Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Hyde Park 10 maja 2011, 11:32

autor: Redakcja GRYOnline.pl

Dead Island – wrażenia naszych czytelników

Jakiś czas temu pięciu naszych Czytelników wybrało się do wrocławskiej siedziby firmy Techland by zobaczyć grywalną wersję Dead Island. Poniżej prezentujemy ich wrażenia!
Poniższy tekst został nadesłany przez naszego czytelnika i został opublikowany w oryginalnej formie.

Jakiś czas temu pięciu naszych Czytelników wybrało się do wrocławskiej siedziby firmy Techland by zobaczyć grywalną wersję Dead Island. Poniżej ich wrażenia – przypominamy, ze każdy z uczestników otrzyma pełną wersję gry po premierze a dodatkowo Wy, głosując na oficjalnym profilu Dead Island na Facebooku, możecie wybrać tekst, który najbardziej przypadł Wam do gustu. Zwycięzca otrzyma kupon o wartości 200 zł na zakupy w sklepie.gry-online.pl.

Redakcja również wybierze zwycięzcę, ale ujawnimy go dopiero po zakończenia głosowania na Facebooku (16 maja 2011).

Reaktywacja działu Hyde Park!

Pisanie o zombie jest świetną okazją do reaktywacji zapomnianego działu Hyde Park, w którym publikujemy teksty nadesłane przez naszych Czytelników. Jeżeli chcesz, żeby Twój tekst znalazł się nieodpłatnie na łamach gry-online.pl, wyślij go na adres lukasz.malik [małpa] gry-online [kropka] pl z tematem Hyde Park. Zastrzegamy sobie prawo do publikacji wybranych tekstów.

Poniższe teksty publikujemy w oryginalnej formie, nie poddaliśmy ich korekcie.

Basza

Słówko od Techlandu: Poniższy tekst nie odnosi się do fabuły gry Dead Island, ale w luźny sposób pokazuje klimat i wrażenia z pokazu tego tytułu.

To miały być wymarzone wakacje, które przy okazji dałyby mi kupę szmalu. Mój menadżer mówił „Stary, mam dla Ciebie świetną okazję do zarobienia kasy, wystarczy że wskoczysz w samolot na Banoi, dasz występ przed bandą zapitych turystów, zgarniesz łatwą kasę, a po koncercie zaliczysz jedną czy dwie cycate Europejki!”. No i jak mogłem mu odmówić? Teraz, gdy siedzę na tej przeklętej wyspie już kawał czasu, ranny, wymęczony, mam naprawdę dość wszystkiego. Czy ten koszmar nie może się skończyć? Choć podejrzewam, że najgorsze dopiero przede mną...

Nic nie wskazywało, że tak to się wszystko potoczy, gdyż Banoi to prawdziwy raj na ziemi. Długie, piaszczyste plaże, na których do woli można się wylegiwać pod parasolem lub palemką, piękny hotel wraz z kompleksem basenów i budkami, gdzie podają drinki, wspaniałe widoczki niczym z widokówki. Razem z ekipą wypiliśmy kilka piwek, by na scenie zrobić lepszy show, a późnym wieczorem chwyciłem w dłonie mikrofon i było po prostu rewelacyjnie. Jak Ci ludzie się bawili... Prawie jak za starych, dobrych czasów, gdy dawałem koncerty na największych światowych arenach. Kilka życiowych zakrętów spowodowało, że moja sława przeminęła, a ja muszę sobie jakoś radzić w tym brutalnym świecie, rapując nawet na małych wysepkach. Ale człowieku, kocham to ponad wszystko! Tu było podobnie, lecz w pewnym momencie jakiś zapity ryj wskoczył na scenę i zaczęła się demolka. Wiele z niej nie pamiętam, bo ktoś mnie uderzył, później słyszałem jakieś krzyki i straciłem przytomność.

