Wiedźmin Cipsy i COla ma tylko dobry wątek główny bo questy poboczne to tragedia wrecz Fedex poziom questów z ery 360 i PS 3 wybij x bobrów i przynieś ich zeby.
O ile też uważam wiele z tych dodatków za fantastyczne rozszerzenia, tak nie zgadzam się ze zdaniem, iż te "RPG potrzebowały dodatku, żeby naprawdę rozwinąć skrzydła".
Co do wyboru dodatków: Serca z kamienia podobały mi się bardziej od podstawki i Krwi i wina - ten ostatni dodatek wydawał mi się kiczowaty. Z Fallouta NV wybrałbym z kolei Dead Money jako ten najciekawszy fabularnie i gameplay'owo i pod względem nowych postaci. Old World Blues miał troszkę fajnego humoru, ale liczba bezsensownych walk i powtarzalnych questów (te wszystkie testy) skutecznie mnie zniechęciły do ponownego zagrania w dodatek. Gorsze było chyba tylko Lonesome Road.
Dragon Age: Origins załapało się na jeden z jej szczytów – i doczekało się porządnego, dużego rozszerzenia. Dodawało kilka elementów, których mogło brakować w podstawce.
Jakie to były elementy? Bo przyznam, że w dodatek grałem tylko raz, ale zapamiętałem go po prostu jako więcej tego samego i nie pamiętam, co było w nim taką rewolucją względem podstawki. Jakiś nowe specjalizacje chyba doszły i oczywiście nowi towarzysze, ale to nic "nadzwyczajnego".
The White March fundowało nam tym razem nostalgiczną podróż w stronę krajobrazów rodem z Icewind Dale – dodatek zabierał nas bowiem do tytułowej mroźnej krainy na północy.
Biała Marchia leży tak naprawdę na południowej półkuli Eory. Krajobrazy z Icewinda są wynikiem górskiego położenia.
Bardzo dużo grałem w Diablo 2 nim w moje ręce wpadł dodatek i o ile rozszerzenie jest fantastyczne i naprawdę wzbogaciło rozgrywkę, tak mam więcej sentymentu do podstawki, która wtedy była bardziej wymagającą i trudniejszą grą. W której samemu odkrywało się wszystko metodą prób i błędów. Nie było synergii w umiejętnościach, słów runicznych, charmów zaśmiecających ekwipunek darmowymi boostami, tempo było inne. Nigdy nie zapomnę, jak wpakowałem kilka punktów w Holy Fire i cieszyłem się spalając upadłych w I akcie, by po kilkunastu godzinach przekonać się, że to noob trap, który na dalszych etapach praktycznie nie zadaje widocznych obrażeń. Trzeba było ciągnąć z kiepską inwestycją i odbić w innym kierunku albo zrobić zupełnie nową postać. No i dropy to były przede wszystkim prefiksy i sufiksy i wielka loteria bez OP słów runicznych itp.
Throne of Bhaal to jeden z najlepszych dodatków EVER, ale i bez niego BG2 było fantastyczną grą. I nie zgodzę się co Elden Ring :P Podstawka jest genialnym soulslikem i open worldem, ale w Shadow of the Erdtree było czuć, że było robione trochę na siłę, jadąc na sukcesie podstawy. Świat dlc tak nie imponował, niektóre lokacje były dziwnie puste i niepotrzebnie przerośnięte przez co jakoś brakowało poczucia tej mega spójności jak w vanilli.