Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 10 listopada 2005, 12:24

autor: Bandit

Serious Sam II - recenzja gry

Serious Sam 2 wreszcie zawitał pod nasze strzechy. Sprawdziliśmy czy ma szanse w starciu z rywalami pokroju FEAR, Quake IV lub Call od Duty 2.

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

Serious Sam to jedna z wielu strzelanin FPP. Nie ma w niej cudownej fabuły, nie ma w niej rewelacyjnej oprawy dźwiękowej, jest dość prosta i, jak ktoś słusznie zauważył, stanowi „jedynie” pokaz starej szkoły z nastawieniem na czystą akcję. Ciekawe levele, szybki kod gry z bardzo dobrą grafiką, niezłe patenty okraszone zabawnymi powiedzonkami Sama – to przecież musiało się sprzedać. Na fali popularności części pierwszej powstał niby sequel, o podtytule Second Encounter. Wielu nazywa tytuł ten Serious Samem 2 i bardzo się myli, ponieważ z pełnoprawnym następcą przygód Sama przychodzi nam obcować dopiero teraz.

Dla niewtajemniczonych, Sam to bohater z prawdziwego zdarzenia. Niby nie ma pod czaszką zbyt wielu szarych komórek, jednak od czasu do czasu coś tam we łbie herosa zaskoczy. Wtedy Sam rzuci jakiś cyniczny tekst niczym pamiętny Duke Nukem i dalej zabiera się za swoje ulubione zajęcie, czyli masowe eksterminowanie obcych i innych, różnorakich pokrak. Tym razem nasz mściciel zostaje zwerbowany przez trójkę tajemniczych postaci, które zlecają mu niewykonalną misję. Zadanie jest piekielne trudne, ponieważ trzeba zwiedzić pięć planet i na każdej z nich zdobyć część magicznego medalionu. Często bywa, że ów kawałek „kajdanananeck” przywłaszczył sobie jakiś boss lub inna kreatura, z którą jak zwykle przyjdzie toczyć boje graczowi. Jednak Sam to ponoć Neo, ten wybrany, jedyny, tym samym z wykonaniem zadania nie powinno być kłopotu. Nie wnikając w szczegóły fabuły, w które tak naprawdę wnikać nie ma po co, zabieramy stos pukawek oraz ciężkiego oręża i wkraczamy do akcji.

A tym roku Mikołaja nie będzie!

Zatem przyjdzie nam zwiedzić pięć planet. Są one zróżnicowane pod względem wyglądu, przeciwników i niekiedy zadań do wykonania. Każda z planet ma również swoich, najczęściej zniewolonych, mieszkańców. Nasze zadania często będą zawierały niesienie pomocy bezbronnym tubylcom, przyjdzie na przykład chronić wioskę przed najeźdźcami. W zamian otrzymamy skromne zadośćuczynienie w postaci broni, amunicji a niekiedy i nawet części medalionu. Widać, że autorzy chcieli nieco urozmaicić rozgrywkę względem poprzedniej części produkcji. Można używać pojazdów, dział stacjonarnych, przyjdzie nawet uwolnić szamana z rąk oprawców. To sprawia, że chwilami odchodzi w dal bezmózgie brnięcie do przodu i eliminowanie masy przeciwników. Jednak, co o razu zaakcentuję, nadal to ostatnie stanowi 99% gry. Pojazdów używamy do walki, dział również, aby uwolnić szamana czy ocalić wioskę, trzeba wybić setki przeciwników. Przecież taka jest idea tej gry. Nie ma co oczekiwać nie wiadomo czego po tej produkcji.

Szczególnie ciekawie używa się pojazdów. Można pojeździć dinozaurem czy wejść do specjalnej ochronnej kuli z kolcami, którą z łatwością taranujemy wrogów. Najczęściej korzystamy z małego pojazdu w kształcie UFO z dwoma działkami, szalenie szybkiego i użytecznego. Działa stacjonarne również sprawdzają się znakomicie, ponieważ na ogół mają o wiele większą siłę rażenia niż nasze podręczne giwery. Arsenał stanowi bezpośredni spadek po poprzedniej części gry. Choć wygląd broni został zmieniony, ich działanie nadal pozostaje podobne i po kilku minutach grania czujemy się jak w domu. Jest więc jak zwykle shotgun, dwa uzi, pistolet plazmowy, rakietnica czy maszynowy karabin obrotowy, coś takiego jak w drugiej części Terminatora. Poza tym, pozostała armata i eksplodująca bomba, która niszczy wszystko wokół nas. Z ciekawostek warto wspomnieć o specjalnej papudze, która nosi bomby i samoczynnie kieruje się na przeciwników. W sumie można powiedzieć, że zestaw broni dobrano odpowiednio i jest czym postrzelać. Czegoś zabrakło? Zapomniano o „podpalaczu”, szkoda, bowiem w poprzedniej części gry dawał sporo radości.

Battlefield 2042 - recenzja. Dla każdego coś multiplayerowego
Battlefield 2042 - recenzja. Dla każdego coś multiplayerowego

Recenzja gry

Najnowsza produkcja studia DICE zrezygnowała z kampanii singlowej – zamiast tego zdecydowano, że gracze otrzymają więcej różnorodności w zawartości dla wielu graczy. Czy to dobry kierunek rozwoju?

Recenzja GTA Trilogy Definitive Edition - nie o taki remaster nic nie robiłem
Recenzja GTA Trilogy Definitive Edition - nie o taki remaster nic nie robiłem

Recenzja gry

GTA: The Trilogy Definitive Edition to mocno nieprzemyślany pakiet remasterów. Pomimo dość ładnej grafiki za cenę jednej gry dostajemy trzy stare. Można się przy nich nieźle bawić, ale raczej nie przekonają do siebie nowych graczy.

Recenzja gry Call of Duty: Vanguard - tylko dla największych fanów serii
Recenzja gry Call of Duty: Vanguard - tylko dla największych fanów serii

Recenzja gry

Najnowszy Call of Duty: Vanguard to poprawna strzelanka w singlu i powtórka z rozrywki w multi. Nie zaskakuje ani na plus, ani na minus, co czyni z niej nieco bladą, łatwą do zapomnienia odsłonę.