„Zamiast grać, lubię oglądać, jak grają inni" - sprawdźmy, z czego wynika popularność takiego zjawiska
Gry to naprawdę ciekawe medium, które wcale nie musi ograniczać się do grania. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykorzystać jakiś tytuł do zabawy typu „role-play”, oglądać go na YouTubie czy potraktować jak prawdziwy sport. Możliwości nie brakuje!
Skoro rzuciłeś okiem na ten tekst, mogę założyć, że jesteś graczem. A skoro jesteś graczem – grasz w gry. Granie w gry z kolei naturalnie kojarzy się z uruchamianiem ulubionego tytułu na wybranej platformie oraz cieszeniem się gameplayem. Jedni preferują produkcje single player, w których bawią się samotnie, inni zaś nie widzą świata poza multiplayerową rywalizacją lub rozgrywką w ramach kooperacji.
TEKST PREMIUM
Treści premium mogą powstawać głównie dzięki wsparciu Was, czytelników. Prace nad takimi materiałami wymagają więcej czasu i wysiłku, więc jeśli chcecie czytać podobnego rodzaju content oraz wspierać jakościowe dziennikarstwo, zachęcamy do kupna abonamentu.
Wykup Abonament Premium GRYOnline.pl
Więcej tekstów, których powstanie było możliwe dzięki Waszemu wsparciu, znajdziecie tutaj.
Dzisiaj pokażę Ci również inne opcje związane z grami, ale bez bezpośredniego grania w nie. Nie chodzi o wychodzenie na dwór (lub na pole), aby podotykać trawy, branie udziału w paintballu czy angażowanie się w sesje RPG lub LARP. Zamiast tego zaproponuję coś innego, co nazywam „drugim życiem gier”. Z góry uprzedzam, że tekst ma charakter bardzo osobisty – nie jest to naukowa rozprawka, a prywatna wycieczka po graniu bez grania.
GTA VI odniesie sukces dzięki wersji online
GTA V to według niektórych gra retro. W końcu tytuł ten wyszedł ponad 10 lat temu, a skoro nazywa się już tak Wiedźmina 3 („Wiesiek” wspomniany w tekście – odhaczone), to dzieło Rockstara tym bardziej zasługuje na takie miano. Mimo tylu lat na karku to jednak nadal jedna z chętniej ogrywanych produkcji, ale czy sukces GTA V tkwi w kampanii dla pojedynczego gracza? Uważam, że nie tylko.
Przygody Michaela, Franklina i Trevora są niewątpliwie czymś ciekawym, ale GTA V posiada drugiego asa w rękawie w postaci GTA Online, czyli modułu sieciowego cieszącego się ogromną popularnością. W zależności od serwera oraz modów GTA Online oferuje różnorodne atrakcje. Części z nich nie znajdziecie nawet w oryginale! Moim zdaniem najciekawszą jest tzw. RP, czyli role-play. W ramach serwerów RP gracze wcielają się nie tylko w policjantów i złodziei, lecz także w lekarzy, pracowników restauracji, kurierów lub prowadzą własne biznesy.
Możliwości są niemal nieograniczone – wszystko zależy od inwencji społeczności (oraz regulaminu serwera!). Wystarczy rzucić okiem na Twitch.tv, aby zobaczyć, jak duże zainteresowanie wzbudza GTA V właśnie dzięki GTA Online. A skoro Rockstar nabył ekipę Cfx.re, twórców najpopularniejszego moda FiveM, możemy być pewni, że GTA VI pójdzie o krok dalej, jeśli chodzi o role-playowe aspekty modułu sieciowego. Dla mnie nie ma więc znaczenia, co kontynuacja zaoferuje w sferze single player (będzie dobrze, jestem o to spokojny), bo z wypiekami na twarzy będę obserwował wszystko to, co dotyczy RP. Dlaczego?
Co się ogląda na Twitchu?
W 2023 roku najpopularniejszą grą na platformie Twitch.tv było Grand Theft Auto V. Drugie miejsce zajęło League of Legends, trzecie Valorant, a następne CSGO (CS2) i Fortnite. Na streamach w skali roku rządzą głównie te tytuły, i to od kilku dobrych lat. Dominują więc przede wszystkim gry sieciowe skoncentrowane na rywalizacji, ale na szczycie (poza Just Chatting) znajduje się właśnie GTA V. Dane pochodzą z portalu SullyGnome.
Role-play w grach niczym dobry serial
Role-play w grach sieciowych nie musi oznaczać jedynie odgrywania stworzonej przez siebie postaci oraz dostosowywania się do otoczenia. To również oglądanie, jak ktoś gra, i traktowanie tego widowiska jak serialu. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale moim zdaniem RP to rzecz, o której zdecydowanie za mało się mówi. Nie brakuje twórców, którzy niczym aktorzy wcielają się w swoje role, dostarczając widzom niemało emocji. Również na polskim podwórku mamy kilka takich niezwykle utalentowanych osób.
