Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Hyde Park 19 czerwca 2002, 15:23

autor: Szachu

Caen Skrytobójca

Tęgi karczmarz ze świecą w ręku pokonywał kolejne schody swojego przybytku. Było już późno, ostatni klient dawno już zasnął sącząc kiepskie piwo. Grubas starał się poruszać jak najciszej, zupełnie jak gdyby czegoś się obawiał...
Poniższy tekst został nadesłany przez naszego czytelnika i został opublikowany w oryginalnej formie.

Tęgi karczmarz ze świecą w ręku pokonywał kolejne schody swojego przybytku. Było już późno, ostatni klient dawno już zasnął sącząc kiepskie piwo. Grubas starał się poruszać jak najciszej, zupełnie jak gdyby czegoś się obawiał. Po pokonaniu ostatniego stopnia przystanął na chwilę, ciszę zakłócał jedynie jego przyspieszony oddech. Karczmarz stał tak przez chwilę, bijąc się z własnymi myślami. Ostatecznie ruszył jednak do przodu, dziarskim krokiem kierując się ku ostatnim drzwiom po lewej stronie korytarza. Tu ponownie przystanął. Drzwi były na pół uchylone, w izbie panował mrok.

- Cóż się tak czaisz Gotek, zgubiłeś się we własnym przybytku? – głos dochodzący z izby był cierpki i chropowaty, a jego barwa sprawiła, iż karczmarzowi mrówki przebiegły po plecach.

- Nie chciałem budzić waszmości. Zaskoczyła mnie ta ciemność. Skarcę syna, że nie dostarczył wam panie świec w odpowiedniej ilości. - mimo usilnych starań Gotek nie potrafił ukryć swojego zdenerwowania. Drżenie jego głosu zdradzało go niczym niewierna żona. Wyprostował się, próbując jednocześnie przybrać poważną minę, po czym pchnął drzwi i wszedł do izby. Oczom jego ukazał się rosły mężczyzna w szarej opończy, siedzący na krześle w rogu pokoju. Spod nasuniętego na głowę kaptura nie było widać oczu, jedynie gęsta broda dawała się uchwycić w słabym świetle świecy trzymanej prze karczmarza. Skryty w mroku mężczyzna obracał w palcach srebrny sztylet, którego klinga lśniła bladym blaskiem.

- Świec u mnie pod dostatkiem, a siedzę w ciemności bo tak lubię i lepiej mi się wtedy myśli. Ale nie przyszedłeś tu chyba rozmawiać o zwyczajach... Interesy Gotek, interesy... Chyba nie powiesz mi, że siedzę tu całą noc na próżno.

- Ależ skąd, panie! Jakbym śmiał wystawiać waszą cierpliwość na taką próbę... – Gotkowi jak każdemu prostemu człowiekowi z prowincji Barth, z wielkim trudem przychodziło silenie się na uprzejmość. Karczmarz z dziada pradziada, do wykonywania swojej profesji potrzebował jedynie spisu serwowanych wiktuałów, które zakodował mu głowie ojciec, a trzeba przyznać, że nauka kilkunastu nazw i cen, a także sposobu ich przygotowania nie szła Gotkowi zbyt rewelacyjnie. Po dziś dzień z lękiem wspomina on ojcowski pas, którym jego rodzic wykładał sztukę prowadzenia karczmy. Uczciwie należy jednak przyznać, że w tej dziedzinie gruby karczmarz osiągnął prawdziwe mistrzostwo. Nazwy niektórych potraw i napitków potrafił on bowiem wymówić wspak, czym wydatnie poszerzał ofertę swojego zajazdu.

- Do rzeczy Gotek. Chciałbym opuścić to miejsce jeszcze przed świtem. Tak będzie lepiej zarówno dla mnie jak i dla ciebie. Nie życzysz sobie chyba, aby zbyt wiele osób dowiedziało się o mojej obecności tutaj... To mogłoby zaszkodzić twojej, hmm... renomie.

- Oczywiście, oczywiście. Już przechodzę do sedna sprawy. – pospiesznie wyrecytował Gotek. – Polecił mi was mój znajomy z miasta Erden, któremu ponoć pomogłeś kiedyś rozwiązać problem podobny do mojego. Sprawa przedstawia się następująco. Jak być może wiesz, karczma w której teraz się znajdujemy od wielu pokoleń należy do mojej rodziny. – w głosie Gotka dawało się wyczuć przepełniającą go dumę, bądź co bądź opowiadał o swoim rodowym dziedzictwie. – Zbudował ją mój pradziad, jeszcze przed wielką wojną...

- Daruj sobie te farmazony karczmarzu, przejdźmy do interesów. Nie obchodzi mnie kto i kiedy postawił tę budę, ani kto w niej bywał. Przybyłem tu w konkretnej sprawie, nie wystawiaj więc mojej cierpliwości na próbę. – zakapturzony mężczyzna ciągle bawił się swoim sztyletem.

- Pół roku temu – zaczął Gotek – przybył tu pewien bandyta. Przedstawił się jako Nunin, a było z nim jeszcze dwóch oprychów, wielkich jak drzewa. Ten oto zbój zażądał ode mnie daniny w wysokości 500 dubli co dwa tygodnie... To są trzy czwarte mojego utargu w tym czasie i to przy sporym ruchu, a ostatnio jest zastój w interesie. Początkowo się buntowałem, to zdemolowali mi całą karczmę i przepędzili gości na cztery wiatry. Poskarżyłbym się gubernatorowi Lingonowi, ale obawiam się zemsty ze strony zbójów... Nie bardzo mam też z czego im płacić... Dlatego postanowiłem poprosić o pomoc ciebie. Ty podobno zajmujesz się rozwiązywaniem trudnych sytuacji.