Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 24 czerwca 2011, 14:14

autor: Przemysław Zamęcki

Grał we wszystko na wszystkim. Fan retro gratów i gier w pudełkach, które namiętnie kolekcjonował. Spoczywaj w pokoju przyjacielu - 1978-2021

Alice: Madness Returns - recenzja gry

American McGee po ponad dziesięciu latach wraca do Krainy Czarów. My sprawdzamy, na ile czarujące są nowe przygody Alicji Liddell.

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

Imię i nazwisko: Alice Liddell.

Wiek: 19 lat.

Miejsce zamieszkania: jeden z londyńskich sierocińców, pod opieką dr. Angusa Bumby'ego.

Rozpoznanie choroby: schizofrenia katatoniczna wywołana strasznymi przeżyciami z dzieciństwa, którymi była śmierć rodziców i siostry w pożarze domu.

W głąb króliczej nory

Nawet wydawcom, których ciężko podejrzewać o nonkonformistyczne podejście do rynku, zdarza się od czasu do czasu jakiś skok w bok. Zainwestowanie w ambitny projekt, który ma szansę trafić do niszy produkcji przeznaczonych dla, upraszczając nieco, ludzi wymagających od gier czegoś więcej niż tylko pakowania headshotów osobom po drugiej stronie kabelka. Nieco ponad dziesięć lat temu Electronic Arts uchyliło lufcik i pozwoliło, by na świat wyfrunęło American McGee’s Alice, przy czym pierwsze dwa słowa tego tytułu to imię i nazwisko byłego pracownika id Software, który postanowił zrobić karierę na opowiadaniu bajek dla dorosłych. Co zresztą mu się częściowo udało i choć pierwsza gra o Alicji, biegającej z zakrwawionym nożem po krainie zamieszkanej przez wytwory jej zniszczonej psychiki, nie odniosła oszałamiającego sukcesu, to jednak na trwałe wryła się w pamięć graczy opisanych przeze mnie dwa zdania wyżej. Nie dzięki wybitnym projektom poziomów czy jakimś szczególnym mechanizmom rozgrywki. Tym, co spowodowało, że dziesięć lat później z ogromną niecierpliwością oczekiwałem na premierę części drugiej, jest magiczne słowo: klimat. Cóż to takiego, można zapytać? Jakieś niedookreślone coś, co każdy może odbierać na swój sposób. Dla jednych klimatyczna będzie strzelanina na plaży Omaha, a dla innych połączenie groteski, absurdu, baśni i psychodelii, podlane sosem z ukrytych kontekstów i niekoniecznie skomplikowaną strukturą. Ot, zwykła platformówka wypełniona niezwykłą zawartością. Prawda, jakie to proste?

Eddie Riggs miał gitarę, a Alicja ma konia.

Otóż – nie do końca. Tytułów tego typu na rynku jest niewiele, a nawet jak nań trafiają, to zwykle nie ma ich kto kupować. Sztandarowym przykładem, prawie zawsze podawanym w takich przypadkach (i słusznie), jest ICO – doceniona dopiero po kilku latach wyśmienita platformówka, która dzięki szeptanemu marketingowi doczeka się już niedługo wznowienia w wersji HD. Przypuszczam, że recenzowana druga część adaptacji przygód Alicji w Krainie Czarów w wersji Americana McGee również spotka się ze stosunkowo niewielkim zainteresowaniem, choć klimat w niej nie zawodzi. To raczej producent, którym jest ulokowane w Szanghaju studio Spicy Horse, złożone niemal w całości z Chińczyków, przy czyszczeniu broni postrzelił się w stopę. Rana jest niegroźna, ale zdarza się, że swędzi i piecze, o czym przekonacie się, czytając niniejszą recenzję.

Kałuża łez

Alice: Madness Returns rozpoczyna się od dziwacznej scenki, z której dowiadujemy się, że Krainie Czarów zagraża nowe niebezpieczeństwo. Piknik na łódeczce zamienia się w krwawą scenę, w której Białemu Królikowi eksploduje głowa, a bryzgająca z szyi krew ochlapuje twarz Alicji. Starałem się to opisać dość obrazowo, na wypadek, gdyby ktoś pytał, dlaczego gra przeznaczona jest dla osób pełnoletnich. Przy okazji dodam, że zarówno ta, jak i pozostałe scenki przerywnikowe, które łącznie trwają około czterdziestu pięciu minut, są znakomicie przygotowane, okraszone świetnymi dialogami, zaś przedstawione w nich wydarzenia zaprezentowano w formie wycinanki ruchomego komiksu, narysowanego kreską nieodparcie kojarzącą się z ilustracjami do książek Lewisa Carrolla.

Już po chwili okazuje się, że to, co przed momentem widziała Alicja, było jedną z sesji terapeutycznych prowadzonych przez doktora Bumby'ego, który poza młodą kobietą stara się wymazywać z pamięci przykre wydarzenia wszystkim dzieciom z prowadzonego przez siebie sierocińca. W przypadku Alicji chodzi o zdarzenia sprzed ponad dziesięciu lat, kiedy to od pozostawionej w bibliotece lampy, którą ponoć przewrócił kot, zapalił się cały dom, a w pożarze zginęli rodzice dziewczynki i jej siostra. Przynajmniej tak zdołała to zapamiętać Alicja. Od tego czasu bohaterka co jakiś czas wpada w katatonię, gdzie w wykreowanej w swoim umyśle cudownej krainie na swój sposób odreagowuje wszystkie te wydarzenia.

Recenzja gry Deathloop - duchowy spadkobierca BioShocka
Recenzja gry Deathloop - duchowy spadkobierca BioShocka

Recenzja gry

Najnowsza produkcja studia Arkane – twórców Dishonored – to piorunująca mieszanka roguelike’owych mechanik, intrygującej fabuły i surrealistycznych klimatów. Wszystko to tworzy jedną z najlepszych gier tego roku.

Recenzja gry No More Heroes 3 - na świecie nie ma już bohaterów
Recenzja gry No More Heroes 3 - na świecie nie ma już bohaterów

Recenzja gry

No More Heroes 3 to ostatnia część pokręconych przygód Travisa Touchdowna. Goichi Suda opowiedział tu niebywale krwawą historię miksującą gatunki, style i nawiązania do popkultury. Całość tworzy swojego rodzaju bałagan, ale taki, który może się podobać.

Recenzja gry Chernobylite - polski STALKER na miarę naszych możliwości
Recenzja gry Chernobylite - polski STALKER na miarę naszych możliwości

Recenzja gry

Polska gra Chernobylite to niezwykle klimatyczny powrót do czarnobylskiej Zony. Na dodatek intryguje fabułą, wyborami i daje dużo swobody podczas rozgrywki. Czy więc fani kultowego STALKER-a mają powody do świętowania?