Oczywiście nie chodzi o zwykłe „bojówkarstwo” w GTA Online, gdzie cała zabawa polega na regularnych napadach na bank czy gnębieniu innych graczy. W tym przypadku mam na myśli faktyczne odgrywanie pewnej roli wśród innych graczy. Na pierwszy rzut oka może wydać się to nudne, ale gdy znajdziesz odpowiedniego twórcę, odkryjesz historię wykreowanego bohatera, a także wątki innych „uczestników serialu”.
Za przykład posłuży mi Filip „Testree” Mątowski, którego możecie kojarzyć jako hosta oraz komentatora e-sportowego. Jest również zapalonym streamerem, znanym ze swojego zamiłowania do RP. Jego różne kreacje w GTA Online, Red Dead Online oraz DayZ dostarczają widzom mnóstwa atrakcji, a najbardziej ikoniczna z nich, Charlie Espresso, to prawdziwy pokaz aktorskiego kunsztu. Postać ta wraz z Loganem Kapuczino (w tej roli Filip „Paris Platynov” Kulon) prowadzi Złom Gang, którego ekipa jest gwarancją niespodziewanych zwrotów akcji.
Panowie udzielają się na różnych serwerach role-play, gdzie nie ma odgórnego scenariusza. W zależności od interakcji z graczami fabuła rozwija się w innym kierunku. Zdrady, kłótnie, walki gangów, spektakularne porażki, odsiadki w więzieniu, romanse czy sprawy sądowe – takie Breaking Bad, ale z udziałem graczy w grze. Nic jednak nie trwa wiecznie, więc w pewnym momencie „kończy się sezon”, a po jakimś czasie grupa wraca do zabawy z nowymi pomysłami lub postaciami.
To oczywiście tylko jeden przykład z lokalnego podwórka, ale zapewniam, że takich ekip jest znacznie więcej. Chociażby Duke Owens, którego odgrywa Dont_LookTV, to idealny małomiasteczkowy szeryf, z którym zawsze można się dogadać. Jakiś czas temu widziałem, jak policjantom w GTA Online zorganizowano szkolenie, i byłem zaskoczony, jak profesjonalnie ono wypadło. A mowa przecież o graczach udających stróżów prawa w grze komputerowej. Co najważniejsze, wcale nie musicie sami grać, aby dobrze się przy tym bawić – wystarczy oglądać przygody innych i traktować je jak serial.
Oczywiście można uznać to wszystko za dziecinadę, niemniej w role-play w grach sieciowych angażuje się coraz więcej osób i w dużej mierze są to dorośli. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że np. Tomasz Fornal również zagrywa się w GTA Online, kiedy czas mu na to pozwala (na Twitchu znajdziecie go pod ksywą Tytusc). Mowa o polskim siatkarzu, który zasłynął ostatnio ze swojej mowy motywacyjnej podczas tegorocznych igrzysk olimpijskich. A to przecież tylko pewien wycinek tego zjawiska, ponieważ RP nie kończy się na GTA V, Red Dead Online czy DayZ, ale to temat rzeka na inną okazję.
Ale jak to tak – oglądać e-sport, zamiast grać?
W Polsce nie brakuje sportowców angażujących się w gry oraz streamowanie w czasie wolnym. Mateusz Klich (rodzimy piłkarz) przykładowo zagrywał się w League of Legends, a także był ambasadorem Akademii Valoranta dla graczy do 16 roku życia w organizacji devils.one. Lekkoatleta Paweł Fajdek transmitował mecze z CSGO, a Marcin Gortat był nawet ambasadorem rozgrywek w Call of Duty: Warzonie. Wspominam o tym ze względu na kolejny aspekt gier sieciowych, czyli patrzenie, jak ktoś gra, bo czymże innym jest e-sport?
Nie wiem, czy jesteś kibicem. Jeśli tak, to najpewniej oglądasz mecze piłki nożnej. Być może od czasu do czasu zerkasz na skoki narciarskie lub siatkówkę. Ewentualnie faktycznie jest jakiś sport, który interesuje Cię na tyle, że jesteś zaangażowanym fanem. W moim przypadku było inaczej, zawsze wolałem „iść pokopać piłkę”, niż oglądać ją w telewizji z ojcem, ozdabiając niepowodzenia piłkarzy głośnym komentarzem. Nigdy nie rozumiałem tego fenomenu, aż do czasu, gdy odkryłem e-sport. Z pewnością pojawią się głosy, że nie jest to prawdziwy sport, ale nie to stanowi sedno tego tekstu – chodzi o emocje, jakich dostarcza oglądanie profesjonalnych graczy.
