Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 1 maja 2009, 08:52

autor: Przemysław Zamęcki

Grał we wszystko na wszystkim. Fan retro gratów i gier w pudełkach, które namiętnie kolekcjonował. Spoczywaj w pokoju przyjacielu - 1978-2021

X-Men Origins: Wolverine - recenzja gry

„Jestem najlepszy w tym co robię. A nie są to miłe rzeczy.” – powiedział Wolverine przesuwając dymiące cygaro z jednego kącika ust w drugi – „No dalej. Przeładuj. Wykorzystaj cały czas jaki ci pozostał. I tak wszystkich was pozabijam.”

Recenzja powstała na bazie wersji X360. Dotyczy również wersji PS3

Na Raven Software polegaj jak na Zawiszy. Powiedzonko to znakomicie oddaje jakość produktów przygotowywanych przez wspomniane studio. Wystarczy przypomnieć stareńki Hexen, nieco późniejsze Jedi Academy czy X-Men Legends. Firmie raczej nie zdarzają się słabe momenty, a wspomniana w poprzednim zdaniu erpegowa seria o mutantach do dziś nie ma sobie równych i jest klasą samą dla siebie. Nic więc dziwnego, że w związku z ekranizacją przygód najbardziej znanego mutanta marvelowskiego uniwersum, czyli Wolverine’a, to właśnie Raven Software dostąpiło zaszczytu przeniesienia ich do zerojedynkowego świata.

Chyba nie ma osoby, której trzeba byłoby tłumaczyć, kim jest Wolverine. Mutant, jeden z członków ekipy X-Men, wyposażony przez naturę w zdolność samoregeneracji organizmu, wysuwane z dłoni szpony z metalu zwanego adamantium i takiż sam szkielet. To stan na dzień dzisiejszy. Co jednak wydarzyło się, zanim James, bo tak naprawdę ma na imię Rosomak czy też Logan (jak zwracają się do niego przyjaciele), stał się sławny? Na to pytanie odpowiedzieli już jakiś czas temu autorzy komiksu Wolverine: Origin, a dziś swoje trzy grosze dokładają filmowcy i producenci gier.

Za chwilę śmigłowiec zamieni się w nielota…

Nie będę psuł Wam zabawy w odkrywanie przeszłości Wolviego, niemniej czuję się w obowiązku poinformować, że gra została skonstruowana w taki sposób, aby niepotrzebnie nie powielać scen znanych z filmu. Oczywiście są miejsca, w których fabuła obrazu kinowego przeplata się z tym, co zamieszczono w grze, jednakże momenty te stanowią zaledwie nikły procent całości. Znacznie lepiej za to poznajemy kulisy tajemniczej afrykańskiej misji Oddziału X, zwiedzamy zakamarki laboratorium, w którym produkowana jest Broń X, penetrujemy położoną na pustyni fabrykę Sentinelów czy też jesteśmy zmuszeni przedzierać się przez zasypany śniegiem las. Jeżeli ktoś był lub nadal jest wiernym czytelnikiem przygód komiksowych bohaterów, nie powinien mieć większych trudności z odnalezieniem się w zawiłościach fabuły. Niestety, sprawa wygląda nieco gorzej w przypadku osób po raz pierwszy stykających się z z tym uniwersum. Aby czerpać pełnię przyjemności z zabawy w Wolverine przydałaby się choć pobieżna znajomość realiów świata mutantów.

Wyłuskawszy X-Men Origins: Wolverine z fabularnego konspektu otrzymujemy bardzo przyzwoitą grę z gatunku slasherów. W skrócie oznacza to, że głównym zadaniem gracza jest bicie przeciwników, dźganie ich, nabijanie na wystające z podłogi kolce i sterczące z uschniętych drzew gałęzie, rozczłonkowywanie i zrzucanie w przepaść. Tylko tyle i aż tyle, bowiem cała ta rzeźnicza robota sprawia najzwyczajniej olbrzymią frajdę. Wyobraźcie sobie scenę, w której Wolverine skacze na unoszący się w powietrzu śmigłowiec, rozbija przednią szybę, wyciąga przez nią pilota, a następnie unosi go w górę tak, aby obracający się wirnik maszyny odciął mu głowę. Albo moment, kiedy bohater doskakuje do ostrzeliwującego go żołnierza i jednym cięciem pozbawia go rąk. Krew tryska z odciętych członków, żołnierz wali się na podłogę, gdzie jeszcze przez chwilę ciało drga nerwowo w agonii. Wolverine skaczący na cielsko potwora, by urwać mu głowę, Wolverine w berserkerskim tańcu śmierci gwałcący gałki oczne młodego widza poprzez szlachtowanie setek przeciwników, podpalanie ich, rżnięcie i cięcie na drobne plasterki. Drogi Czytelniku, jeżeli nadal twierdzisz, że kolorowi przebierańcy z komiksów to produkt przeznaczony na rynek dziecięcy – nie pozwól, aby Twoje dziecko otrzymało w komunijnym prezencie pudełko z tą grą. Idź i kup ją sobie sam.

Recenzja gry Sniper Elite 5 - coraz mniej snajpera, coraz więcej Hitmana
Recenzja gry Sniper Elite 5 - coraz mniej snajpera, coraz więcej Hitmana

Recenzja gry

Karl Fairburne powraca jako snajper, spec od robienia zdjęć rentgenowskich oraz odpowiednik Agenta 47 lub Sama Fishera w czasach inwazji na Normandię. Sniper Elite 5 zmienia się bowiem coraz bardziej w pełnoprawną skradankę.

Recenzja gry Trek to Yomi - chcę więcej takich gier!
Recenzja gry Trek to Yomi - chcę więcej takich gier!

Recenzja gry

Flying Wild Hog stworzyło produkcję, nijak pasującą do wcześniejszych strzelankowych dokonań tego studia i... naprawdę dało radę. Trek to Yomi to mała, ale świetna gra, która garściami czerpie z dorobku kina samurajskiego.

Recenzja gry Hades - wielka gra dla tych, co mało czasu mają
Recenzja gry Hades - wielka gra dla tych, co mało czasu mają

Recenzja gry

Wiedziałem, że Hades będzie świetną hybrydą action RPG i „rogalika”, ale okazał się także znakomitą grą dla dojrzałych graczy. Zgrabnie porusza poważne tematy, ale robi też coś jeszcze. Szanuje nasz czas.