Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 21 marca 2003, 13:07

autor: Shuck

Freelancer - recenzja gry

Symulator kosmiczny twórców Starlancera. Przenosi nas w przyszłość, aż do schyłku XXX stulecia. Po zakończeniu Pierwszej Wojny Układu Słonecznego, której historię mogliśmy doświadczyć w Starlancerze, cztery ludzkie klany władają znanym kosmosem...

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

Bo nie wie, co to orgazm, kto nie zagrał we „Freelancera”... Od ponad piętnastu już lat, okazyjnie pojawia się w mojej głowie pytanie natury ostatecznej: jaką jedną grę zabrałbym ze sobą na bezludną wyspę, gdybym miał na niej spędzić resztę życia? Odpowiedzi nie byłem w stanie znaleźć. Może byłby to „Fallout”? Może „Arcanum”? Może „UFO”? Może „Jagged Alliance”? Może „Cywilizacja”? Może „SimCity”? Może „Frontier”? Może „Privateer”? A może „Visual C++”? :-) Piętnaście lat musiałem czekać, aż odpowiedź na to pytanie okaże się oczywista. Byłby to „Freelancer”. Aczkolwiek owa oczywistość tego faktu zaistniała dopiero po 20 godzinach gry.

Zanim zabrałem się za spisanie własnych wrażeń w postaci niniejszej recenzji, zdążyłem tu i ówdzie zasłyszeć, tudzież przeczytać sporo sprzecznych opinii o „Freelancerze”. Mniejsza o zachwyty – te uważam za naturalną reakcję i sam ich nieco w najbliższych akapitach wyleję – lecz nie mogę przejść obojętnie obok odżegnywania tej przepięknej gry od czci i wiary na podstawie li tylko rzucenia na nią okiem. Uwagi krytyczne wysuwane pod adresem „Freelancera” daje się streścić w stwierdzeniu: konsolowa strzelanka, kudy jej do „Frontiera”. Akurat za nieszczęśliwy odbiór gry jako prostej, kosmicznej strzelanki ponoszą winę jej autorzy, którzy zdecydowali się na niepopularny w symulatorach kosmicznych zabieg – od pierwszych kilknięć myszą gracz zostaje rzucony w wir przygody, fabuły, która steruje jego poczynaniami i znakomicie pomniejsza jego swobodę poczynań. Z całą pewnością był to ukłon wobec graczy mniej wymagających, przyzwyczajonych do gier jak najbardziej konsolowych. Graczy, którzy mogliby sami z siebie nie wiedzieć, co ze sobą począć, gdyby znaleźli się ot tak na jakiejś planecie z pewną ilością gotówki na intergalaktycznym koncie, w posiadaniu rozpadającego się stateczku, który wybuchnie przy pierwszej próbie startu. Podobnie domyślnie ustawiony widok kamery z zewnątrz statku przywodzi na myśl konsolowe strzelanki i jeśli kontakt z „Freelancerem” skończył się na tym etapie, zła opinia o nim ma swoje uzasadnienie. Drugi zarzut, z którym się parę razy spotkałem – zarzut, iż „Freelancer” nie jest podobny do „Frontiera” – jest już niepoważny. „Frontier” jest dziełem pana Philipa Brabena, a gry, które mają ambicję i czelność się podpisywać pod czerpaniem z jego koncepcji to seria wyrosła na „X – Beyond the Frontier”. Tymczasem „Freelancer” powstał w głowie pana Chrisa Robertsa, człowieka odpowiedzialnego za powstanie niezapomnianego „Privateera”. Wszystko są to symulatory kosmiczne, swego rodzaju kosmiczne erpegi, lecz znacznie różnią się podejściem do tematu. O ile „Frontier” i oczywiście prekursorska „Elite” stawiały na jak największą swobodę poruszania się i poczynań oraz na model wszechświata stosunkowo... prawdopodobny, o tyle „Privateer” dawał niewiarygodny nastrój, nostalgię podróży i poczucie czającej się w przestrzeni i w czasie tajemnicy. Druga część „Privateera” zaproponowała nieco inny model wszechświata jak i inną wagę odbywanych przygód i dlatego ilekroć się odwołam do „Privateera”, mieć będę na myśli jego pierwszą część.

Tym sposobem dojrzało do wysłowienia najważniejsze stwierdzenie, jakie o „Freelancerze” paść może – „Freelancer” jest bardzo dokładnym remake’m pierwszego „Privateera”. Po prostu po dziesięciu latach gracze podówczas zakochani w „Privateerze” – tacy jak ja – wciąż by sobie w niego pograli, a tymczasem technika poszła do przodu, 320x200 w oczy kole, a schemat walki huzia-en-face-i-niech-przeżyje-silniejszy już nie bawi. Dlatego czas był po temu najwyższy, by „Privateer” odmłodniał. I tak się stało.

Recenzja Animal Crossing: New Horizons – gry, która się nie spieszy
Recenzja Animal Crossing: New Horizons – gry, która się nie spieszy

Recenzja gry

Animal Crossing: New Horizons stanie się częścią waszej codziennej rutyny. Obok pracy, szkoły, obiadów i spotkań ze znajomymi każdego dnia będziecie więc łapać motyle i łowić ryby. I będziecie się z tego cieszyć, jak dzieci.

Recenzja gry Farming Simulator 19 Platinum Edition – Dój krowy póki gorące
Recenzja gry Farming Simulator 19 Platinum Edition – Dój krowy póki gorące

Recenzja gry

Ledwo co przeżyliśmy koniec lata, termometry pikują w dół, a Giant Software próbuje nakłonić nas, abyśmy założyli wypchane słomą gumiaki i ruszyli dziarsko na farmę. Zgadzamy się na to, bo Platinum Edition to wciąż stary dobry Farming Simulator 19.

Recenzja Ancestors: The Humankind Odyssey – frustrujaca gra, którą polubiłem
Recenzja Ancestors: The Humankind Odyssey – frustrujaca gra, którą polubiłem

Recenzja gry

Ancestors: The Humankind Odyssey udowadnia, że w gatunku sandboksów i survivali jest jeszcze miejsce na oryginalny klimat i ciekawe mechaniki. Szkoda tylko, że sporo tych rozwiązań jednocześnie sprawia, że zdecydowanie nie jest to gra dla każdego.