Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon TvFilmy
Wiadomość filmy i seriale 14 maja 2022, 09:30

autor: Marek Jura

Marvel nie da rady bez Thanosa. Nie wierzę w kolejny sukces na miarę Avengers: Endgame

Po sukcesie Końca gry wydawało się, że następne filmy o podobnym rozmachu będą tylko kwestią czasu. Zmienić się mógł jedynie złoczyńca. Sam pisałem o tym, kto mógłby nim być. Dziś coraz więcej wskazuje na to, że drugiego Thanosa po prostu nie będzie.

Oczywiście następny wielki złoczyńca w MCU się pojawi. A w zasadzie już pojawił. Mowa oczywiście o Kangu Zdobywcy, debiutującym w Lokim. Tyle że wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż nie uda mu się powtórzyć sukcesu poprzednika. I to nawet nie dlatego, że wyczerpała się formuła kina superbohaterskiego (choć to też może niedługo nastąpić, ale to temat na inny artykuł), tylko z powodu, że może być wyjątkowo trudno drugi raz przekonać widzów z całego świata, iż następny finał będzie jeszcze bardziej widowiskowy, znaczący i już naprawdę, naprawdę ostateczny. Ale żeby nie utknąć w samych rozważaniach, przyjrzyjmy się liczbom.

Marvel nie da rady bez Thanosa. Nie wierzę w kolejny sukces na miarę Avengers: Endgame - ilustracja #1

Avengers: Endgame, 2019, reż. Anthony Russo, Joe Russo

Koniec gry i Wojna bez granic wciąż na szczycie

Największe zyski przyniosła producentom trzecia faza MCU. W niej znalazło się aż sześć filmów, zyski z których przekroczyły miliard dolarów. Prym wiedzie tu oczywiście Avengers: Koniec gry z wynikiem niemal 2,8 miliarda dolarów. Finałowi sagi Thanosa ustępuje nieco Wojna bez granic – udało jej się zebrać łącznie trochę ponad 2 miliardy dolarów. Trzeci Kapitan Ameryka, będący tak naprawdę kolejnymi Avengersami, tyle że bez tej nazwy w tytule, zgromadził solidne niemal 1,2 miliarda. Kapitan Marvel i Spider-Man: Daleko od domu mogły pochwalić się zyskami w wysokości 1,1 miliarda, natomiast Czarna Pantera 1,3 miliarda.

Marvel nie da rady bez Thanosa. Nie wierzę w kolejny sukces na miarę Avengers: Endgame - ilustracja #2

Avengers: Endgame, 2019, reż. Anthony Russo, Joe Russo

W fazie pierwszej największe zyski przynieśli oczywiście pierwsi Avengersi – 1,5 miliarda. W drugiej miliard dolarów przekroczyły Iron Man 3 (1,2 mld) i Avengers: Czas Ultrona (1,4 mld). W czwartej fazie jak dotąd udało się to jedynie najnowszemu „Pajączkowi” (niemal 1,9 mld). Wynik tego ostatniego może imponować, ale pamiętajmy, że poza fanami MCU przyciągnął on do kin ogromną rzeszę widzów pamiętających dwie poprzednie inkarnacje Spider-Mana oraz jego wrogów. Doctor Strange: W multiwersum obłędu wciąż jest wyświetlany w kinach, więc trudno przewidzieć, jaki wynik uda się ostatecznie uzyskać.

Superbohater na emeryturze

Jeżeli chodzi o serie singlowe, najwięcej dla MCU zrobił (i prawie najwięcej zarobił) Iron Man. Robert Downey Jr. przyciągnął przed ekrany miliony. Gdyby nie jego interpretacja Starka, prawdopodobnie projekt nie okazałby się na tyle opłacalny, by Avengersi mogli kiedykolwiek powstać. Niemal tak samo jasno świeciła zresztą gwiazda Scarlett Johansson, przez lata wcielającej się w Czarną Wdowę. Jej solowy film może nie zawojował box office’u, ale pamiętajmy też, że jego premiera odbyła się w czasie pandemii.

Rezygnacja dwójki najpopularniejszych aktorów franczyzy nie mogła pozostać bez wpływu na wyniki finansowe. Choć oboje dostali godne pożegnania, nowe gwiazdy póki co nie zyskały jeszcze estymy porównywalnej z tą, którą widzowie darzą Downeya Jr. i Johansson. Tę listę prawdopodobnie możemy uzupełnić o Chrisa Evansa (choć w MCU nie takie rzeczy jak odmłodzenie stulatka już się działy) i Dave’a Bautistę. Filmowy Drax od jakiegoś czasu przebąkuje o emeryturze, a ostatnio James Gunn potwierdził, że po trzecich Strażnikach z uniwersum pożegna się połowa najważniejszych bohaterów. Możemy więc śmiało założyć, że jednym z nich będzie właśnie postać grana przez Bautistę.

