Newsroom Wiadomości Najciekawsze Komiksy Tematy RSS
Wiadomość filmy i seriale 7 maja 2019, 15:35

Gotham – serialowy prequel Batmana odchodzi ze stylem – felieton

Wiedzieliśmy, jak Gotham się skończy. Każdy, kto zna mit Batmana, wie, że serial wiódł do powstania Mrocznego Rycerza. To jednak kolejny dowód na to, że nie liczy się cel, a sama droga. Przygody Jima Gordona zaliczały wzloty i upadki, ale ostatecznie odchodzą w dobrym stylu.

Dropkick Murphys nagrało niegdyś Going out with Style, piosenkę o pożegnaniach. I choć ma istotny, konkretny podtekst dla zespołu, to pasuje też do serialu Gotham. Bowiem ten pożegnał widzów ze stylem, oddał sprawiedliwość całej rodzince, najważniejszym bohaterom, a potem został zamknięty. Choć nie obyło się bez problemów.

GOTHAM W SKRÓCIE:

Platforma: Fox, Netflix (z wyjątkiem 5. sezonu)

Gatunek: dramat kryminalny, horror, serial superbohaterski

Premiera: 25 kwietnia (finałowy odcinek)

Gotham – serialowy prequel Batmana odchodzi ze stylem – felieton - ilustracja #1
PLUSY:
  1. wizualia – scenografia, kostiumy, gra świateł (i cieni);
  2. świetnie nakreśleni bohaterowie, z rewelacyjnym Pingwinem i Gordonem na czele…
  3. ...do tego – mimo potknięć – ładnie pożegnani;
  4. w czwartym i piątym sezonie twórcy okiełznali kicz i szaleństwo;
  5. muzyka;
  6. samo miasto jest tu bohaterem – i to pięknie pokazanym;
  7. to szaleństwo jednak wciąga;
  8. w czwartym i piątym sezonie zabrakło pewnej męczącej postaci...
MINUSY:
  1. …która prześladowała nas przez pierwsze trzy (Fish Mooney portretowana przez Jadę Pinkett Smith – pamiętamy, choć bardzo nie chcemy);
  2. poucinane wątki w piątym sezonie;
  3. do specyfiki serialu trzeba przywyknąć;
  4. rzadziej, ale wciąż zdarzają się głupotki, które ciężko przyjąć nawet przy ogólnym szaleństwie serialu;
  5. kostium sami-wiecie-kogo.

Gotham nie oszczędzało ani mieszkańców – ani widzów. Na początku mogło zniechęcać powtarzaniem oklepanych motywów – bo ileż można oglądać, jak rodzice Bruce'a Wayne'a padają w kałuży krwi i deszczu zerwanych pereł? Okazuje się, że można jeszcze raz, bo po oklepanym początku serial przerodził się w porządny, uliczny dramat gangsterski z okazjonalnymi wyskokami dziwadeł. Pierwsze skrzypce grało tu miasto, zaraz po nim Jim Gordon (Ben McKenzie, nadający odrobinę mroku komisarzowi) i jego najlepszy wróg – Oswald Cobblepot (rewelacyjny, odjechany Robert Lord Taylor). I choć historia rozwijała się w przedziwnych kierunkach, to relacja tych dwóch panów nadawała ton całej opowieści. I wkręcała brudnym, ulicznym klimatem poprzedniego wieku, dzięki czemu uniknęliśmy skażenia nudnymi gadżetami rodem z CSI.

Podobnie działo się do połowy drugiego sezonu. Widzieliśmy brutalną grę o duszę metropolii. Potem jednak na półtora sezonu dziwadła przejęły serial i dostaliśmy po twarzy paradą przebierańców rodem z Power Rangers.

Na szczęście w sezonie czwartym wzięto cały ten cyrk na kółkach za pysk i zdyscyplinowano. Owszem, motywy rodem z urban fantasy wciąż się tu przewijały, ale w służbie tego, co stanowiło duszę serialu – wojen gangów, przestępczych przepychanek i opowieści o zepsutym do szpiku kości mieście. Słowem, serial zaakceptował własne szaleństwo i zrobił z niego odpowiedni użytek, żeby spokojnie przejść do wielkiego finału – krótszego, ale całkiem efektownego sezonu piątego.

Sezonu piątego, który znowu dokonał pewnej wolty gatunkowej. Czego by o Gotham nie mówić – wymyka się sztywnym podziałom. Zarówno na koniec, jak i wcześniej dostawaliśmy dziwaczny koktajl z psychodeli, urban noir o brudnych glinach, gangsterskiego eposu i horroru doprawionego akcentami superbohaterskimi (bez których serial mógłby się spokojnie obejść).

Gotham nie jest prequelem sensu stricte – to historia z jednego z tzw. elseworldów, czyli światów równoległych do tych, które poznaliśmy z filmów czy komiksów.

Gotham – serialowy prequel Batmana odchodzi ze stylem – felieton - ilustracja #2

Dostaliśmy historię podobną do tej, jaką znamy z The Dark Knight Rises (Mroczny rycerz powstaje), tylko opowiedzianą ciekawiej. Szykujcie się więc na małą-wielką miejską apokalipsę. W wyniku wydarzeń z poprzedniego sezonu Gotham zostało odcięte od lądu i porzucone przez rząd. Główni gracze jednak pozostali. Zarówno ci stojący po stronie prawa, (nie)zwykli obywatele, jak i regularni przestępcy. Serial znakomicie oddał klimat biedy, kryzysu. Brakuje wszystkiego, naboje, wodę, żywność i leki trzeba racjonować, a każdy napad szabrowników może przyspieszyć nieuchronny koniec. Niestety, w późniejszej fazie jest to mniej przestrzegane, ale atmosfera zagrożenia i oblężenia utrzymuje się już do końca. Oraz niepewna atmosfera – akcja pędzi, sojusze zmieniają się jak w kalejdoskopie i ciężko nie przejmować się bohaterami, z którymi spędziliśmy bite cztery sezony.

