Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 5 marca 2010, 14:21

autor: Przemysław Zamęcki

Battlefield: Bad Company 2 - recenzja gry

Parszywa Kompania spod znaku Battlefield powraca. Jest lepsza, ładniejsza, a na dodatek mówi po polsku. I to jak mówi!

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

W jaki sposób najlepiej zainwestować 23 miliony dolarów? Najpierw trzeba być odpowiednio przewidującym i nawiązać współpracę z obiecującym szwedzkim deweloperem. Potem wykupić większość posiadanych przez niego udziałów, a na koniec, za wymienioną powyżej kwotę przejąć całkowitą kontrolę nad zdolnym i ambitnym zespołem. Sztokholmskie Digital Illusions CE (DICE) w ten właśnie sposób weszło do wielkiej rodziny Electronic Arts, która nie raz pokazała, że jak mało kto potrafi zjeść, przeżuć i w końcu wypluć. Na szczęście Szwedzi doskonale dają sobie radę i nie przestają zadziwiać coraz lepszymi produkcjami. Battlefield: Bad Company 2 trafia na rynek w jakiś czas po bestsellerowym Call of Duty: Modern Warfare 2, więc od porównań, choćby nawet nie wiem jak bardzo się chciało, uciec się nie da.

Kampania

Nie ma chyba gracza, który by kiedyś nie słyszał o serii Battlefield. Zarówno wśród pecetowców, jak i konsolowców cieszy się ona ogromnym uznaniem, choć przychylność ta wynika przede wszystkim ze świetnego trybu multiplayer. Kampania dla pojedynczego gracza składała się albo z dziwnego zlepku kilkunastu misji (Modern Combat), albo z czegoś, co w założeniach miało być satyrą na wojsko, a wyszedł teatr telewizji z gadającymi głowami i wielkimi mapami, których przejechanie wszerz i wzdłuż zabierało mnóstwo czasu. Niemniej jednak, czterech sympatycznych dżentelmenów z pierwszego Bad Company trafiło do serc graczy na tyle, by DICE dało im jeszcze jedną szansę.

Nie straszny nam czołg, samolot czy motorówka.

Po zabawie w poszukiwaczy złota Parszywa Kompania zostaje wysłana z misją zdobycia pewnej potężnej broni. Ponownie wskakujemy więc w skórę Prestona Marlowe’a i przez kolejnych siedem godzin zabawy przychodzi nam znosić towarzystwo wyszczekanego Sweetwatera, nadpobudliwego Haggarda i sierżanta Redforda, który porzucił już nadzieję na spokojne dotrwanie do emerytury. Oczywiście, nie wszystko idzie tak, jak to sobie zaplanowały gryzipiórki z dowództwa i już w kolejnej misji lądujemy w Boliwii, szukając zaginionego agenta. Okoliczności przyrody zmieniają się jak w kalejdoskopie. Raz brniemy po kolana w śniegu, by za moment chłonąć wilgotne powietrze południowoamerykańskiej dżungli, a chwilę później prażyć się na spalonej słońcem pustyni. Autorzy nie silili się przy tym na wyszukaną fabułę i zaserwowali standardowy zestaw większości strzelanin, w których uganiamy się za złymi facetami, chcącymi zniszczyć Amerykę. Osoby, które wcześniej ukończyły kampanię w Modern Warfare 2, co najmniej kilka razy doznają deja vu. Inną sprawą jest, że Infinity Ward też nie siliło się zbytnio na oryginalność, ale przejście obu gier według kolejności pojawienia się ich w sklepach może pozostawiać wrażenie zapożyczenia tego i owego przez ekipę DICE. To i podobieństwo niektórych misji, to właściwie jedyny element Bad Company 2 zbieżny z dziełami konkurencji.

Aby jednak w pełni pokazać, czym jest tryb dla pojedynczego gracza w najnowszym Battlefieldzie, nie rezygnujmy z dalszych porównań. Pozwoli to unaocznić, że dwie zbliżone w końcu gatunkowo gry mogą operować zupełnie innymi środkami do osiągnięcia zamierzonego celu.

Cechą charakterystyczną pierwszej części BFBC był humor. Tym razem nieco podcięto skrzydełka osobom odpowiedzialnym za dialogi, co w ogólnym kontekście odbioru gry okazało się jak najbardziej słusznym wyborem. Jednocześnie nie jest tak, że nagle z czterech zabawnych kolesi zrobiono pompatycznych ważniaków wygłaszających do gracza kazania o słuszności ukarania wszystkich „bad guys” w tej części Drogi Mlecznej. Panowie z Parszywej Kompanii nabrali jedynie nieco więcej ogłady towarzyskiej, choć język wciąż mają giętki i w prostych, żołnierskich słowach przekazujący to, co pomyśli głowa. Nieco weselej robi się w czasie pogawędek pomiędzy strzelaniem, wystarczy jedynie przystanąć obok i poczekać, a dowcipy i ciekawe porównania zaczną sypać się jak z rękawa. To miła odmiana po pretensjonalnie poważnym Modern Warfare 2.

Przemysław Zamęcki

Przemysław Zamęcki

Grał we wszystko na wszystkim. Fan retro gratów i gier w pudełkach, które namiętnie kolekcjonował. Spoczywaj w pokoju przyjacielu - 1978-2021

więcej

Oceny redaktorów, ekspertów oraz czytelników VIP ?

eJay Ekspert 2 listopada 2010

(PC) Nigdy wcześniej nie doznałem równie ciekawego rozczarowania. Gra z poziomu grywalnego hiciora po 2 tygodniach sięgnęła bruku, który miałem ochotę rzucić w kąt (i to zrobiłem).

6.0
Recenzja gry Redfall - lepsze wampiry znajdziecie w Zmierzchu
Recenzja gry Redfall - lepsze wampiry znajdziecie w Zmierzchu

Recenzja gry

Redfall miał być nowym, lepszym Left 4 Dead, ale wyszedł z tego raczej uboższy Far Cry. Tylko czasem daje się gdzieś dostrzec przebłysk geniuszu w budowaniu światów charakterystyczny dla Arkane, które tym razem poległo w nowym dla siebie gatunku.

Recenzja Dead Island 2 - warto było czekać 9 lat
Recenzja Dead Island 2 - warto było czekać 9 lat

Recenzja gry

Na Dead Island 2 czekaliśmy długo, ale warto było tyle poczekać. To nieskomplikowana, przeurocza rzeźnia zombie w luźnym stylu filmów akcji, która nie stawia przed moralnymi dylematami, stawia po prostu na dobrą zabawę!

Recenzja Resident Evil 4 Remake - arcydzieło zostało zredefiniowane
Recenzja Resident Evil 4 Remake - arcydzieło zostało zredefiniowane

Recenzja gry

Jedna z najważniejszych gier branży wraca po raz kolejny. Remake Resident Evila 4 przenosi nas na stare śmieci, ale robi to w tak świeży i fantastyczny sposób, że nikt nie powinien mieć mu tego za złe.