Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Warhammer 40,000: Sanctus Reach Recenzja gry

Recenzja gry 20 stycznia 2017, 15:01

autor: Hubert Sosnowski

Szop w przebraniu. Łowca ciastek. Pisuje o grach, filmach i serialach, a zdarza się, że i prozę.

Recenzja gry Warhammer 40,000: Sanctus Reach – turowa strategia dla hardkorowców

Pamiętacie żywe szachy z Harry’ego Pottera? Jeśli zawsze chcieliście zagrać w ich odpowiednik ze świata Warhammera 40,000, to znaleźliście właściwą pozycję – w postaci Sanctus Reach ze stajni Slitherine.

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

PLUSY:
  1. wciągająca;
  2. trudne, urozmaicone starcia na zróżnicowanym terenie;
  3. klimat Warhammera 40,000;
  4. przyzwoita grafika ze smaczkami dla fanów;
  5. wystarczy na długie godziny.
MINUSY:
  1. nie dla każdego;
  2. kapryśna SI;
  3. błędy techniczne i problemy z płynnością animacji;
  4. szczątkowo zarysowana fabuła.

Warhammer 40,000 to fascynujące zjawisko. Wielki, mroczny świat, trawiony odwiecznymi konfliktami, jest pełen zepsucia i dekadencji. To dystopia, w której na ołtarzu bezpieczeństwa ludzkość składa wolność myśli i wyznania, bo tak nakazał Bóg-Imperator. I co straszniejsze – miał rację, gdyż na człowieka czyhają tutaj rozmaite siły – z orkami oraz Chaosem na czele. Mogliśmy poznać ten świat dzięki książkom, papierowym RPG, a także kilku grom, z cyklem Dawn of War na czele.

Fundamentem uniwersum są oczywiście starcia figurek. Warhammer 40,000: Sanctus Reach odwołuje się do tych korzeni, stawiając na działania wojenne. I nie bierze jeńców.

Wieczna wojna

Dzieło studia Straylight to strategia turowa, w której na zamkniętych arenach toczymy pojedynki z wrogami. Wybieramy oddziały przed każdą misją i ruszamy do boju, by sprać zielonoskórych. Fabuła? Owszem, występuje w umiarkowanych ilościach i ładnie wpisuje się w tło świata, na pewno zadowoli więc miłośników Warhammera. Oto stajemy na czele Space Wolves, oddziału kosmicznych marines, którzy starają się odeprzeć inwazję orków. Historię tę przedstawiono jednak w oldskulowy sposób, w ramkach tekstowych przed każdą misją. To bardziej ekspozycje niż opowieść, przez co całość jest mało interesująca.

Nawet jeśli w trakcie kampanii pojawiają się znani bohaterowie – jak mistrz zakonu Space Wolves czy jego przyboczni – dla większości odbiorców będą po prostu silniejszymi jednostkami. Jeśli ktoś zatem szuka choćby odrobiny angażującej fabuły jako motywacji do starć (bo np. wychował się na Disciples 2 lub Jagged Alliance 2), może mieć problem – albo musi zdać się na wyobraźnię. Na szczęście szybko przestaje nam to przeszkadzać.

Recenzja gry Warhammer 40,000: Sanctus Reach – turowa strategia dla hardkorowców  - ilustracja #1
Dobrze pokierowani bohaterowie i mechy potrafią ocalić skórę nawet w krytycznej sytuacji.
Recenzja gry Warhammer 40,000: Sanctus Reach – turowa strategia dla hardkorowców  - ilustracja #2
Parę śrubek i będzie jak nowy.

Historia w Sanctus Reach to tylko smaczek dla zapaleńców – czasem znajduje fajne odzwierciedlenie w postaci niektórych obiektów na mapie (np. płonący zestrzelony transporter, z którego cudem wyskoczyli żołnierze). Esencję gry stanowi jednak walka pancernych oddziałów Imperium z hordami krwiożerczych zielonoskórych. I ten element wyszedł porządnie. Dowodzimy piechotą, pojazdami, mechami, a czasem lotnictwem. Nasze cele sprowadzają się zazwyczaj do obrony lub przejmowania kolejnych terytoriów, ale zdarzają się małe urozmaicenia. Żadnej dyplomacji czy ekonomii w stylu Total War tu natomiast nie uświadczymy – jedynie strategiczną rzeź w słusznej sprawie.

Recenzja gry Warhammer 40,000: Sanctus Reach – turowa strategia dla hardkorowców  - ilustracja #3

Warhammer 40,000 to bardzo złożone uniwersum z rozbudowaną mitologią. I jeśli chcemy się w tym wszystkim połapać, warto zajrzeć do fanowskiej Wiki oraz sięgnąć po kilka książek – np. cykl Herezja Horusa – które prezentują kluczowe momenty w historii świata oraz zaznajamiają z najważniejszymi postaciami.

Sanctus Reach może pochwalić się różnorodnością jednostek w obrębie każdej formacji, dzięki czemu raczej nie będziemy narzekać na nudę. Wśród samej piechoty mamy rozmaite rodzaje strzelców: bijących się na różnych dystansach, korzystających z karabinów, laserów, miotaczy ognia bądź mieczy – do walki w zwarciu. Do tego dochodzą potężni dowódcy dysponujący zdolnościami specjalnymi, które mogą przeważyć szalę zwycięstwa na naszą stronę. Jedni zagrzewają do walki, inni stosują ataki obszarowe bądź leczą swoich.

Starcia są długie (zaliczenie jednej mapy potrafi zająć nawet kilka godzin), wymagają cierpliwości, sprytu i planowania wielu ruchów naprzód. Jeśli chcecie porządnie przysiąść do zabawy, to zabezpieczcie sobie dobrych kilka godzin na wieczór. Zdarzają się naprawdę niełatwe potyczki, ale gra traktuje nas sprawiedliwie. Zwycięstwa sprawiają satysfakcję, a po porażce raczej łatwo się zorientować, gdzie popełniliśmy błąd.

Recenzja Gloria Victis: Siege Survival - średniowieczne This War of Mine
Recenzja Gloria Victis: Siege Survival - średniowieczne This War of Mine

Recenzja gry

Na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka, Siege Survival jest klonem This War of Mine. Grupa cywilów próbuje przetrwać w oblężonym mieście. Dalej zaczynają się różnice, które sprawiają, że nowa polska gra jest zarówno lepsza, jak i gorsza.

Recenzja gry Endzone: A World Apart - radioaktywny city-builder
Recenzja gry Endzone: A World Apart - radioaktywny city-builder

Recenzja gry

Survivalowy city builder w wykonaniu studia Gentlymad to tytuł ze wszech miar godny uwagi, aczkolwiek pod pewnymi warunkami. Jakimi? Dowiecie się z naszej recenzji.

Recenzja gry Twierdza: Władcy wojny - solidnie, ale czy to wystarczy?
Recenzja gry Twierdza: Władcy wojny - solidnie, ale czy to wystarczy?

Recenzja gry

Twierdza: Władcy wojny otwiera nowy rozdział w historii Firefly Studios i przenosi nas w nowe dla serii klimaty. Czy to wystarczy, żeby Stronghold: Warlords zdobyło serca graczy?