Marvel nie da rady bez Thanosa. Nie wierzę w kolejny sukces na miarę Avengers: Endgame - ilustracja #3

Iron Man, 2008, reż. Jon Favreau

Z aktorów nieplanujących jeszcze superbohaterskiej emerytury największe zyski gwarantuje Tom Holland. Młody Spider-Man niezmiennie przyciąga do kin największą liczbę widzów. I prawdopodobnie na niego postawią włodarze MCU w kolejnych etapach rozwoju nowej sagi. Pytanie jednak, czy sam Holland będzie w stanie udźwignąć na swoich barkach ciężar całego projektu, nawet jeżeli po drodze przydarzy mu się słabszy film?

Czy Hollywood może jeszcze obyć się bez Chin?

Wróćmy jeszcze na chwilę do statystyk. Pierwszy film MCU, Iron Man, zarobił w sumie 586 milionów dolarów, z czego 319 na rodzimym rynku i „tylko” 267 na globalnym. Zyski z seansów w USA i Kanadzie były więc wyraźnie większe niż w Europie, Azji, Australii, Afryce i Ameryce Południowej razem wziętych. Pierwsi Avengersi odwrócili te proporcje, na swoim podwórku inkasując 623 miliony, a poza nim 895 milionów. I to już była spora różnica. Statystyki rozjechały się jednak najmocniej w przypadku Endgame’u. Finał sagi z Thanosem zarobił w USA i Kanadzie 858 milionów. Na globalnym rynku dołożył zaś do tego aż 1,939 miliarda, czyli przeszło dwa razy więcej. Lwia część tej kasy pochodziła z Chin.

Państwo Środka stało się na przestrzeni kilku lat oczkiem w głowie Marvela. Nie, żeby Hollywood nie liczyło się z Chinami wcześniej. Wymowne były słowa Michaela Eisnera, jednego z poprzednich prezesów Disneya, który po ostrej reakcji rządu w Pekinie na film Martina Scorsese Kundun – życie Dalajlamy pojechał osobiście spotkać się z premierem ChRL-u, by przeprosić... za jego powstanie! „Wielka szkoda, że Kundun został zrealizowany, ale na szczęście nikt go nie obejrzał” – powiedział wtedy.

Ostatnio chiński rząd usunął z cenzurowanego przez siebie internetu wszelkie wzmianki o Keanu Reevesie, bo ten pojawił się na koncercie – wyrazie sprzeciwu wobec okupacji Tybetu. John Cena zaś musiał publicznie kajać się za to, że określił Tajwan mianem państwa, bo przecież to część Chin. A w Mission Impossible III twórcy sami wycięli scenę z wiszącą na sznurku w Szanghaju podartą bielizną, by przypadkiem nie urazić chińskiego rządu. A to wciąż tylko czubek góry lodowej.

Marvel nie da rady bez Thanosa. Nie wierzę w kolejny sukces na miarę Avengers: Endgame - ilustracja #4

Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings, 2021, reż. Destin Daniel Cretton

Chińczycy cenzurują hollywoodzkie filmy, dopuszczając zresztą do swoich kin tylko część z nich. Odrzucony (albo inaczej: jego premiera oficjalnie opóźniła się o nieokreślony czas) został również Shang-Chi, wyprodukowany przez włodarzy MCU między innymi z myślą o zjednaniu właśnie chińskiego odbiorcy. Nie zmienia to jednak faktu, że dotychczas Marvel najwięcej zarabiał właśnie w Chinach. I nie chcąc narazić się ani środowisku postępowych Europejczyków, ani pekińskich konserwatystów, długi czas balansował na bardzo cienkiej linie.

Problem ten dotyczy również innych blockbusterów – z Tajemnic Dumbledore’a Chińczycy wycięli sceny bezpośrednio sugerujące homoseksualny romans. MCU oberwało jednak ostatnio jeszcze gorzej. Do chińskich kin nie trafił bowiem wcale Doctor Strange (a wcześniej poza Shang-Chi także Eternalsi i Spider-Man: No Way Home). I znów poszło o różnice światopoglądowe. Choć podobno najbardziej pekińskie władze uraziła nie homoseksualna postać Ameriki Chavez, a fakt, że w filmie przez chwilę widać... gazetę The Epoch Times, która niejednokrotnie krytykowała władze ChRL-u. Brzmi absurdalnie? Pewnie. Najgorsze jednak, że opłacalność kolejnych wielkich widowisk może zależeć właśnie od kaprysów chińskiej cenzury. A ta ostatnia jest wyjątkowa niełaskawa dla produkcji MCU.

