Geniusz kontra system - Jacek Karpiński i jego superkomputery PRL-u
Jacek Karpiński był wyjątkowy, ale nie był wyjątkiem. W rzeczywistości PRL-u podobnie stłamszono wielu innych zdolnych twórców. Jego życie to historia równie inspirująca, co smutna - z pewnością jedna z tych, które warto uchronić od zapomnienia.
Historia pełna jest przykładów wybitnych jednostek, których idee okazały się zbyt nowatorskie, by zostały zrozumiane i docenione za ich życia. Polski inżynier Jacek Karpiński nie pasuje jednak do tego opisu. W jego przypadku otoczenie rozumiało rewolucyjność jego pomysłów i często było pod wrażeniem ich innowacyjności. Sytuacja polityczna i rzeczywistość Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, w której przyszło mu pracować, skutecznie powstrzymały jednak jego zapędy i uniemożliwiły mu odciśnięcie trwałego piętna na międzynarodowej historii komputerów.
Zagłębiając się w dzieje branży informatycznej, bez trudu znajdziemy przykłady wizjonerskich idei, które położyły podwaliny pod wiele współczesnych czy rozwijanych dopiero dekady później rozwiązań. Za takimi projektami stał też Jacek Karpiński. Inżynier, który nie tylko marzył o przyszłości, ale chciał ją aktywnie kształtować. Człowiek, który tworzył urządzenia wyprzedzające swoją epokę. Czego dokonał? Dlaczego nie osiągnął więcej? Zapraszam w podróż w przeszłość, przybliżającą człowieka z pewnością zasługującego na pamięć i szczególne miejsce w historii nauki i technologii.
Wielki hart ducha i jeszcze większy umysł
Jest rok 1957. Trzydziestoletni Jacek Karpiński jest adiunktem w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk. Zainspirowany pomysłem Józefa Lityńskiego, który pracuje w dziale długoterminowych prognoz pogody Państwowego Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego, konstruuje wraz z zespołem inżynierów swoją pierwszą maszynę. Powstaje AAH – Analityczny Analizator Harmonicznych. Jeden z pierwszych komputerów zbudowanych w Polsce, oparty na 650 lampach elektronowych. Imponująca maszyna o rozmiarach wynoszących około 2 m x 2 m x 1,5 m.
TEKST PREMIUM
Treści premium mogą powstawać głównie dzięki Waszemu wsparciu jako czytelników serwisu GRYOnline.pl. Prace nad takimi materiałami wymagają więcej czasu i wysiłku, więc jeśli chcecie czytać podobnego rodzaju content oraz wspierać jakościowe dziennikarstwo, zachęcamy do wykupienia abonamentu.
Wykup Abonament Premium GRYOnline.pl
Więcej tekstów, których powstanie było możliwe dzięki Waszemu wsparciu, znajdziecie tutaj.
Ma za zadanie pomagać w analizie dużych zbiorów danych – obliczaniu całek Fouriera. Wyniki swoich działań pokazuje na ekranie. Jak sugeruje sam twórca, zwiększa skuteczność przeprowadzanych analiz o około 10%. Nim jeszcze prace nad tym urządzeniem zostają zakończone, Karpiński rozpoczyna swój kolejny projekt. W ten sposób niedługo później, bo już w 1959 roku, spod ręki jego zespołu wychodzi AKAT-1 – pierwszy na świecie tranzystorowy analizator równań różniczkowych. Urządzenie rewolucyjne na skalę światową, które potrafi wykonywać obliczenia w czasie rzeczywistym. Bez trudu radzi sobie z symulowaniem zmian, obrazowaniem prądów termicznych i wodnych czy modeli aerodynamicznych, które mogą być wyświetlane na ekranie. AKAT-1 może służyć na przykład do analizy przewodnictwa cieplnego.
Wrażenie potrafi zrobić nie tylko jego serce, zastosowane rozwiązania techniczne, ale również sama konstrukcja – jakże inna w porównaniu z większością projektów z tamtych lat. Zamiast dużej i nieporęcznej szafy mamy do czynienia ze zgrabną i łatwiejszą do przenoszenia obudową wykonaną z metalu, szkła i tworzywa sztucznego. Za tym projektem stoją pracownicy Zakładów Artystyczno-Badawczych Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie – Emil Cieślar, Olgierd Rutkowski, Stanisław Siemka i Andrzej Wróblewski.
To projekt, który najlepiej podsumowują i definiują słowa Pawła Giergonia, zajmującego się analizą różnych wytworów wzornictwa PRL. Tak opisywał dzieło Karpińskiego i jego współpracowników:
W historii rodzimego wzornictwa przemysłowego niewiele było przedmiotów, których projekt i wykonanie tak bardzo wyprzedziłyby obowiązujące wówczas mody i zasady. Niewiele jest również takich, które mimo upływu lat nadal pobudzają wyobraźnię i stanowią obiekt gorącego pożądania.