Ocknąłem się w małej chacie, a nad moją głową wrzeszczeli jacyś ludzie. Chcieli mnie zabić, bo okazało się, że wszyscy uczestnicy imprezy zamienili się w krwiożercze bestie, atakując przy okazji innych. Ze mną coś było nie tak, bo pomimo wielu ran jakimś cudem wciąż byłem sobą i tylko moja szybka reakcja na ich krzyki spowodowała, że nie dostałem bejsbolem w łeb. Błyskawicznie oprzytomniałem i zobaczyłem, że ocalałych jest jeszcze kilku, a wśród nich także i Ci, którzy też są odporni na tą cholerną zarazę. Czy to fart czy raczej przekleństwo? Wtedy się nad tym nie zastanawiałem. Lecz wiedziałem jedno – skoro tak łatwo mnie nie zabiją, to zrobię wszystko, by wydostać się z tego „przeklętego raju”.

Okazja nadarzyła się zaskakująco szybko – jednego z ratowników dopadło kilku truposzy, lecz na szczęście byli oni dość powolni, przez co wystarczyły dwa ciosy wiosłem przez łeb i już wszyscy leżeli. Jak na rozgrzewkę w sam raz. Co prawda moja broń też ucierpiała, lecz zaraz obok znalazłem sporych rozmiarów młotek, który również mogłem spokojnie wykorzystać w walce. Na pewno lepsze to niż gołe pięści. Wysłano mnie, bym oczyścił jeden z posterunków na plaży, a że nie miałem lepszego zajęcia to od razu tam ruszyłem. Po drodze trafiłem na kolejne grupki zombie, lecz z nimi już trzeba było troszkę pokombinować. Jednak człowiek szybko się uczy i po kilku takich potyczkach pojąłem, że jednego można walnąć w łeb, a innemu wystarczy połamać ręce lub nogi, by się uspokoił. W dodatku jakiś mądrala pozostawiał instrukcje, jak połączyć ze sobą kilka znalezionych tu i ówdzie przedmiotów i zrobić z nich coś odjazdowego. Właśnie dzięki nim stworzyłem elektryczną maczetę oraz wybuchowe noże! Gdyby moi kumple wiedzieli, że ze mnie taki MacGyver to by się nieźle uśmiali.

Z nowymi zabawkami szło mi o wiele lepiej, w dodatku szybko nauczyłem się kilku sztuczek. Truposza można zatłuc na śmierć, uciąć mu ręce czy głowę, ale czasem nie warto się męczyć, bo wystarczy go przewrócić i skoczyć mu na łeb, który pęka jak arbuz! Sytuacja się zmieniła, gdy ruszyło na mnie kilku płonących gości, ale przecież młotkiem czy maczetą równie dobrze można rzucić, a gdy będzie już po wszystkim, spokojnie wyjąć z ubitego trupa. Poradziłem sobie też ze śmierdzącym jak szambo wielkoludem, którego rozwaliłem na kawałki dzięki butlom z gazem, a chwilę później byłem już na posterunku. Po korytarzach pałętało się jeszcze kilku zombiaków, lecz nabyte w walce doświadczenie spowodowało, że i z nimi dałem sobie radę. Posterunek był już czysty, a chwilę później dołączyli do mnie inni ocalali. To miejsce było dla nich idealnym schronieniem, które dawało przynajmniej nadzieję na spokojne przeżycie kolejnego dnia.

Wiem, że wcześniej byłem draniem, który lał na wszystko, lecz teraz pojąłem, że ludzkie życie jednak coś znaczy i czasem warto zaryzykować, by komuś pomóc. Choć wciąż nie wiem, dlaczego nie zamieniłem się w zombie i co tak naprawdę wydarzyło się na wyspie, ale wraz z trzema innymi osobami, które mają ten sam problem co ja, ruszamy dalej i w końcu się tego dowiemy. Mam tylko nadzieję, że uda nam się to zrobić, zanim te setki błąkających się po wyspie bestii rozszarpią nas na kawałki...