Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 18 marca 2008, 14:44

autor: Maciej Jałowiec

Army of Two - recenzja gry

Koncepcja jednoosobowej armii została zastąpiona parą wspierających się najemników, rozwiązującą konflikty na całym globie. Pomysł wydaje się być pierwszorzędny, ale jego realizacja to trudne zadanie...

Recenzja powstała na bazie wersji X360. Dotyczy również wersji PS3

Pamiętacie może tę scenę z Rambo, kiedy główny bohater, stojąc przed hordą wojsk rosyjskich mówi do swojego byłego dowódcy, pułkownika Trautmana, „możemy ich otoczyć”? Zabrzmiało to wtedy dość groteskowo, nawet jak na takiego twardziela jak John. Gdyby jednak taka kwestia padła między bohaterami Army of Two – Riosem i Salemem – zabrzmiałaby ona jak rozsądna i warta rozważenia propozycja taktyczna.

Kim zatem są Rios i Salem? Po angielsku moglibyśmy ich określić zwrotem Private Military Contractors. Jeżeli gdzieś dochodzi do zbrojnego konfliktu, jedna ze stron przeważnie nie wysyła armii, a wynajmuje sobie takich PMC do zażegnania walk raz na zawsze. Wynajęci ludzie odwiedzają punkty zapalne na całym globie i – w pancerzu i z gnatem w dłoni – eliminują niewygodne osoby. Czasem wysyła się jednego agenta, czasem kilku. Akurat Rios (stary i doświadczony żołnierz) i Salem (porywczy młody człowiek) zawsze pracują razem, nawet podczas pierwszej misji, kiedy to jeszcze nie są pełnoprawnymi najemnikami. Jako tytułowa armia dwóch wykonują zlecenia w najróżniejszych częściach świata, takich jak Bliski Wschód, Chiny czy USA. Nasi protagoniści zaczynają jednak wietrzyć spisek, gdy okazuje się, że armia Stanów Zjednoczonych ponosi coraz poważniejsze straty, a organizacja zrzeszająca najemników Security & Strategy Corporation notuje coraz większe zyski z prowadzonej działalności wojskowej.

Co wyróżnia Riosa i Salema z grona innych bohaterów gier komputerowych i wideo? Oprócz słynnego od czasów Max Payne’a spowolnienia czasu (zwanego tutaj trybem Overkill) cechuje ich jeszcze Aggro. O ile z Overkilla korzysta się raczej rzadko, o tyle druga właściwość wykorzystywana jest praktycznie nieustannie. Pokazuje ona, na kim przeciwnicy koncentrują swoją uwagę. Jeżeli, dajmy na to, Rios będzie miał dużo Aggro, wrogowie skupią się na nim i to w niego głównie będą strzelać. Odwraca to jednocześnie uwagę nieprzyjaciół od Salema, który może zajść oponentów od tyłu i władować im parę kul w plecy. Jest to szczególnie przydatne w walce z ciężko opancerzonymi przeciwnikami, których nie da się zabić strzelając w przód głowy czy w klatkę piersiową. To, który z bohaterów ma Aggro, pokazuje wskaźnik wyświetlany nieustannie na ekranie monitora/telewizora. Informacji na ten temat dostarcza też sam wygląd bohaterów – jeśli przeciwnicy skupiają się na jednym z najemników, zaczyna on świecić na czerwono. Drugi natomiast w tym samym czasie staje się przezroczysty.

Zdobywanie Aggro odbywa się na kilka sposobów. Pomijając zwykłe otwieranie ognia do wroga, warto wymienić fakt, iż uwagę wroga zawsze przyciąga wielka giwera. Sami odpowiedzcie sobie na pytanie – kogo warto zdjąć w pierwszej kolejności: gościa z pistoletem, czy może tego z Minigunem? Poziom Aggro można zwiększyć także poprzez ulepszanie broni; dłuższe lufy, specjalne tarcze i obudowy pokryte złotem (!) również przyciągają wrogów jak ćmy do światła. Przyznam szczerze, że idea Aggro bardzo mi się spodobała; dzięki niej gra nie ogranicza się tylko od chowania za osłonami i okazyjnego strzelania do wrogów (jak to było w Gears of War, co do którego mam raczej negatywne odczucia), ale wprowadza również szczyptę taktyki – konieczność okrążania wrogów i szukania najdogodniejszych dróg ataku potęguje miłe odczucia płynące z zabawy.

Recenzja Metroid Dread - znakomita gra, która niemal mnie złamała
Recenzja Metroid Dread - znakomita gra, która niemal mnie złamała

Recenzja gry

Znacie serię, w której ekran „game over” to niemal element gameplayu? Zgadza się, Metroidy zawsze były trudne, a Dread nie odchodzi od tej tradycji. To gra, przez którą chciałem wyrzucić Switcha przez okno. To też gra, od której nie mogłem się oderwać...

Recenzja gry Far Cry 6 - to dobra gra. Tylko dobra
Recenzja gry Far Cry 6 - to dobra gra. Tylko dobra

Recenzja gry

Po fali obsuw do rangi najgorętszych premier jesieni urosły odgrzewane kotlety, a Far Cry 6 miał być pośród nich jednym z bardziej łakomych kąsków. Niestety, danie pierwszej klasy to nie jest.

Recenzja Kena: Bridge of Spirits - gry „dla każdego” naprawdę istnieją!
Recenzja Kena: Bridge of Spirits - gry „dla każdego” naprawdę istnieją!

Recenzja gry

Kena nie ma w sobie nic z rodziny tego Kena od Barbie. To raczej siostra Meridy Walecznej, a gra z jej udziałem jest kapitalnym i chyba najładniejszym „indykiem AAA” oraz gotowym materiałem na nowy film Disneya.