Oba wspomniane projekty sprawiają, że Karpiński zostaje wybrany przez PAN do reprezentowania Polski w konkursie młodych talentów techniki organizowanym przez UNESCO. Jako autor dwóch tak wyjątkowych konstrukcji bez trudu trafia do grona sześciu laureatów, którzy otrzymali nagrody – w jego przypadku jest to kilkumiesięczny staż w Stanach Zjednoczonych.
Tak wspominał tamto wydarzenie sam Jacek Karpiński w rozmowie z magazynem „CRN”:
W 1960 roku wygrałem konkurs młodych talentów techniki organizowany przez UNESCO. Wybrano sześć osób z dwustu krajów, z których każdy przedstawiał jednego kandydata. PAN przedstawił mnie. Profesor Groszkowski bardzo doceniał moje prace. Przecież te maszyny były pierwsze na świecie!
Przyjechała komisja, odbyłem z nią kilkugodzinną rozmowę. A po paru miesiącach przyszła informacja, że jestem jednym z sześciu zwycięzców. To było jak grom z jasnego nieba! Kiedy zapytano mnie, gdzie chcę studiować, wybrałem Harvard i Massachusetts Institute of Technology. W ciągu dwóch lat, które spędziłem w Stanach Zjednoczonych, otarłem się o światowe sławy. Poznałem profesora Edwarda Moore’a, Claude’a Shannona, Rossa Ashby’ego. ENIAC-a pokazywał mi sam John Eckert.
Polski inżynier obraca się wśród największych sław szybko rozwijającej się branży informatycznej, a jego trudny do przeoczenia talent sprawia, że jeszcze przed końcem pobytu w Ameryce otrzymuje wiele lukratywnych propozycji. Chcą go na prestiżowych uczelniach, jest zapraszany do współpracy przez największe firmy z sektora, takie jak np. IBM. Wszystkie te oferty Karpiński odrzuca, by wrócić do ojczyzny.
Tu należy się na moment zatrzymać, by wspomnieć o cesze, która bez wątpienia zdefiniowała życie polskiego konstruktora. Patriotyzm. Poczucie obowiązku i odpowiedzialności za kraj kierowało inżynierem już od czasów nastoletnich, czemu dał wyraz jeszcze w okresie II wojny światowej. Należał do Szarych Szeregów, gdzie zajmował się drobnym sabotażem. Służył w batalionie „Zośka”, z którym brał udział w wielu akcjach rozpoznawczych i bojowych, m.in. w akcji „Sieczychy”, w której zginął „Zośka”. Chciał wziąć aktywny udział w Powstaniu Warszawskim. To ostatnie uniemożliwiła mu rana kręgosłupa – postrzał, który otrzymał już pierwszej nocy. Był kompletnie sparaliżowany. Tylko dzięki pomocy lekarzy ocalał i został zabrany z Warszawy do Pruszkowa, gdzie trafił pod opiekę matki.
Tak wspominał kolejne trudne lata, w których wykazał się wielkim hartem ducha, by wrócić do zdrowia i zrobić coś ze swoim życiem:
Najpierw musiałem nauczyć się chodzić. Mama zabrała mnie do Krakowa, potem do Zakopanego. Chodziłem o dwóch laskach. Kiepsko mi szło to chodzenie. W 1945 roku poszedłem z bratem i przyjacielem Józiem Lityńskim w góry. Biwakowaliśmy nad Czarnym Stawem. Któregoś dnia poszedłem na grań Liliowe Turnie i wyrzuciłem jedną laskę. »Cholera« – pomyślałem. – »Dość tego! Będę chodził o jednej«. A po jakimś czasie poszedłem na Orlą Perć i wyrzuciłem drugą.
Z Zakopanego mama zabrała mnie i brata do Radomska. Tam zrobiłem maturę. Podczas okupacji zajmowałem się przede wszystkim wojskiem. Byłem zapisany do szkoły mechanicznej, ogrodniczej. Wtedy tylko takie działały. Ale nauka to była żadna. Sam więc uczyłem się w domu matematyki, fizyki, chemii, literatury i angielskiego. We wrześniu 1945 roku zdałem do liceum, przerobiłem dwuletni program w ciągu roku i zdałem maturę na samych piątkach. I dopiero potem była politechnika w Łodzi, a później w Warszawie. Naprawdę studiowałem, nie imprezowałem. Nie opuściłem ani jednego wykładu. A że miałem fenomenalną pamięć, do egzaminów wcale nie musiałem się uczyć.