Niektórych złoczyńców sportretowano w podobny sposób, co w przywołanym już domknięciu trylogii Nolana, i to nawet działa – choćby dlatego, że poruszają się po lepiej odmalowanym środowisku. Pewnie, pod sam koniec opowieść traci trochę konsystencję – dlatego że niektóre wątki zostały ewidentnie pocięte, by zmieścić finał w dwunastu, a nie dwudziestu dwóch odcinkach.

A mimo to serial działa, i to naprawdę nieźle. To taka historia, która wykonała skok przez rekina (trzeci sezon), ale potem zaakceptowała swoje szaleństwo, skorygowała koślawy lot i pomknęła dziarsko do finału. Poprzestawiano elementy tak, żeby nietrafione decyzje i elementy z trzeciego sezonu zaczęły działać w służbie większej historii. I pewnie, mamy tu gorsze momenty, ocierające się chwilami o kiczowatą „teen dramę” – wątek młodego Bruce'a i Seliny Kyle się kłania (choć też nie zawsze), ale zazwyczaj na poziomie osobowości postaci wszystko błyszczy. Gordon to typ charyzmatycznego lidera, który zdążył się pobrudzić i nie jest idealny, partneruje mu brudny, zgorzkniały glina Harvey Bullock (Donal Logue) i cała plejada aktorów, którzy mogą poszaleć i poszarżować w rolach. I ten rajd na granice przesady daje ogromną radochę. Szarżę prowadzi oczywiście Robin Lord Taylor – i oby wbił się przebojem na ekrany kin, bo to świetny aktor.

Gotham – serialowy prequel Batmana odchodzi ze stylem – felieton - ilustracja #3

Bohaterowie działają nieco inaczej niż ich pierwowzory z komiksów – ale dzięki temu stali się żywsi. I zobaczyłbym ten skład na wielkim ekranie. Myślę, że nie tylko ja.

Bo w którymś momencie zrozumiałem naturę tego serialu w pełni. Gotham jest jak teledysk Leningradu. Głośne, przesadzone, efektowne, momentami kiczowate, ale intrygujące. Rytmiczne. Muzykę dobrano tu zresztą znakomicie. Dość powiedzieć, że jeden z odcinków pierwszego sezonu otwiera perfekcyjnie wpasowane w atmosferę God's Gonna Cut You Down Johnny'ego Casha – ja zostałem kupiony właśnie wtedy (nawet jeśli ujęciu towarzyszyła tak sobie zanimowana gazeta, to cała sekwencja wyglądała fajnie).

Nawet jeśli niektóre kostiumy złoczyńców z panteonu Batmana i parę efektów CGI zawodzi (wiele jednak daje radę), to w ogólnym rozrachunku – Gotham wizualnie miażdży. Miejskie panoramy robią piorunujące wrażenie, a kiedy bohaterowie przechadzają się po ulicach – czujemy ten brud rynsztoków, klimat zdeprawowanej metropolii. Spece od scenografii, zdjęć i montażu wykonali znakomitą robotę, bo nawet w feralnym trzecim sezonie, kiedy wszystko inne zawodziło (poza Pingwinem i historią o staczającym się Gordonie) – przyjemnie się patrzyło na ten styl. Do tego dochodzą znakomite stroje utrzymane w tonacji noir i urban gothic (albo corpo gothic). Spodziewajcie się mieszaniny prochowców, drogich szykownych garniturów i fikuśnych skórzanych wdzianek. Ta dziwaczna plątanina działa, zwłaszcza przy znakomitej grze świateł, którą nam zafundowano.

I tylko jeden kostium trochę zawodzi. Ten, na który wszyscy czekali – ale to nie o nim w sumie była ta historia – on stanowił tu tylko puentę.

Gonzo to bardzo subiektywna odmiana dziennikarstwa spopularyzowana przez Huntera S. Thompsona (Dzienniki rumowe), bardzo indywidualistyczna, odrzucająca obiektywizm, stawiająca na bunt, anarchię. Nic dziwnego, że zachodni publicyści używali w przypadku Gotham terminu „gonzo cop drama”. Pasuje jak ulał. Co ciekawe, gonzo to też pewna odmiana pornografii. Ale o to niech „Wasz kolega” pyta już Wujka Google.

Gotham – serialowy prequel Batmana odchodzi ze stylem – felieton - ilustracja #4

Takie jest Gotham. Pełne skrajności, momentów dziwnych, głupich, ale też znakomitych, mrocznych i poruszających. Przesada i przaśność idą tu w parze z okazjonalną psychologiczną subtelnością i historiami wbijającymi w fotel. Wszystko podkreślone smoliście czarnym humorem. To taki serialowy odpowiednik dziennikarskiego stylu gonzo. Można uwielbiać ten serial. Można się do niego zniechęcić, a potem przebyć tę drogę jeszcze kilka razy, ale jedno jest pewne. Przy wszystkich wadach – to wciąż wyjątkowa produkcja. Jak samo Gotham, najmroczniejsze spośród miast.

GOL Newsroom

Zapraszamy Was do polubienia profilu Newsroomu na Facebooku. Znajdziecie tam nie tylko najciekawsze wiadomości, ale i szereg miłych dodatków.