Newsroom Wiadomości Najciekawsze Komiksy Tematy RSS
Wiadomość opinie 18 września 2022, 12:00

autor: Hubert Sosnowski

Ta gra oduczyła mnie perfekcjonizmu - i dobrze

Czasem wyniki to nie wszystko. Czasem nie ma po co gonić za najlepszym czasem czy miejscem na podium, żeby gra dawała nam frajdę. Co ciekawe – najłatwiej zrobić mentalne „let it go” przy produkcjach trudnych. Jak przy DiRT Rally.

Bywa tak, że to nie wyśrubowane wyniki oraz okupowanie pierwszego miejsca na podium decydują o sukcesie w danej dyscyplinie. To nie przez nie dostaje się pomniki. Weźmy rajdy samochodowe. Przez sport ten przewinęło się wielu tytanów, którzy zaginali prawa fizyki i czynili cuda ze swoimi czterokołowymi monstrami. Richard Burns, Sebastian Loeb, Tommi Makinen, pewnie te nazwiska gdzieś Wam przemknęły, nawet jeśli niezbyt się interesujecie dyscypliną. Ale prawdziwą sławę zyskał inny sportowiec – Colin McRae, Latający Szkot. Jeździł świetnie. Dziko, jak wariat. Jak cholerny niepowstrzymany żywioł. Kilkukrotna przewrotka? Jeśli samochód może potem ruszyć, to nic się nie stało. Prujemy.

Uczył się na kierowcę od młodości, pod okiem ojca, krajowego mistrza. Colin mistrzostwo zdobył tylko raz, w 1995 roku za kierownicą ikonicznego Subaru Imprezy, ale jeśli jakiegoś rajdowca naprawdę kojarzycie – to jego. Facet nie zawsze miał najlepszy czas, mimo nadnaturalnych zdolności, bo dawał się ponieść wozom i zapewniał widowisko. Przede wszystkim jednak kochał to, co robił – i jak to robił. Pewnie mało kto z nas osiągnie tyle co McRae (choć trzymam za Was kciuki), choć czai się w tym jakaś lekcja, którą można przełożyć na gry, ale i parę innych aspektów. Lekcja o perfekcjonizmie i dobrej zabawie. O tym, że czasem warto odpuścić dążenie do ideału i dać się ponieść naszemu stylowi, temu, jak lubimy podchodzić do danej dyscypliny, gry czy czegokolwiek. Żeby było śmieszniej – pomogła mi w tym produkcja, której bez Colina by nie było.

If in doubt…

Wy uwielbiacie dobre samochodówki, Draug uwielbia dobre samochodówki, ja też uwielbiam dobre samochodówki. To nigdy nie był mój gatunek pierwszej potrzeby, ale kiedy już się w jakąś wgryzłem, to potrafiłem grać do odcięcia. Wy pewnie też. Za dzieciaka nie potrafiłem przeżyć, jeśli nie kończyłem rajdu, wyścigu, odcinka czy całej „kariery” na pierwszym miejscu. Po szkole, zajęciach czy studiach żyłowałem wyniki w Colin McRae Rally 2.0 czy starych Need for Speedach, często do granic absurdu. To zresztą zdarzało mi się nie tylko przy ścigałkach. Przy innych grach, ale i w życiu. Obciążało wątpliwościami. Wybrać to, co będzie nas bawić – czy to, co będzie czynnością lub towarem jakościowym? Iść w perfekcję czy pozwolić sobie na pójście „luzem”, po swojemu?

Tymczasem… nowa generacja trudnych gier oducza – przynajmniej mnie oduczyła – budującego frustrację perfekcjonizmu. Divinity: Original Sin 2, Dark Souls, a ostatnio DiRT Rally mi to uzmysłowiły. Każde na swój sposób, ale dziś skupmy się na hardcore’owej rajdówce, ostatnio to od niej nie mogę się oderwać. I czerpię frajdę, mimo że gram jak skończony noob.

Postanowiłem podejść do rozgrywki immersyjnie i nie cofać postępów, resetować nieudane odcinki jak najrzadziej, akceptować porażki. I jechać dalej. Z inspiracji wspomnianym wcześniej sportowcem. Potrzebowałem chwili na przystosowanie się do takiej mentalności, że wszystko albo nic. Okazało się, że to była jedna z najlepszych gamingowych decyzji podjętych w tym roku. Bo postanowiłem odpuścić wszelkie poradniki, grać i uczyć się DiRT-a po swojemu, w poprzek metagry i oczekiwań kogokolwiek z zewnątrz.

Ta gra oduczyła mnie perfekcjonizmu - i dobrze - ilustracja #1

Dlatego nie bawiłem się w DiRT-owego zawodowca. Ustawiłem znośny poziom asyst, by nie wypaść z trasy przy pierwszym zakręcie, a jednocześnie poczuć drapieżność wozów. I da się to zrobić, da się skonfigurować DiRT Rally tak, by nie odstraszyło przed ukończeniem inicjującego odcinka. Co więcej, poziomem trudności przypomina wtedy leciwe Colin McRae Rally 2.0 – grę, która żeniła realizm i arcade w niemal idealnych proporcjach. Żeby dopełnić bluźnierstwa i przyjemności – po kilku eksperymentach olałem pada, znakomitego przy Forzy Horizon, i sięgnąłem po kontroler, który niegdyś oswoił mnie z wyścigami – wróciłem do poczciwych strzałek na klawiaturze. I wtedy kompletnie odnalazłem się w grze.