Rozpoczynając naukowo-zawodową karierę, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ma wiele okazji przekonać się, że dla ustroju jest często wrogiem, szpiegiem, człowiekiem niewygodnym. Niewiele zmienia w tym zakresie jego współpraca ze służbami specjalnymi, na którą zgadza się pod określonymi warunkami. Jego pomysły, ale jednocześnie specyficzny styl bycia i sposób komunikowania się z innymi szybko przysparzają mu wrogów. Wrogów, którzy w późniejszych latach skutecznie utrudniają mu zrewolucjonizowanie informatyki.
Unikatowe pomysły
Po powrocie ze Stanów Zjednoczonych Jacek Karpiński dołącza do zespołu Pracowni Sztucznej Inteligencji w Instytucie Automatyki PAN, gdzie w 1964 roku powstaje kolejny rewolucyjny projekt – Perceptron. Samoucząca się maszyna zaprojektowana jako prosta sieć neuronowa, która może rozpoznawać otoczenie przy użyciu kamery. Umożliwia analizę obrazów dostarczanych przez zainstalowany obiektyw, co pozwala na identyfikację kształtów i cech charakterystycznych różnych przedmiotów.
Perceptron to była właściwie sztuka dla sztuki. Chodziło mi o to, żeby pokazać, że maszyna może rozpoznawać otoczenie i uczyć się. Perceptron był wyposażony w kamerę i system do analizy obrazu. Jeśli pokazało mu się na przykład trójkąt, był w stanie odnaleźć cechy charakterystyczne i zidentyfikować kształt niezależnie od tego, czy następny trójkąt, jaki mu pokazano, był mniejszy, większy, czy trochę zdeformowany.
W konstrukcji Perceptronu wykorzystano ponad 2000 tranzystorów, co czyni go jednym z pierwszych urządzeń tego typu opartych na technologii tranzystorowej, a nie powszechnie używanych w tamtych czasach lampach elektronowych. Coś podobnego powstało wcześniej na uczelni w Stanford, ale funkcjonowało na innych zasadach. Ze zrozumiałych względów o projekcie i jego autorze robi się głośno. Zainteresowanie w kraju i za granicą nie wszystkim się podoba, w tym bezpośrednim przełożonym konstruktora.
A w dyrekcji instytutu był profesor Stefan Węgrzyn, nieuk, kawał durnia, ale ubowiec. I profesor Węgrzyn nie mógł tego wszystkiego znieść. Zaczął mi robić różne świństwa, nie przyznawał środków na badania...
W efekcie Karpiński mówi dość i przenosi się do Instytutu Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie otrzymuje propozycję pracy od kierownika Katedry Cząstek Elementarnych – cieszącego się powszechnym szacunkiem profesora Jerzego Pniewskiego. Właśnie tam powstaje komputer KAR-65.
Instytut mierzy się z problemem braku odpowiedniego sprzętu, który pozwalałby na skuteczną analizę zdjęć i danych otrzymywanych od Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych, dotyczących badań nad cząstkami elementarnymi. Inżynier ma stworzyć urządzenie, które to umożliwi.
Ośmioosobowy zespół zabiera się do roboty i pomimo licznych przeszkód po 3 latach intensywnych prac prezentuje komputer KAR-65. Nowatorski z wielu względów. Zbudowany z polskich tranzystorów TG-40 i diod DOG-61, w sumie z 65 000 elementów, sterowany przez 5 automatów skończonych, bez tradycyjnego zegara, wyposażony w pamięć bębnową i własny system operacyjny.
Konstrukcja jest znacznie mniejsza od produkowanej w Polsce Odry – zajmuje dwie szafki o wymiarach 1,7 m x 1,4 m x 0,4 m i biurko potrzebne na interfejs. To znaczna różnica w stosunku do całych pomieszczeń potrzebnych na konkurencyjną maszynę. Przy tym wszystkim komputer jest dużo bardziej wydajny. Sam Karpiński mówi o pracy z prędkością 100 000 operacji na sekundę, podczas gdy Odra wykonywała ich... do 1000.
Odry pracowały parę razy wolniej i były przeszło trzydziestokrotnie droższe. KAR-65 kosztował 6 milionów złotych, a każda Odra – 200 milionów! Poza tym to była maszyna skonstruowana na całkiem innych zasadach niż wszystkie, które wtedy budowano. Zrobiłem maszynę ze zmiennym przecinkiem, asynchroniczną, bez zegara, sterowaną za pomocą pięciu układów automatów skończonych. To była kompletna nowość! Nikt tak wtedy nie robił.
