiumów – pamiętacie zbroje Nilfgaardu? Zresztą, co to za pytanie, tego się nie da zapomnieć. Recenzje jako jeden z minusów serialu wskazywały także słabe CGI. Sami twórcy chyba zauważyli ten problem, bo do drugiego sezonu zatrudnili dodatkową pomoc w tej materii – możemy więc liczyć na poprawę.
Cień i kość mimo mniejszego budżetu wygląda naprawdę dobrze. Moce Griszów robią wrażenie, a scen z nimi nie brakuje. Tylko w tych początkowych, kiedy Alina rozbrysła mocą słońca, CGI nie przypadło mi do gustu; przez resztę serialu poziom był naprawdę wysoki. To samo można powiedzieć o kostiumach – ręcznie haftowane kuloodporne kefty Griszów zachwycają, mundury żołnierzy Pierwszej Armii też wypadają wiarygodnie. Pochwała należy się również za scenografię i plenery – lokacje w Cieniu i kości są różnorodne, żadna z nich nie wydaje się pusta. Miasta tętnią życiem, Mały Pałac jest wystawny i pełen tajemnic, a wojskowe namioty wyglądają surowo tylko dlatego, że właśnie tak wyglądać powinny. Kolejny raz widać, że wizja autorki została w serialu bardzo dokładnie oddana – i kolejny raz zastanawiam się, czy netflixowy Wiedźmin nie byłby lepszy, gdyby Sapkowski postanowił poświęcić mu więcej uwagi.
OD AUTORKI
Zawsze miałam słabość do serii Young Adult. Kiedy w zeszłym miesiącu odkryłam Grishaverse, pospieszyłam się z lekturą książek, żeby zdążyć przed serialem. Pięć z nich przeczytałam w niecałe dwa tygodnie, dwie są jeszcze przede mną i już nie mogę się doczekać. Świat stworzony przez Leigh Bardugo wciągnął mnie bez reszty i zachwycił swoją wyjątkowością. Z niecierpliwością czekam na kolejne sezony serialu. Mam nadzieję, że wróci w nich Milo. Kto wie, ten wie.
