Blizzard i jego niechęć do masek gazowych oraz polityki. Czy chińska cenzura zniszczy popkulturę?
- Drama z Blizzardem, czyli jak chińska cenzura wpływa na popkulturę
- Blizzard i jego niechęć do masek gazowych oraz polityki
- Schody, czyli wpływ na gry
- Jeden niefortunny tweet i NBA
- Co ma piernik do wiatraka, czyli teraz będzie o filmach
Blizzard i jego niechęć do masek gazowych oraz polityki

O całej tej sytuacji z wydawcą pisaliśmy tu, tu i tu – zachęcam, poczytajcie. Jeśli jednak jesteście leniuszkami, oto szybki skrót. Profesjonalny gracz, Blitzchung, pochodzi z Hongkongu. Na początku października wygrał mecz w rozgrywkach Hearthstone Grandmasters, a w późniejszym wywiadzie w ramach streamu pojawił się w masce przeciwgazowej. Komentatorzy wiedząc, co się święci, udzielili mu głosu i schowali się za monitorami, by nikt nie łączył ich z tym, co zostanie powiedziane. Blitzchung wykrzyczał slogan protestujących o wyzwoleniu Hongkongu i rewolucji, realizator szybciutko włączył reklamy, a następnie stream zniknął z Twitcha. Dwa dni później, za złamanie regulaminu rozgrywek, Blitzchung został zawieszony na rok, a jego nagroda za udział w sezonie cofnięta. Komentatorzy, mimo zastosowania całkowicie sensownego i rozsądnego środka zaradczego (jest to żart, oczywiście), zostali zwolnieni. A Blizzard zaznaczył publicznie, że poglądy gracza są tylko jego poglądami i nie reprezentują stanowiska firmy.
Wydarzenia przybrały dla korporacji problematyczny obrót, również z uwagi na zbliżający się BlizzCon. Fani, profesjonalni gracze, branża, a nawet sami pracownicy na różne sposoby wyrażają swoje niezadowolenie. Przez internet nadal przetacza się wielka, śnieżna kula bojkotu. By ratować reputację, zawieszenie zawodnika skrócono o pół roku a pieniądze za wygraną przelano na jego konto. On sam wydał oświadczenie, w którym dziękuje Blizzardowi i życzy mu wszystkiego, co najlepsze; sam prezes przerwał zaś milczenie i zapewnił, że relacje firmy z Chinami nie miały tu żadnego znaczenia (czyżby, Blizzard? Czyżby?). Kontrola obrażeń na najwyższym poziomie. Nie ma się co oszukiwać, ta kula jeszcze trochę się poprzetacza, a potem stopnieje i najprawdopodobniej nic po niej nie zostanie – tak działało to do tej pory i nie zanosi się na zmianę. Jeśli jednak opór uda się podtrzymać do chociażby 1 listopada (kiedy to zaczyna się konwent), mamy szansę być świadkami historycznych zdarzeń.
O tym, że BlizzCon jest elementem (lub nośnikiem) popkultury, chyba nie trzeba nikogo przekonywać. Wszystkie konwenty to jedno wielkie skupisko elementów popkulturowych. Fakt, że do popkultury należą również gry – też wydaje się oczywisty. I tutaj zaczynają się schody.
W międzyczasie pojawiło się wiele komentarzy (również na naszym forum), że co ten Blizzard taki polityczny, promuje LGBT+ i w ogóle. Ale gdy wreszcie dzieje się coś ważnego, to umywa ręce. Hipokryzja, ot co. I ja wiem, że wielu się tu ze mną nie zgodzi, ale LGBT to nie polityka. To LGBT. Społeczność osób. I tyle. Pod tym względem argument ten nie jest zatem trafiony. Branie pod uwagę sporej grupy w procesie tworzenia gier powinno być rzeczą naturalną, nie kontrowersyjną. Każdy chce być i ma prawo być reprezentowany w popularnych grach – niezależnie od rasy, płci czy orientacji seksualnej.
Czy Blizzard wykorzystuje tę reprezentację jako element reklamowy do promowania własnej marki? Oczywiście. Czy jest to polityczne? Zapewne tak. Czy powinien to robić? Idealizm nakazuje powiedzieć, że nie. Realizm – że tak działa rynek, PR, marketing, kapitalizm, XXI wiek. Nie ulega wątpliwości, że jedno i drugie (promowanie marki reprezentacją osób nieheteronormatywnych w grach oraz ukaranie Blitzchunga) firma robi dla zysku. Nie ma jednak merytorycznych podstaw (przykro mi!), by te dwie sytuacje zrównywać. Na jednej bowiem ktoś słusznie korzysta, na drugiej – niesłusznie traci.