Potężny, rewolucyjny, unikalny – dlaczego KAR-65 nie odniósł więc sukcesu? Jedną z przyczyn była właśnie rewolucyjność całej konstrukcji. Utrudniony dostęp do potrzebnych podzespołów i elementów zmusił Karpińskiego do szukania nietypowych rozwiązań. Jak podaje G. Shamot, autor bloga Wajkomp, przy produkcji obwodów drukowanych konstruktor skorzystał z pomocy zaprzyjaźnionego fotografa, a blaszki stykowe stworzył dla niego wytwórca kielichów mszalnych. Pewna grupa elementów pochodziła też z czarnego rynku.
Po KAR-65 Karpiński nie zamierza próżnować i szybko zabiera się do pracy nad kolejnym urządzeniem. Jeszcze na Uniwersytecie Warszawskim powstaje pierwszy projekt komputera K-202, który uznawany jest do dzisiaj za najważniejsze dzieło inżyniera.
Próbując rozpocząć rewolucję
Przez kilkanaście lat pracy Jacek Karpiński niejednokrotnie ma okazję, by udowodnić swój geniusz. Mimo to ustrój nie jest zbyt chętny, aby korzystać z jego wiedzy i umiejętności. Nawet kiedy twórca znajduje sojusznika, jak w przypadku profesora Pniewskiego, pewnych przeszkód nie udaje się łatwo pokonać.
Wymyśliłem modularną maszynę, jednostkę centralną wielkości dzisiejszego peceta, wyposażoną w pamięć stałą i operacyjną, do której można sobie doczepić 65 tysięcy modułów sterowania i wykonawczych. Coś kapitalnego na przykład dla przemysłu. U Pniewskiego jednak zbudować komputera już się nie dało. Instytut nie mógł dać na to pieniędzy.
Karpiński musi znaleźć inne miejsce pracy. Przestrzeń, gdzie dostałby szansę na realizację swojej rewolucyjnej wizji. Szybko okazuje się, że poważną przeszkodą jest fakt, że jest ona po prostu... zbyt rewolucyjna.
Na początku próbowałem zainteresować wojsko. Miałem znajomego pułkownika. Projekt bardzo mu się spodobał. Tylko kto to ma wyprodukować? Poszedłem do Zjednoczenia MERA i trafiłem tam na dyrektora Jerzego Huka. Huk uznał projekt za interesujący i powołał do jego oceny komisję pod kierownictwem Mareczka Greniewskiego – syna profesora Henryka Greniewskiego. Ojciec udawał cybernetyka, a syn – eksperta od elektroniki. Po paru tygodniach komisja stwierdziła, że projekt nie nadaje się do realizacji, bo technologii, jaką proponuję, nie ma i być nie może. Jakby mogła być, Amerykanie na pewno by ją już wykorzystywali. Jednym słowem: MERA mojej maszyny produkować nie chce.
Niespodziewanie koło ratunkowe rzucają inżynierowi w tej sytuacji Brytyjczycy, którym projekt pokazuje znajomy twórcy, handlowiec Howard Lord. Na Wyspach uznają komputer za najlepszą konstrukcję logiczną na świecie i proponują Karpińskiemu współpracę. Patriotyzm znów bierze jednak górę – pomimo oferowanych możliwości inżynier odmawia i wraca do kraju, by nadal szukać sposobu na realizację projektu w ojczyźnie.
Pomimo niesprzyjających warunków i wielu przeciwników udaje się znaleźć kompromis. Brytyjczycy mają odpowiadać za sprzedaż i marketing, finansować całe przedsięwzięcie, ale konstrukcja i produkcja będą odbywać się w Polsce. Zawarta zostaje umowa pomiędzy MERA i firmami Data-Loop oraz MB Metals. Powstaje Zakład Mikrokomputerów, którego Jacek Karpiński zostaje kierownikiem. Pełni też funkcję konsultanta dla kontrahentów z Anglii.
Pomysł przeradza się w działającą maszynę w ciągu roku. Prototyp z całym niezbędnym oprogramowaniem powstaje tak szybko głównie dzięki zapałowi i determinacji zespołu inżynierów, który stworzył Karpiński.
Trzonem zespołu byli: Ela Jezierska, Andrzej Ziemkiewicz, Zbysław Szwaj, Teresa Pajkowska, Krzysztof Jarosławski. Pracowaliśmy po 12–15 godzin na dobę, bez nich nie byłoby możliwe wykonanie K-202 z oprogramowaniem w ciągu jednego roku.
K-202 jest uznawany za konstrukcję wyprzedzającą swoją epokę, charakteryzującą się modularnością, wieloprogramowością, wieloprocesorowością, wielodostępnością oraz zdolnością do pracy w czasie rzeczywistym. Materiały reklamowe informują, że jego wydajność przekracza 1 milion operacji na sekundę, a czas międzyawaryjny wynosi aż 10 000 godzin.

