Seria Matrix

Chyba każdy widział pierwszego Matrixa. Kolejne części nie okazały się aż tak udane, jednak sprawnie łączyły elementy typowe dla kina oraz gier. Powiązań było naprawdę wiele: ludzie wchodzący do wirtualnego świata, potyczki z komputerową SI, nadzwyczajne umiejętności „graczy” i ich adwersarzy, oszałamiające starcia rodem z bijatyk albo slasherów, niesamowite efekty specjalne – to tylko część atrakcji. Scena na autostradzie w Matrixie: Reaktywacja czy spektakularne starcie Neo z milionami Smithów – taką efektowność można było (dotychczas!) spotkać tylko w grach. W dziele braci Wachowskich działy się rzeczy, które nie byłyby możliwe nie tylko w realnym świecie, ale i w żadnym innym filmie.
Odniesienia do elektronicznej rozrywki bywały również bardziej subtelne – wystarczy zauważyć, że bohater przechodził przez samouczek, zanim wrzucono go do prawdziwej symulacji. Żmudnie zdobywał kolejne umiejętności, by ostatecznie stanąć w szranki z finalnym bossem. Równocześnie, gdy widz oglądał dalsze części sagi, trudno mu było oprzeć się wrażeniu, że Neo był nie tyle wybrańcem, co zwykłym cheaterem – oszustem wykorzystującym błędy w systemie lub korzystającym z kodów. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że niektóre sceny z udziałem głównego bohatera nie miały żadnego sensu – chyba że odzwierciedlałyby grind znany z gier MMO. Czyżby pojedynek z Serafinem służył awansowi na wyższy poziom?
Scott Pilgrim kontra świat

Stosunkowo świeży film, który łączy w sobie kino dla nastolatków oraz ośmiobitową stylistykę. Ilość nawiązań jest tu naprawdę gigantyczna, ale większość z nich cechuje bardzo subtelny charakter (np. zespół rockowy jednej z postaci wziął swą nazwę z NES-owego platformera). Sami bohaterowie zdają się funkcjonować na granicy dwóch światów – umiejętności ćwiczą w salonach gier, a następnie biorą udział w prawdziwych walkach. Nie są to jednak zwykłe, koleżeńskie przepychanki, a prawdziwie mordercze pojedynki. Poszczególnym starciom towarzyszy oprawa typowa dla bijatyk, w postaci napisów takich jak K.O. czy REVERSAL! Nie brak nawet pasków życia, monet zdobywanych po zwycięskim starciu oraz arcade’owo-rockowej muzyki.
Scott Pilgrim kontra świat to jeden z najlepszych przykładów przenikania gier do filmów – „growość” widać tu praktycznie w każdym elemencie. Co bardziej spostrzegawczy widzowie dostrzegli nawet takie szczegóły jak dźwięk nakładania hełmu z Morrowinda rozlegający się w chwili, w której Scott ubiera czapkę. W pewnym momencie można usłyszeć motyw z Final Fantasy II grany na basie, a podryw „na Pac-Mana” nawet dzisiaj powinien zadziałać na każdą dziewczynę. Całość jest zarówno zabawna, jak i efektowna – seans absorbuje uwagę widza od pierwszej do ostatniej minuty.
Film można polecić każdemu graczowi – z pewnością dojrzy tu wiele smaczków czy dowcipów, które trafią w jego gust. Spora powtarzalność niektórych sekwencji oraz dość typowy wątek miłosny mogą być uznane za pewną wadę, jednak nie drażnią na tyle, aby całkowicie popsuć radość z oglądania.