Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 2 czerwca 2005, 10:25

autor: Wolfen

Close Combat: First to Fight - recenzja gry

Akcja rozgrywa się w 2006 roku w Bejrucie. W wyniku walk o władzę dochodzi do wojny domowej, dziesiątkującej okoliczną populację. Targany wewnętrznymi pobudkami moralnymi, wielkoduszny wujek Sam postanawia się zlitować i pomóc w rozwiązaniu konfliktu.

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

Producenci gier komputerowych chyba nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać. Widziałem już wiele tasiemców, których liczba była porównywalna z liczbą odcinków nieśmiertelnej Mody na sukces oraz jej polskim odpowiednikiem pt. Klan, wystarczy tutaj wspomnieć chociażby o seriach: Ultima, Might & Magic lub Tomb Raider. Jakby jednak nie patrzeć każda następna część była gatunkową kontynuacją poprzedniej, wprawdzie czasami różniły się one dość znacznie, ale do tej pory każdy kojarzył Ultimę z cRPG, natomiast ponętną panią archeolog z dużym bius... gatunkiem TPP. Ostatnio wszystko zaczęło się diametralnie zmieniać.

Od zawsze uwielbiałem serię Commandos z hiszpańskiego studia Pyro. Niestety lata świetności tej produkcji zakończyły się w roku 2003, kiedy to został wydany ostatni tytuł będący strategią. Zamiast zostawić wspaniałą legendę w spokoju, ktoś wpadł na pomysł, aby ją ożywić i sprzedać ponownie, tyle że w formie FPS-a. Kiedy usłyszałem tę informację natychmiast nasunęły mi się skojarzenia z sępami, próbującymi wszelkimi sposobami wyrwać kawałek grosza z kieszeni graczy. Identyczne uczucia miałem w przypadku kolejnej odsłony Close Combat, którą autorzy również postanowili zmienić ze wspaniałej strategii w pierwszoosobową strzelaninę. Byłem bardzo ciekaw, czy produkcja stanie się naprawdę dobrym tytułem, czy też będzie gniotem jedynie bazującym na swoich starszych i zasłużonych braciach.

Jak powszechnie wiadomo Close Combat była to seria gier strategicznych, rozgrywanych podczas Drugiej Wojny Światowej. Tym razem twórcy postanowili przenieść fabułę w zupełnie inne czasy i rejon. Otóż cała akcja rozgrywa się w bliskiej przyszłości, a konkretnie w 2006 roku w Bejrucie. Wiadomo nie od dziś, że jest to wyjątkowo niespokojny zakątek na naszym globie. W wyniku walk o władzę dochodzi do wojny domowej, dziesiątkującej okoliczną populację. Targany wewnętrznymi pobudkami moralnymi, wielkoduszny wujek Sam postanawia się zlitować i pomóc w rozwiązaniu konfliktu. W jaki sposób? Oczywiście zgodnie ze starą dobrą zasadą, czyli chcesz pokoju szykuj wojnę. W wyniku tej decyzji do Bejrutu wkraczają wojska amerykańskie, a gracz staje na czele jednej z drużyn piechoty.

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem gameplay najnowszego Close Combat, na myśl od razu przyszły mi trzy tytuły: Rainbow Six, SWAT oraz Full Spectrum Warrior. Wszystko przez wymieszanie niektórych elementów powyższych produkcji i wrzucenie ich do jednego worka. Jak to ostatnio bywa coraz częściej, gra po raz kolejny jest firmowana stwierdzeniem „okrojonego programu szkoleniowego amerykańskich marines”. Zastanawiam się, czy w zalewie takich produkcji żołnierze zza oceanu w ogóle jeszcze biegają po poligonach, czy też ciągle siedzą na kanapach i „hartują się” z padami w łapach i wzrokiem wlepionym w ekran. Skończmy już moje wywody i przejdźmy do tego co najważniejsze.

Trzy tytuły wymienione przeze mnie w poprzednim akapicie, nie są wybrane przypadkowo. W Close Combat: First to Fight stajemy na czele czteroosobowego oddziału marines. Ich specjalne przeszkolenie możemy w grze zaobserwować już na samym początku rozgrywki, podczas przemieszczenia naszej drużyny. Opiera się ono na systemie zwanym RTFA (Ready Team Fire Assist), zapewniającym ochronę wszystkim żołnierzom niemal w każdych warunkach. Chodzi o nic innego jak o specjalne szyki, do których dostosowują się kompani podczas „przechadzania” się po terenie wroga. Na pierwszy ogień może pójść typowy przemarsz wzdłuż wąskiej uliczki. W takiej sytuacji na przedzie znajduje się dowódca drużyny (w grze jest nim gracz), za nim podąża zwykły żołnierz, asekurujący np. lewą flankę, jako trzeci idzie marines uzbrojony w lekki karabin maszynowy (prawa flanka), natomiast na końcu jest piechur z dodatkowym zapasem amunicji, który idąc tyłem osłania „kuper” oddziału. Podczas przemarszu przez szeroką ulicę szyk ulega zmianie. Grupa dzieli się na dwa dwuosobowe oddziały i idzie po obu stronach ulicy wzajemnie się asekurując. Oczywiście w grze takich manewrów jest więcej, ale wszystkim zajmują się żołnierze, dzięki czemu nie trzeba mieć stu rąk, aby poprawnie sformować szyk.

Recenzja gry Outriders - gdyby Diablo miało spluwy i słabe dialogi
Recenzja gry Outriders - gdyby Diablo miało spluwy i słabe dialogi

Recenzja gry

Outriders, pierwsza duża polska gra po Cyberpunku 2077, dowozi. Nie jest to strzelanka dla każdego, ale jeśli lubicie hack and slashe, to sprawdźcie nowe dzieło studia People Can Fly.

Hitman 3 wymiata! Recenzja najlepszej gry z Agentem 47
Hitman 3 wymiata! Recenzja najlepszej gry z Agentem 47

Recenzja gry

Prawie pięć lat po udostępnieniu graczom pierwszego fragmentu rebootu Hitmana, rewolucjonizującego serię i pokazującego potencjalny nowy kierunek dla całego gatunku skradanek, trylogia „World of Assassination” zostaje zamknięta w świetnym stylu.

Recenzja Hyrule Warriors: Age of Calamity - zabiłem 75 000 potworów i dobrze mi z tym
Recenzja Hyrule Warriors: Age of Calamity - zabiłem 75 000 potworów i dobrze mi z tym

Recenzja gry

Hyrule Warriors: Age of Calamity to nie jest być może Zelda, na którą czekaliście – to jednak naprawdę dobra gra z gatunku musou, która wyjmie wam kilkadziesiąt godzin z życia.