Jak opowiada sam twórca, K-202 był zbudowany na bazie systemów małej i średniej skali integracji. Zastosowana nowinka, powiększenie pojemności pamięci przez adresowanie stronicowe, sprawiała, że pozostawiał w tyle każdego z konkurentów.
W Londynie, na wystawie w Olimpii, stały obok siebie: brytyjski Modular One, amerykańskie maszyny i K-202 – wszystkie 16-bitowe. I wszystkie miały 64 kilo pamięci, a K-202 – 8 mega!
Karpiński, w liście do I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka rysuje bardzo konkretne plany dla swojego dzieła. Celem jest uruchomienie wielkoseryjnej produkcji komputerów, co ma pozwolić na:
– pełne pokrycie zapotrzebowania krajowego poprzez zainstalowanie około 400 systemów K-202 w bieżącej pięciolatce przy zaoszczędzeniu ok. 2 miliardów zł, w porównaniu z dotychczasowymi planami,
– wyeksportowanie do k.k. około 2500 systemów K-202, co przyniesie około 50 milionów dolarów wpływu netto,
– osiągnięcie dużych, ale trudno wymiernych efektów gospodarczych stymulujących dalszy rozwój naszego kraju, poprzez wdrożenie do wielu dziedzin nauki, techniki, przemysłu, administracji itd. nowoczesnych i efektywnych metod pracy – wykorzystując szybkie, niedrogie komputery z dobrym oprogramowaniem,
– dołączenie do czołówki światowej w konstrukcji i produkcji środków informatyki, która jest systemem nerwowym współczesnego państwa, co jeszcze bardziej podniesie prestige Polski.
Inżynier jest gotów położyć na szali całą swoją pozycję zawodową i ponad dwudziestoletnie doświadczenie, zapewniając gotowość do realizacji planu. Jednocześnie zwraca się z prośbą o potrzebne środki inwestycyjne w wysokości 2 milionów dolarów i 180 milionów złotych, które zamierza zwrócić w okresie 2 lat.
Owe 2 lata okazują się symboliczne. Dokładnie tyle było potrzebne, by po Zakładzie Mikrokomputerów, Jacku Karpińskim i komputerze K-202 nie został ślad.
Liczą się układy
W PRL-u, mając przeszłość w Armii Krajowej i wrogów na każdym kroku, trudno osiągnąć cokolwiek. Karpiński dokłada do tego swoje bardzo bezpośrednie podejście, nic nierobiące sobie ze sztucznych autorytetów kreowanych przez ustrój. Dążąc do realizacji celów i wizji, nie boi się uczciwie oceniać pracy, wiedzy i doświadczenia innych oraz otwarcie wytykać wad funkcjonującego systemu. Staje do nierównej walki z przeważającą siłą, z którą nie ma szans wygrać.
We wspomnianym wcześniej liście do Edwarda Gierka w listopadzie 1971 roku Karpiński sygnalizuje przywódcy ogrom problemów, z którymi się mierzy. Nie uderza w konkretne osoby, ale jasno wskazuje, gdzie potrzebne są interwencje i zmiany, by mógł pracować na rzecz ukochanego kraju i przynosić Polsce chwałę. To musi oczywiście nie podobać się wielu jego przeciwnikom, jak również przysparzać mu kolejnych wrogów.
Niestety, muszę Wam zameldować, że borykam się ciągle z licznymi trudnościami pozamerytorycznymi, które opóźniają prace oraz wykańczają psychicznie i fizycznie mnie i wszystkich, którym rozwój naszej gospodarki naprawdę leży na sercu.
Są to:
– odwlekanie całymi miesiącami słusznych i koniecznych decyzji,
– wykorzystywanie gąszczu odrzecznych nieraz przepisów do blokowania efektywnych prac przez pewne wsteczne grupy ludzi,
– niemożliwość załatwiania czasem drobnych spraw, np. zaopatrzeniowych, mimo wysokich, wielomiesięcznych interwencji,
– narzucanie szkodliwych planów branżowych, resortowych i państwowych przez pewnych ludzi, za względów osobistych (najczęściej dla ochrony przed odpowiedzialnością lub kompromitacją za poprzednie działania) dla nadmiernego patriotyzmu lokalnego itp.
Karpiński nie musi jednak nic mówić, by realizacja projektu komputera K-202 została skazana na porażkę. Sama jego idea tworzy wystarczające pole do niechęci, brużdżąc w planach funkcjonujących przedsiębiorstw państwowych i wskazując słabości oferowanych przez nie produktów. Konstruowana przez wrocławskie Zakłady Elektroniczne Elwro Odra wypada blado na tle K-202, a to podaje w wątpliwość jakość zarządzania i funkcjonowania tego przedsiębiorstwa.
