Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać Artykuły PREMIUM
Recenzja gry 24 czerwca 2011, 14:14

autor: Przemysław Zamęcki

Alice: Madness Returns - recenzja gry

American McGee po ponad dziesięciu latach wraca do Krainy Czarów. My sprawdzamy, na ile czarujące są nowe przygody Alicji Liddell.

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

Imię i nazwisko: Alice Liddell.

Wiek: 19 lat.

Miejsce zamieszkania: jeden z londyńskich sierocińców, pod opieką dr. Angusa Bumby'ego.

Rozpoznanie choroby: schizofrenia katatoniczna wywołana strasznymi przeżyciami z dzieciństwa, którymi była śmierć rodziców i siostry w pożarze domu.

W głąb króliczej nory

Nawet wydawcom, których ciężko podejrzewać o nonkonformistyczne podejście do rynku, zdarza się od czasu do czasu jakiś skok w bok. Zainwestowanie w ambitny projekt, który ma szansę trafić do niszy produkcji przeznaczonych dla, upraszczając nieco, ludzi wymagających od gier czegoś więcej niż tylko pakowania headshotów osobom po drugiej stronie kabelka. Nieco ponad dziesięć lat temu Electronic Arts uchyliło lufcik i pozwoliło, by na świat wyfrunęło American McGee’s Alice, przy czym pierwsze dwa słowa tego tytułu to imię i nazwisko byłego pracownika id Software, który postanowił zrobić karierę na opowiadaniu bajek dla dorosłych. Co zresztą mu się częściowo udało i choć pierwsza gra o Alicji, biegającej z zakrwawionym nożem po krainie zamieszkanej przez wytwory jej zniszczonej psychiki, nie odniosła oszałamiającego sukcesu, to jednak na trwałe wryła się w pamięć graczy opisanych przeze mnie dwa zdania wyżej. Nie dzięki wybitnym projektom poziomów czy jakimś szczególnym mechanizmom rozgrywki. Tym, co spowodowało, że dziesięć lat później z ogromną niecierpliwością oczekiwałem na premierę części drugiej, jest magiczne słowo: klimat. Cóż to takiego, można zapytać? Jakieś niedookreślone coś, co każdy może odbierać na swój sposób. Dla jednych klimatyczna będzie strzelanina na plaży Omaha, a dla innych połączenie groteski, absurdu, baśni i psychodelii, podlane sosem z ukrytych kontekstów i niekoniecznie skomplikowaną strukturą. Ot, zwykła platformówka wypełniona niezwykłą zawartością. Prawda, jakie to proste?

Eddie Riggs miał gitarę, a Alicja ma konia.

Otóż – nie do końca. Tytułów tego typu na rynku jest niewiele, a nawet jak nań trafiają, to zwykle nie ma ich kto kupować. Sztandarowym przykładem, prawie zawsze podawanym w takich przypadkach (i słusznie), jest ICO – doceniona dopiero po kilku latach wyśmienita platformówka, która dzięki szeptanemu marketingowi doczeka się już niedługo wznowienia w wersji HD. Przypuszczam, że recenzowana druga część adaptacji przygód Alicji w Krainie Czarów w wersji Americana McGee również spotka się ze stosunkowo niewielkim zainteresowaniem, choć klimat w niej nie zawodzi. To raczej producent, którym jest ulokowane w Szanghaju studio Spicy Horse, złożone niemal w całości z Chińczyków, przy czyszczeniu broni postrzelił się w stopę. Rana jest niegroźna, ale zdarza się, że swędzi i piecze, o czym przekonacie się, czytając niniejszą recenzję.

Kałuża łez

Alice: Madness Returns rozpoczyna się od dziwacznej scenki, z której dowiadujemy się, że Krainie Czarów zagraża nowe niebezpieczeństwo. Piknik na łódeczce zamienia się w krwawą scenę, w której Białemu Królikowi eksploduje głowa, a bryzgająca z szyi krew ochlapuje twarz Alicji. Starałem się to opisać dość obrazowo, na wypadek, gdyby ktoś pytał, dlaczego gra przeznaczona jest dla osób pełnoletnich. Przy okazji dodam, że zarówno ta, jak i pozostałe scenki przerywnikowe, które łącznie trwają około czterdziestu pięciu minut, są znakomicie przygotowane, okraszone świetnymi dialogami, zaś przedstawione w nich wydarzenia zaprezentowano w formie wycinanki ruchomego komiksu, narysowanego kreską nieodparcie kojarzącą się z ilustracjami do książek Lewisa Carrolla.

Już po chwili okazuje się, że to, co przed momentem widziała Alicja, było jedną z sesji terapeutycznych prowadzonych przez doktora Bumby'ego, który poza młodą kobietą stara się wymazywać z pamięci przykre wydarzenia wszystkim dzieciom z prowadzonego przez siebie sierocińca. W przypadku Alicji chodzi o zdarzenia sprzed ponad dziesięciu lat, kiedy to od pozostawionej w bibliotece lampy, którą ponoć przewrócił kot, zapalił się cały dom, a w pożarze zginęli rodzice dziewczynki i jej siostra. Przynajmniej tak zdołała to zapamiętać Alicja. Od tego czasu bohaterka co jakiś czas wpada w katatonię, gdzie w wykreowanej w swoim umyśle cudownej krainie na swój sposób odreagowuje wszystkie te wydarzenia.

Przemysław Zamęcki

Przemysław Zamęcki

Grał we wszystko na wszystkim. Fan retro gratów i gier w pudełkach, które namiętnie kolekcjonował. Spoczywaj w pokoju przyjacielu - 1978-2021

więcej

Recenzja gry Alone in the Dark - tu straszy klimat, nie jumpscare'y
Recenzja gry Alone in the Dark - tu straszy klimat, nie jumpscare'y

Recenzja gry

Alone in the Dark to powrót nieco zapomnianej dziś marki, która 32 lata temu położyła fundamenty pod serie Resident Evil, Silent Hill i cały gatunek survival horrorów. I jest to powrót całkiem udany, przywołujący ducha oryginału we współczesnej formie.

Recenzja gry Outcast: A New Beginning. Dobrze zagrać w grę z otwartym światem bez zbędnych aktywności
Recenzja gry Outcast: A New Beginning. Dobrze zagrać w grę z otwartym światem bez zbędnych aktywności

Recenzja gry

Outcast: A New Beginning jest produkcją „bezpieczną”. Nie jest wybitny, ale też nie ma w nim nic, co by mnie odpychało. Problemy techniczne rzucają się jednak w oczy, a największą wadą tej gry okazuje się wysoka cena.

Recenzja gry Helldivers 2 - to jedna z najlepszych pozycji w historii do grania z kolegami
Recenzja gry Helldivers 2 - to jedna z najlepszych pozycji w historii do grania z kolegami

Recenzja gry

Helldivers 2 pokazuje, co może zrobić doświadczony zespół specjalizujący się w określonym gatunku gier, mając wsparcie dużego wydawcy pokroju Sony. Zdecydowanie nie sprawi, że serwery będą działać stabilnie po 14 dniach po premierze.