Dawno, dawno temu w odległej Polsce kibicowało się słynnej złotej piątce z Virtus.pro, która szalała w CS-ie 1.6 i CSGO w różnym składzie. Niemniej raczej każdy kojarzy takie osoby jak Wiktor „TaZ” Wojtas, Filip „NEO” Kubski, Janusz „Snax” Pogorzelski czy Jarosław „pasha” Jarząbkowski. W zasadzie nie trzeba było samemu grać w CS-a czy znać zasad rozgrywki, aby oglądane widowisko przykuwało do ekranu. Wyznam, że nigdy nie ciągnęło mnie do tej taktycznej strzelanki i nie rozumiałem jej fenomenu, ale oglądałem mecze Virtus.pro. Czułem się dokładnie tak jak za czasów świetności Adama Małysza, kiedy kibicowałem polskiemu skoczkowi, mimo że na co dzień nie interesowałem się tym sportem.
Nie lubię League of Legends, ale...
Podobnie mam zresztą teraz z League of Legends. Normalnie grywam w Heroes of the Storm, niemniej to dzieło Riot Games naprawdę przyjemnie się obserwuje, gdy grają profesjonalni gracze. Od lat nie gram w LoL-a, ale śledzę europejską ligę, a czasami zerkam na streamy Nervariena, aby popatrzeć na ligę chińską. Znajduję również czas, by zobaczyć, jak radzi sobie Korea, jednak najczęściej przesiaduję na kanale polsatgames. Czemu? Po prostu lubię polskich komentatorów, bo przyjemnie się ich słucha, zwłaszcza gdy dorzucają do rozgrywki swojski akcent, którego próżno szukać gdzie indziej.
Nawet nie zdałem sobie sprawy, kiedy stałem się fanem i kibicem. Nigdy nie uważałem się za „e-sportowego świra”, ale poczułem bakcyl emocji podczas oglądania rywalizacji na żywo w katowickim Spodku (pamiętny backdoor xPeke podczas IEM Katowice 2013). Zacząłem wtedy rozumieć fenomen, który niegdyś wydawał mi się śmieszny. W końcu – po co patrzeć, jak ktoś inny gra, skoro można to zrobić samemu?
Nadal bawi mnie ta ironia, że po latach znalazłem się w takim miejscu, iż w trakcie rozgrywek sezonu LEC rezerwuję sobie weekendy około godziny 17:00, aby popatrzeć, jak profesjonalni gracze (do boju, Marcin „Jankos” Jankowski!) grają w grę, za którą nie przepadam. To jeszcze toksyczny związek czy już syndrom „summoner’sriftowy”? Nie wiem, ale się domyślam!
Zagrajmy w grę na YouTubie
Oglądanie, jak ktoś gra w gry, nie sprowadza się jedynie do e-sportu oraz role-playu. Na YouTubie nie brakuje całych kanałów poświęconych przechodzeniu danego tytułu. Swego czasu serie typu „let’s play” dominowały na tej platformie. Trend ten okazjonalnie powraca i sam złapałem się na oglądaniu po tym, jak PewDiePie znów uruchomił Minecrafta. Widziałem oryginalną serię, a teraz śledzę jego nowe przygody. Zdaję sobie sprawę, że równie dobrze mógłbym sam zagrać w ten tytuł, ale jednak perypetie tego twórcy internetowego wydają mi się o wiele bardziej interesujące.
Bywa również tak, że natrafię na produkcję, której fabuła mnie ciekawi, ale sam gameplay nie przypadnie mi do gustu (tak miałem z Disco Elysium). Albo jest dla mnie za bardzo powtarzalny (nowe Assassin’s Creed), zbyt rozwlekły (wybacz, Red Dead Redemption 2!) lub po prostu nie mam cierpliwości (Elden Ring). Niemniej przyglądanie się, jak ktoś inny gra, i traktowanie tego jak śledzenia perypetii bohaterów ulubionego serialu zwyczajnie się w moim przypadku sprawdza. Może to wynikać trochę z miłości do gier sieciowych oraz MMO, w związku z czym od tytułów single player często się odbijam. Dlatego ich oglądanie jest dla mnie w sam raz!
Pewnie dla niektórych osób to jak lizanie cukierka przez papierek, ale czy jest w tym coś złego? W moim odczuciu nie, zwłaszcza że gier wartych uwagi istnieje więcej niż wolnego czasu, aby ograć je wszystkie. Już pomijam kwestię ceny niektórych tytułów, sztucznego wydłużania rozgrywki oraz wymagań sprzętowych. To tak, jakby krytykować fanów słuchowisk lub audiobooków, ponieważ nie czytają książek. Nie, to po prostu inna forma rozrywki, nie ma tam znaku równości.
Całość sprowadza mnie do prostego wniosku – gry nie muszą się ograniczać do samego grania. Wiem, nie odkryłem Ameryki, ale nigdy nie zwracałem aż takiej uwagi na fakt, że gry mogą wyjść (i wychodzą!) poza ramy swego docelowego przeznaczenia. Wymienione przeze mnie przykłady to oczywiście nie wszystko – możliwości jest znacznie więcej. Zaskoczyło mnie, że nawet jeśli w danym czasie mam przerwę od klasycznego grania, przez moje życie cały czas przewijają się gry. W ten czy w inny sposób jestem z nimi związany, nawet jeśli nie bezpośrednio. I ku mojemu zdumieniu – czuję się z tym zadziwiająco dobrze.
