Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Into the Breach Recenzja gry

Recenzja gry 27 lutego 2018, 17:30

autor: Adam Zechenter

Redaktor. Historyk. Miłośnik strategii, gier sieciowych i dobrej literatury.

Recenzja gry Into the Breach – mała strategia, dużo frajdy

Gdyby Pacific Rim przerobiono na strategię w stylu XCOM-a w skali mikro, to powstałoby właśnie Into the Breach, nowa gra twórców hitowego FTL. Warto zainteresować się tą pozycją? Warto!

Recenzja powstała na bazie wersji PC. Dotyczy również wersji Switch

Po latach niczym niezakłócanego rozwoju ludzkość stanęła w obliczu zagłady. Ziemię zaatakowały gigantyczne kaiju-podobne stwory. Jeżeli nic im nie przeszkodzi, owadzie potwory wielkości budynków rozniosą w pył naszą rasę. Jedyną szansą ludzkości są potężne mechy i ich dzielni operatorzy – jeśli uda im się zniszczyć podziemny ul najeźdźców, ocalą świat. A jeśli polegną? Wtedy otworzy się szczelina w czasie i piloci wrócą do początku swojego zadania, bogatsi o doświadczenia z nieudanej próby.

To nie jest fabuła kolejnej odsłony Pacific Rim ani żadnego odcinka Doctora Who – taką historię opowiada Into the Breach, nowa gra twórców FTL: Faster Than Light. Niezależna strategia turowa, która zmusza szare komórki do intensywnej pracy, wciąga fajnym systemem osiągnięć i zachwyca niezłymi, a zarazem banalnymi pomysłami.

Lubisz główkować? Niestraszne Ci przegrywanie i rozpoczynanie zabawy od nowa? Doceniasz gry, które szanują Twój czas? To jesteś we właściwym miejscu.

Recenzja gry Into the Breach – mała strategia, dużo frajdy - ilustracja #1
Wygląda na łatwą grę, prawda? BŁĄD!

Mania główkowania

PLUSY:
  1. wysoki, ale nie frustrujący poziom trudności;
  2. banalne zasady, które wcale nie oznaczają prostej rozgrywki;
  3. kapitalnie zaprojektowany interfejs, dzięki któremu łatwo zarządza się jednostkami w trakcie walk;
  4. wysoka regrywalność, wzmocniona powiązanym z grą systemem osiągnięć;
  5. 8 składów mechów, którymi walczy się zupełnie inaczej;
  6. zwykłych graczy usatysfakcjonuje w 10 godzin; hardkorowców zatrzyma przy sobie na dużo dłużej;
  7. syndrom jeszcze jednej rozgrywki.
MINUSY:
  1. pikselartowa oprawa i muzyka są niezłe, ale słabsze niż w FTL-u (tak, to subiektywne wrażenie).

Into the Breach to strategia turowa będąca czymś w rodzaju minimalistycznej wersji XCOM-a. Dowodzimy w niej trzema mechami, a starcia z gigantycznymi kaiju-insektami toczymy na malutkich planszach, składających się z 64 pól. W trakcie rozgrywki, w której musimy dotrzeć do wrogiego ula i zniszczyć ową wylęgarnię owadziego tałatajstwa, staczamy od 10 do 20 takich starć, a jedno udane przejście gry zajmuje od jednej do kilku godzin.

Podstawowe zasady walki w Into the Breach są banalnie proste. Oto trafiamy na kieszonkową mapę, na której pojawia się kilku przeciwników. Po wybraniu punktów startowych dla naszych mechów wrogowie przemieszczają się i oznaczają swoje cele – nasze maszyny, punkty, których należy bronić, czy budynki mieszkalne (o których jeszcze wspomnę). Następnie mamy szansę zareagować – każdy z naszych stalowych potworów może się ruszyć i zaatakować, a właściwym celem gracza jest przetrwać określoną liczbę tur, np. 5.

Tutaj właśnie rozpoczyna się główkowanie, bo ataki mechów poza zadawaniem obrażeń powodują również różne efekty dodatkowe – a to przesuwają trafionego przeciwnika o jedno pole, a to anulują jego zaplanowany atak czy przestawiają obiekty znajdujące się na polach sąsiednich względem tego, gdzie padł pocisk. Na sam koniec tury insekty, które dotrwały do tego momentu, przystępują wreszcie do natarcia, realizując zaplanowane na początku tury ataki. Jeśli mądrze je przesunęliśmy, to mogą oddać strzał np. w swojego owadziego towarzysza czy poza mapę.