Tak tłumaczył to sam Karpiński:
Musieli mnie zniszczyć, bo ośmieszałem i Elwro, i IMM. Elwro zatrudniało 6 tysięcy ludzi, IMM – 700. I nie potrafili zrobić żadnej przyzwoitej maszyny. Żaby jakieś robili. Można sobie jeszcze obejrzeć w Muzeum Techniki. U mnie w 1973 roku pracowało raptem 200 osób. Przecież taki Huk wydawał na Elwro miliardy złotych! I nic z tego nie wychodziło. Ja robiłem rewelacyjne maszyny za grosze. To jakie on miał wyjście? Albo mnie zamknąć, albo zamknąć Elwro.
A że i w Elwro, i w IMM pełno było towarzyszy i ubowców, mieli odpowiednie dojścia, żeby mnie wykończyć. Ja przecież nigdy nie byłem w partii. Wszyscy wiedzieli, że jestem ustawiony bokiem. Dyrektorem Zakładu Mikrokomputerów zostałem tylko dlatego, że wymusili to Brytyjczycy.
[...]
A na początku 1973 roku członkowie dyrekcji Elwro zaprosili Jaroszewicza, który był wtedy premierem i pierwszym sekretarzem, i powiedzieli: – Towarzyszu premierze, ratujcie nas przed Karpińskim! On nas zniszczy ekonomicznie. On ma 200 osób i robi maszyny z zagranicznych części, a my zatrudniamy 6 tysięcy i robimy z polskich. I on ma 3 tysiące zamówień, a my nie mamy żadnego. U niego to kosztuje dolary, a u nas – złotówki!
Straszne świństwo polegało na tym, że Elwro też robiło Odry z zagranicznych komponentów. Wkład dolarowy w K-202 wynosił 1800 dolarów, a w Odrę – 30 tysięcy. To była przecież wielka maszyna i scalaków tam wchodziło od cholery. Za wszelką cenę starali się bronić własnej dupy.
W ten sposób Karpiński szybko traci pracę i szansę realizacji przełomowego w tamtym czasie projektu. Tułając się po różnych instytutach i co krok napotykając nieprzyjemne sytuacje, które tylko potwierdzają rzekome pogłoski, jakoby miał przypiętą łatkę „sabotażysty i dywersanta gospodarczego”, w 1978 roku inżynier rzuca wszystko i wyjeżdża na Mazury, by zająć się... hodowlą świń.
I takie życie też nie jest mu jednak dane. Kiedy po kilkunastu miesiącach dziennikarze wpadają na jego trop, wietrzą sensację. Robi się głośno, co nie stawia w dobrym świetle organów państwa i instytucji naukowych, więc pojawiają się próby przywrócenia Karpińskiego do pracy bliższej jego wiedzy i zainteresowaniom. Nic z tego jednak nie wychodzi. Sytuacja zaczyna się tylko bardziej komplikować, a sam Karpiński obawia się nawet o swoje życie. W końcu wyjeżdża z kraju i zaczyna pracować z dobrym znajomym Stefanem Kudelskim w Szwajcarii.

Zamykając ten rozdział historii konstruktora, wypada jeszcze zaprezentować kilka fragmentów z opublikowanego w miesięczniku „Informatyka” raportu komisji Kilińskiego o przedsięwzięciu K-202, który ukazał się w numerach 9–10 z 1981 roku.
W opisie charakterystyki technologicznej autorzy publikacji zwracali uwagę, że minikomputer K-202 był nowoczesny i charakteryzował się gęstością upakowania oraz lekką konstrukcją nośną. Jego konstrukcja mechaniczna nie zapewniała jednak odpowiedniej wytrzymałości ani technologii produkcji i obsługi. Oceniane rozwiązanie elektryczne zasilania nie zapewniało pewności pracy ani niezawodności, z kolei zbyt niska jakość wykonania i montażu nie dawała gwarancji poprawnej pracy po transporcie i wystarzeniu. Bazując na tych obserwacjach, członkowie komisji wskazali, że uruchomienie produkcji seryjnej wymagałoby wprowadzenia niezbędnych poprawek konstrukcyjnych, by podnieść walory technologiczne i umożliwić wzrost stopnia mechanizacji i automatyzacji prac montażowych i kontrolno-pomiarowych.
Mimo to komputer został uznany przez komisję za potrzebne uzupełnienie produkowanych w kraju komputerów ODRA 1300 i RIAD 32. Wśród jego potencjalnych zastosowań wymieniano chociażby automatyzację sterowania procesami technologicznymi, wykonywanie obliczeń inżynierskich i naukowo-technicznych czy zbieranie, przygotowywanie i wstępne przetwarzanie danych.
W podsumowaniu komisja Kilińskiego przedstawiła osiem wniosków.