Co 50 projektów to nie jeden

Ale wróćmy do samego Thanosa. Do tej pory wszystkie filmy były pośrednio bądź bezpośrednio powiązane z Kamieniami Nieskończoności i samym Szalonym Tytanem. Wątek przewodni dało się zauważyć łatwo, nawet widzowi niezaznajomionego ze wszystkimi produkcjami spod znaku MCU. Wyrazisty złol intensyfikował uczucia fanów – nieważne, czy biorących go w obronę, czy też nieuznających zasadności jego wizji naprawy świata. Liczyło się to, że był. I udało mu się zebrać przeciwko sobie wszystkich superbohaterów.

Z Kangiem czy też innym wielkim antagonistą może już nie być tak samo. Multiwersum podzieliło superherosów – dosłownie i w przenośni. Niektórzy z nich nie żyją, inni się zestarzeli, odeszli albo opuścili planetę. Oczywiście dałoby się ich zebrać w jednym miejscu. Pytanie tylko, czy póki co bardzo mało wyraźnie zarysowane motywacje nowego złoczyńcy są w stanie stworzyć logiczną podstawę do pojawienia się ich wszystkich. Zawładnąć umysłami milionów ludzi na świecie, tak jak zrobił to Thanos, nie jest łatwo.

Mnogość projektów – począwszy od filmów, przez seriale i komiksy, po gry wideo i mobilne sieciówki – sprawia, że coraz trudniej nowemu widzowi odnaleźć w tym wszystkim wątek przewodni (oraz zorientować się, co jest powiązane z MCU, a co nie). Żeby wszystko zrozumieć, trzeba obejrzeć już nie kilka, a kilkadziesiąt produkcji. Oczywiście włodarze Marvela mogą polegać na tych z fanów, których udało się im przekonać do superbohaterskich przygód już wcześniej, tyle że z roku na rok będzie ich coraz mniej. Poza tym konkurencja nie śpi i migracja części dysponujących ograniczonymi środkami finansowymi lub po prostu mających mniej czasu widzów jest nieunikniona.

Kanapa wygodniejsza niż kinowy fotel?

Pandemia pokazała wyraźnie, że coraz więcej widzów woli oglądać w domowym zaciszu nie tylko seriale, ale również filmy. Choć na początku streamingowe premiery blockbusterów były wymuszone przez obostrzenia sanitarne, przez ostatnie dwa lata zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. W międzyczasie poupadało mnóstwo małych kin, a coraz więcej filmowców decydowało się na mniej zyskowny, ale pewniejszy debiut na Netflixie, HBO lub Amazonie.

Oczywiście nie dotyczy to MCU. Póki co platformy streamingowe nie są w stanie przyćmić popularności kolejnych kinowych hitów Marvela. Tendencja jest jednak wyraźna. Zyski z dystrybucji cyfrowej okazały się pewniejsze. Multipleksom zaszkodziły pandemia, wojna w Ukrainie i kryzys ekonomiczny. Platformy streamingowe odczuły ten ostatni w znacznie mniejszym stopniu.

Marvel nie da rady bez Thanosa. Nie wierzę w kolejny sukces na miarę Avengers: Endgame - ilustracja #6

Przyszłość kina stoi pod znakiem zapytania. Co to jednak może oznaczać dla MCU? W końcu Amazon na swoją adaptację Władcy Pierścieni wydał krocie. Czy podobnie mogłoby się stać w przypadku, załóżmy, kolejnego avengersowego crossovera? Otóż niekoniecznie. Jeden film, nieważne, jak bardzo widowiskowy, nie jest bowiem w stanie przynieść platformie zysków porównywalnych z kilkunastoodcinkowym serialem. Gdyby i MCU musiało zrezygnować z kinowej dystrybucji, prawdopodobnie konieczne okazałyby się znaczne cięcia budżetowe. Wpłynęłoby to na CGI, czas trwania widowiska, ale chyba przede wszystkim na gaże aktorskie, a co za tym idzie – na nieobecność w produkcji przynajmniej części gwiazd. Ale póki co duże kina wciąż dają radę, więc to tylko rozważania teoretyczne. Aktualnie MCU musi mierzyć się z problemami zupełnie innego typu.