Każde starcie w Into the Breach to mała zagadka logiczna – jak szachy w miniaturze. Ciągle kombinujemy, bo cały czas brakuje nam ruchów – mamy tylko trzy mechy, przeciwników jest więcej i w zależności od rodzaju mogą atakować po kilka celów naraz lub unieruchamiać je pajęczyną. To, co na pierwszych paru mapach wydaje się proste, szybko staje się coraz bardziej skomplikowane, bo nasze maszyny zyskują dodatkową broń, a wrogowie pojawiają się w coraz potężniejszych odmianach.

Co jakiś czas zamierałem przed komputerem na parę minut kombinując, jak by tu w danej turze uniknąć nadmiernych strat. Przesuwałem „na sucho” mechy i testowałem kolejne rozwiązani, świetnie się przy tym bawiąc. I to jest właśnie najlepsze w Into the Breachpoziom trudności okazuje się naprawdę wysoki, choć nie frustrujący, i potrafi wybaczyć parę błędów. Nie za dużo, bo zdarzyło mi się ponieść klęskę przez jeden nieprzemyślany ruch. Zmusza jednak do ostrego główkowania i choć przegrywamy co chwilę, to trudno się od zabawy oderwać.

DRUGA OPINIA

Recenzja gry Into the Breach – mała strategia, dużo frajdy - ilustracja #2

Nie znam chyba gry (poza szachami), do której bardziej pasowałaby formuła „easy to learn, hard to master”. Niskie wymagania sprzętowe Into the Breach i szybkie rozgrywki to atuty, dzięki którym gra zagości na dłużej na moim laptopie. Nie wiem, czy tytuł pobije sukces FTL-a, który był moim hitem w podróżach przez kilka lat, ale po paru dniach dostrzegam u siebie syndrom „jeszcze tylko jednej mapki”.

Mariusz Klamra

Recenzja gry Into the Breach – mała strategia, dużo frajdy - ilustracja #3
Lepiej przygotujcie swoje giwery, bo wyspy są aż cztery.

Wspominałem, że niektóre cele owadów to budynki pełne bezbronnych mieszkańców. W ciągu rozgrywki nie możemy pozwolić na zniszczenie zbyt wielu z nich, bo utrata wszystkich oznacza oczywiście porażkę (nie bez przyczyny pasek symbolizujący budynki przypomina pasek życia naszego statku w FTL-u). Zabawa polega więc na tak przemyślanym zarządzaniu surowcami (w tym wypadku – ruchami i atakami naszych mechów), żeby obronić budynki (czyli punkty życia), mechy (bo po zniszczeniu tracimy cennego pilota), a także cele danej misji (bo dostajemy za nie punkty prestiżu, które są konieczne, by rozwijać nasze „pojazdy opancerzone” i sprostać rosnącemu poziomowi trudności). A czasem trzeba wybrać, co lepiej stracić, np. cenny punkt życia czy pilota w mechu.

Oceny redaktorów, ekspertów oraz czytelników VIP ?

Saint GutFree Ekspert 2 września 2018

(PC) Pod minimalistyczną oprawą i prostymi zasadami Into The Breach kryje się produkcja, przy której można spędzić dziesiątki godzin. Każde podejście do kampanii zajmuje tu maksymalnie jeden wieczór, ale kombinowanie z nowymi ulepszeniami i zestawami mechów sprawia, że fabułę można kończyć raz po raz. A że maszyny posiadają kompletnie inne wady i zalety, wszystkie osiem brygad oferuje całkowicie nowe wyzwanie. Bardzo przyjemna rozrywka, przy której można siąść zarówno na parę chwil, jak i wsiąknąć na cały dzień. Szkoda tylko, że Subset Games nie pokusiło się na razie o wersję na urządzenia mobilne.

8.0
Recenzja gry Iron Harvest – RTS, który niczym cię nie zaskoczy
Recenzja gry Iron Harvest – RTS, który niczym cię nie zaskoczy

Recenzja gry

Jak często się zdarza, żeby seria grafik stała się popkulturową marką? Iron Harvest, oparte na pracach Jakuba Różalskiego jest jedynym takim przypadkiem, jaki znam, a czy jest dobrą grą? Niezłą, ale…

Recenzja Crusader Kings 3 – ta gra nie ma konkurencji
Recenzja Crusader Kings 3 – ta gra nie ma konkurencji

Recenzja gry

Najbardziej kompleksowy symulator średniowiecznego władcy powraca po ponad ośmiu latach. To absolutnie potężny ogrom możliwości z dwiema poważnymi wadami.

Recenzja gry Desperados 3 – strzał w dziewiątkę!
Recenzja gry Desperados 3 – strzał w dziewiątkę!

Recenzja gry

Dzięki ekipie Mimimi Games do łask wrócił gatunek gier kojarzonych przede wszystkim z niezapomnianą serią Commandos. W drugim podejściu do tematu, niemieckie studio zabrało się za przywrócenie do życia marki Desperados.