Zapanowanie nad kolejnymi wozami zajmowało chwilę, ale dało się to ogarnąć metodą prób i błędów. Model jazdy z jednej strony wymaga naszej ciągłej uwagi, słuchania pilota, patrzenia na drogę, zachowanie samochodu i każdy wertep, z drugiej – jak mało która samochodówka daje poczucie, że oto mierzymy się z siłami natury i że próbujemy też zapanować nad czterokołowymi potworami, mającymi swoją moc, ciężar i kaprysy. Jeśli robimy to po swojemu, w stylu, który nam pasuje – satysfakcja gwarantowana. Co więcej, o ile model jazdy, zwłaszcza bez asyst (dziękuję, postoję, wolę te umilacze i łatkę nooba niż frustrację, może w swoim czasie będę schodził z poszczególnych pomocy, żeby „masterować” grę, na razie nie mam potrzeby), rzeczywiście zapewnia wycisk na poziomie samochodowego Dark Souls, o tyle – całe środowisko, mechaniki, przeliczniki i ekonomia gry wspierają nasz progres i wybaczają więcej błędów niż poszczególne trasy.

…FLAT OUT!

Żeby awansować, nie musimy być pierwsi, a za finisz w okolicach drugiego, trzeciego, czwartego czy piątego miejsca dostajemy dość kasy, by odłożyć na porządny zespół, nowe wozy czy naprawy. Punkty do rankingu też się zazwyczaj zgadzają. Jeśli nie schrzanimy czegoś dokumentnie, to gra nie ukarze nas za błędy. W każdym razie niezbyt srogo. A mogła zabić. Okazuje się bowiem, że nawet z kiepskim wejściem w zakręt, chwilowym oderwaniem od trasy czy beczką wywiniętą w powietrzu na koncie mogę mieć znośny czas – i przede wszystkim satysfakcję, że dojechałem do mety po widowiskowym odcinku. Nawet jeśli wóz wygląda potem jak ofiara przemocy drogowej.

Z czasem zacząłem wypracowywać namiastkę własnego stylu jazdy. Zdolność zrozumienia wozu, który prowadzę (mam nadzieję, że będę miał tak kiedyś z prawdziwymi samochodami, tylko bez konieczności rycia przez wszystkie zaspy w ośnieżonej Szwecji…). Osiągnąłem pewną równowagę w tym, jak chcę jeździć – kiedy driftować dla samej przyjemności popisywania się driftem, kiedy jeździć ostrożnie i z rozwagą, a kiedy pruć ostro i brutalnie do przodu tak, by adrenalina skakała powyżej poziomów zapewnianych przez sieciową rywalizację. I dla mnie to działało. Parłem do przodu, mimo że pierwszy byłem chyba tylko na jednym odcinku.

Wóz kończył w rowie, obity, na którejś trasie ostatnie proste przejeżdżałem na pierwszym biegu, bo inne nie wskakiwały. Raz czy dwa wyleciałem z trasy tak, że pozamiatane, i byłem o rajd w plecy. Ale jakoś to szło, a z samej gry czerpałem coraz większą frajdę. Rozumiałem DiRT Rally coraz lepiej, bo samo jeżdżenie dawało przyjemność większą niż śledzenie cyferek. Owszem, są one tu istotne, a dla ludzi potrzebujących maksymalnych osiągnięć będą motywacją – i to jest piękne, w końcu uwielbiamy podziwiać rekordzistów, to ich nazwiska widzimy najpierw – ale dla mnie liczyła się droga.

Dobrze mieć „skilla” czy wyrobienie, ale kiedy zamieniamy to w obowiązek, smycz i ramy postępowania – zaczynają się problemy i kończy radość z zagadnienia, z którego ją czerpaliśmy. Zresztą, nie miewamy tak z innymi dziedzinami, choćby rozrywki? Nie zdarzyło Wam się wpaść w takie niebezpieczne koleiny, że może i poszukalibyście czegoś dla siebie pośród filmów, seriali, książek czy gier, ale nie macie na to sił i czasu, bo musicie nadążać, być idealnie obstukani z tym, co się obecnie dzieje – czy to w trendach artystycznych, niszowych, oscarowych lub po prostu tych okupujących topki sprzedaży i popularności? A chcielibyście przeć przed siebie z tym, co lubicie, i we własnym tempie, prawda?

Perfekcjonizm to nic złego. W DiRT Rally pożera czas, ale odwdzięcza się wynikami. W życiu, jeśli macie do czegoś smykałkę, najpewniej też. Pamiętajcie jednak, że to tylko jedno z wielu możliwych podejść do zabawy. Niektórym służy i daje satysfakcję oraz platyny, innym gwarantuje męczarnie i/lub rzucenie gry w kąt. Dlatego czasem warto popłynąć tam, gdzie chcemy, jak chcemy i w jakim tempie nam wygodniej. A skill... Skill czy wiedza – w końcu przyjdzie. Jeśli będziecie czuć radość z jazdy czy innej formy rozgrywki – to nawet nie zauważycie kiedy.

OD AUTORA

Niby to gry oparte o fabułę zapewniają najwięcej przemyśleń i przeżyć, ale kiedy tak sięgam po wyścigi i gapię się w zderzak pojazdu i drogę przed wozem, myśli same płyną. Nawet kiedy mówimy o grze wymagającej takiego skupienia jak DiRT Rally.

Chcesz ze mną pogadać o rajdówkach, pochwalić się osiągami albo podejściem do gry? Zapraszam na mój fanpage, Twittera lub Instagrama.

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz otrzymywać go przed wszystkimi, zapisz się do naszego newslettera.

TWOIM ZDANIEM

Którą z podanych marek gier wyścigowych preferujesz?

Te serie mnie nie interesują.
54,6%
Forza
23,4%
Gran Turismo
22%
Zobacz inne ankiety