Ustalono osiem poniższych wniosków:
• Przedstawiona w roku 1970 charakterystyka techniczna projektowanego minikomputera K-202 była porównywalna z produkowanymi już wówczas na świecie urządzeniami.
• Podpisane przez PHZ METRONIX umowy handlowe z przedsiębiorstwami DATA LOOP i MB METALS stwarzały podstawy do produkcji eksportowej, ale uzależniały kontynuację przedsięwzięcia od oceny jakościowej pierwszej partii przez firmę MB METALS. Ocena ta była negatywna.
• Wydane przez Dyrekcję Zjednoczenia PiAP MERA i podległe jej jednostki zarządzenia stwarzały podstawy uruchomienia produkcji K-202 zgodnie z założeniami dokumentu 1 opracowanego przez mgr. inż. J. Karpińskiego jako priorytetowego zadania Zjednoczenia.
• Przedstawione w roku 1970 założenia II dotyczące K-202 oraz terminarz produkcji były optymistyczne. Badania wykonane w roku 1973 nie wykazały pełnej realizacji tych założeń.
• Egzemplarze K-202 produkowane były z części pochodzących w ogromnej większości z importu. Urządzenia peryferyjne, w które wyposażony był zestaw K-202, pochodziły również z importu (z wyjątkiem czytnika CT 1001). Pamięć wewnętrzna K-202 zawierała importowaną matrycę MM-4-1 produkcji DATA PRODUCTS (USA) objętą embargiem. Licencja na import tej części zawierała ograniczenia ilościowe oraz nakładała na stronę polską obowiązek informacji o sprzedaży i instalacji każdego zestawu K-202.
Zdaniem Zespołu wymiana, przy seryjnej produkcji K-202, podzespołów importowanych z drugiego obszaru na podzespoły wytwarzane w kraju spowodowałaby – niezależnie od zalet modelu – obniżenie jego jakości.
• Realizacja przedsięwzięcia w ramach umów handlowych z MB METALS i DATA LOOP przebiegała z opóźnieniem, wywołując zniechęcenie i obawy obu stron, a minikomputer K-202 nie osiągnął założonych parametrów technicznych.
• Dokonana przez firmę MB METALS negatywna ocena pierwszej partii 15 procesorów K-202 wyrażona w reklamacji z dnia 1.12.1972 r. spowodowała rozwiązanie umowy z firmą METALS z jej inicjatywy. Niweczyło to charakter eksportowy przedsięwzięcia.
• Opatentowanie dwóch ważnych cech wyrobu K-202 w Wielkiej Brytanii przez mgr. inż. Jacka Karpińskiego i firmę DATA LOOP może tworzyć konsekwencje prawne dla strony polskiej w przypadku zastosowania opatentowanego rozwiązania w przyszłości.
By jeszcze na moment przywrócić „urok” czasów minionych i poprzedniego ustroju, przypomnijmy anegdotę, którą w wywiadzie dla magazynu „CRN” podzielił się Jacek Karpiński.
Na jesieni 1972 roku przyjechał do Polski z całą delegacją towarzysz Ławrionow, główny konstruktor RIAD-a, żeby obejrzeć K-202. Przyjechał, popatrzył i powiedział: – Niemożliwe! Przecież u nich taka maszyna zajmowała całą ścianę! Pyta, czy komputer jest odporny na wstrząsy. Odpowiedziałem, że można na nim kamienie łupać.
– A jak z klimatyzacją? – bo i ich maszyny, i komputery Odra wymagały klimatyzacji.
– Nie potrzebuje.
I wypytywał tak, aż w końcu wziąłem szklankę wody i wylałem na komputer. Nic się nie stało.
– No tak – skonstatował z uznaniem. – Ale to nie jest RIAD, prawda?
Odpowiedziałem, że nie jest.
– A można to przerobić na RIAD?
– Można. Na zasadzie emulacji. Ma teraz milion operacji na sekundę, po emulacji będzie miał tylko 300, ale i tak będzie szybszy niż RIAD-y. I będzie działał na waszym oprogramowaniu.
Symboliczny podpis
Rzeczywistość PRL-u skutecznie tłamsi i pozbawia złudzeń Jacka Karpińskiego. Chcąc zrobić coś dla ojczyzny, rezygnuje z wielu szans, skazując się na ciągłą walkę z przeciwnikami, układami i ramami systemu, w którym przyszło mu żyć. Jednak nawet wtedy, gdy w końcu opuszcza kraj i – zdawałoby się – wypływa na szersze wody możliwości, napotyka przeszkody.