Tony Stark zdarza się tylko raz na uniwersum

Po prawie 15 latach od startu franczyzy kolejnym filmom coraz trudniej uzyskać efekt nowości. Pierwszy Iron Man okazał się rewolucją kompletną, definiującą na nowo całe kino superbohaterskie, tworzącą nowy blockbusterowy porządek, wyciągającą komiksowe adaptacje z całkiem obszernej, ale jednak niszy i klarującą cechy nowego gatunku. Pierwsi Avengersi zaskoczyli niespotykanym do tej pory we współczesnym kinie crossoverem na taką skalę, rozmachem i doskonałym balansem ekranowego czasu poszczególnych herosów. Wreszcie Koniec gry zaserwował widzom na całym świecie finał, jakiego nigdy dotąd nie widzieli, bardziej widowiskowy niż Gwiezdne wojny, zachwycający CGI lepszym niż w Avatarze, rozpalający emocje większe niż ostateczne starcie Harry’ego Pottera i Voldemorta, gromadzący więcej bohaterów niż Powrót króla.

Marvel nie da rady bez Thanosa. Nie wierzę w kolejny sukces na miarę Avengers: Endgame - ilustracja #7

Avengers: Infinity War, 2018, reż. Anthony Russo, Joe Russo

To wszystko zdarzyło się we współczesnym kinie pierwszy raz. Nieodżałowany Umberto Eco, pisarz, filozof i znawca kultury, również tej popularnej (to on popełnił Imię Róży i Wahadło Foucaulta), w jednym ze swoich esejów pisał o innowacji, że może ona występować jedynie raz. Twórca, który odkrywa w sztuce nowy kierunek i realizuje jego założenia w swoich dziełach, zapisuje się w historii. Każdy, kto później powtarza jego dokonania, nawet jeśli pod względem technicznym zrobi to lepiej, jest już jedynie naśladowcą.

Sonety Petrarki zachwycały w momencie wydania niespotykanym dotychczas literackim ujęciem miłości platonicznej, Ojciec chrzestny zdumiewał romantycznym przedstawieniem mafijnego półświatka, wreszcie Age of Empires czy Baldur’s Gate zdefiniowały growe gatunki, wynosząc branżę elektronicznej rozrywki na wyższy poziom. Ten, kto dziś naśladowałby Petrarcę czy zastosowałby w swojej grze mechanikę z „Baldura”, nie miałby szans na sukces. Po innowacji zachwycić odbiorcę można tylko kolejną innowacją, nie jej kopią.

Marvel nie da rady bez Thanosa. Nie wierzę w kolejny sukces na miarę Avengers: Endgame - ilustracja #8

Avengers: Infinity War, 2018, reż. Anthony Russo, Joe Russo

Podobnie ma się rzecz z Końcem gry. Nawet perfekcyjnie odtworzone technikalia nie sprawią, że widz poczuje zaskoczenie, zadziwi się nowością, świeżością swojego doświadczenia. Drugiego Końca gry po prostu nie będzie. Podobnie jak drugiego Thanosa. Oczywiście Marvel może zaskoczyć nas czymś albo kimś nowym. Czy jednak uda mu się ponownie uczynić to w tak spektakularny sposób jak przez ostatnią dekadę? Śmiem wątpić, choć chciałbym się mylić.

Niezależnie jednak od tego, czy Kevinowi Feige’owi znów uda się wyjść obronną ręką z kryzysu (a robił to już przecież tyle razy!), na razie zresztą wcale nie tak głębokiego, brak następnego Thanosa wcale nie musi być czymś złym. Bo dzięki temu zawsze będziemy mogli pamiętać, że byliśmy świadkami niesamowitej historii i na żywo śledziliśmy zmagania Avengersów z Szalonym Tytanem. Tych wyjątkowych, z Robertem Downeyem Jr. i Scarlett Johansson, tych obróconych w pył pstryknięciem i tych wychodzących z portali, by stoczyć ostateczną walkę o wszechświat. A przy okazji o serca tych, którzy bez reszty pokochali Avengersów. I Thanosa też.

OD AUTORA

Tak, uważam Thanosa za najlepszego z mainstreamowych złoczyńców w historii, kocham Endgame, Tony’ego Starka, Natashę Romanoff, Bruce’a Bannera, T’Challę, Carol Danvers, Shuri, Nebulę, Wonga i Rocketa. Będę oglądał każdy serial i film wchodzący w skład MCU. I liczę na to, że twórcom uda się mnie jeszcze nieraz zaskoczyć, wzruszyć i rozbawić. Przy tym wszystkim zdaję sobie jednak sprawę, że Endgame mógł się zdarzyć tylko raz.

TWOIM ZDANIEM

Wolisz filmy Marvela czy DC?

77,9%
Marvela
22,1%
DC
Zobacz inne ankiety