W Szwajcarii zawiązuje spółkę z pewnym matematykiem. Powstaje firma Karpiński Computer Systems, która szybko zachwyca projektem robota sterowanego głosem. Prezentowany na wystawie w Zurychu, jak opowiadał sam inżynier, robi spore wrażenie i z miejsca wzbudza zainteresowanie potencjalnych inwestorów. Wspólnik jednak za nic nie chce dzielić się udziałami i ostatecznie nic także z tego projektu nie wychodzi. Po dwóch latach KCS nie ma już na biznesowej mapie świata.
Jeszcze przed powrotem do Polski, która właśnie przechodzi transformację ustrojową, konstruktor tworzy urządzenie oraz oprogramowanie do skanowania i czytania tekstu po jednej linijce. Zamiast mozolnie przepisywać tekst na klawiaturze, użytkownik może błyskawicznie – a przy tym unikając literówek – przenieść dowolne zapiski z papieru do pamięci komputera. Jak twierdził po latach Karpiński, projekt wyprzedzał swojego japońskiego odpowiednika o półtora roku. Mimo to nie zapisał się w annałach i nie stał komercyjnym sukcesem. Znów przez bezduszność systemu, tym razem finansowego, połączoną z pechem i brakiem talentu do interesów samego Karpińskiego, który nawet nie opatentował swojego dzieła.
Inżynier wraca do kraju i po krótkiej karierze w roli doradcy (do spraw informatyki) ministra finansów w polskim rządzie postanawia zacząć produkować wspomnianego Pen-Readera.
Znajomy polecił mi zakłady w Szczytnie. Tam wzięli się do roboty i wyprodukowali szybko partię 500 egzemplarzy. Miałem już zamówienia. Zacząłem starać się o kredyt, bo chciałem uruchomić własną produkcję. Założyłem dwie firmy: JK Computer Systems i JK Electronics. Potrzebowałem 800 tysięcy dolarów. Chciałem to wszystko zrobić z rozmachem, pewnie niepotrzebnie.
Karpiński jest pewny, że jego projekt jest rewolucyjny i okaże się przydatny na rynku, dlatego na potrzeby uzyskania kredytu zabezpiecza go mieszkaniem w Aninie. Uzyskuje pierwszą transzę, za którą kupuje maszyny i komponenty. Próbując związać koniec z końcem, zapożycza się też u znajomych. Niedługo później spada na niego niespodziewany cios. Produkcja nie zdąża nawet ruszyć na planowaną skalę, kiedy okazuje się, że zaoferowane zabezpieczenia wystarczą bankowi tylko jako podstawa do wypłaty pierwszej transzy pieniędzy – 126 tysięcy dolarów. Kolejne już nie wpływają.
Żeby się ratować, zaprojektowałem kasy fiskalne. Zapożyczyłem się w paru bankach, otworzyłem zakład, byłem w przededniu produkcji. Jedno włamanie, drugie, trzecie – wszystko zniknęło. A miałem przecież ochronę!
Karpiński się nie poddaje, choć tonie finansowo. Podpisuje umowę na produkcję kas z firmą Libella. Organizuje zakład produkcyjny – okazuje się, że nie ma wstępu na jego teren. Podpisuje umowę na produkcję z innym kontrahentem – Apatorem. Ten zleca produkcję płyt głównych w Warszawie i od razu zamawia trzy tysiące sztuk, bez weryfikacji ich jakości. Żadna nie nadaje się do użytku, a Karpiński po fakcie odkrywa, że zupełnie przypadkowo wykonawca pracuje też dla innego producenta kas fiskalnych, który ma siedzibę w tym samym budynku.
Inżynier traci mieszkanie. W pewnym momencie przychodzi mu żyć i pracować pod gołym niebem, bo nowy właściciel nie zamierza czekać na ustaloną datę wyprowadzenia się mężczyzny. W dniach, kiedy pada deszcz, ten po prostu bierze parasol, a komputer przykrywa folią...
Na emeryturze Jacek Karpiński nadal spłacał długi. By jakoś przeżyć, sfinansować masaże niezbędne, by mógł się normalnie poruszać, ale także, by mieć środki na jedzenie, dorabiał sobie, tworząc strony internetowe.
Kiedyś opowiedziałem to i owo o moich pracach pewnemu szwajcarskiemu biznesmenowi. Wywnioskował, że muszę być miliarderem. A ja wiążę jakoś koniec z końcem, żeby przetrwać.
Karpiński był wyjątkowy, ale nie był wyjątkiem. W rzeczywistości PRL-u podobnie stłamszono pomysłowość, odwagę, wizjonerstwo wielu innych zdolnych twórców. Wszystkich, którzy próbowali wyjść poza narzucone ramy, myśleć nieszablonowo, coś zmienić. Jego życie to historia równie inspirująca, pokazująca wielki hart ducha i odwagę, co smutna. Z pewnością jedna z tych, które warto uchronić od zapomnienia.


