Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 4 października 2004, 09:56

autor: Samuraai

Burnout 3: Takedown - recenzja gry

Zręcznościowe wyścigi, które osiągnęły niemalże perfekcję w tym jakże ważnym dla konsol gatunku gier.

Recenzja powstała na bazie wersji PS2. Dotyczy również wersji XBOX

Gdy miałem przyjemność i szczęście zagrać jeszcze w beta-wersję „Burnouta 3” na parę miesięcy przed premierą tej gry, już po przejechaniu pierwszego okrążenia zdałem sobie sprawę, że studio deweloperskie Criterion Games osiągnęło swój cel i że „Burnout 3: Takedown” jest triumfalnym uwieńczeniem pewnej drogi, jaką przeszła ta seria. A mam na myśli drogę do perfekcji.

Ewolucja niczym nie zmącona

O ewolucji można mówić wtedy, gdy następują jakieś zmiany w odniesieniu do podmiotu i – co ważne – zmiany te powodują, że nasza jednostka zainteresowania otrzymuje pewną formę z jakiegoś powodu dla niej odpowiednią. Tą moją zagmatwaną quasi-definicję mogę z powodzeniem odnieść do serii „Burnout”.

Gdy Criterion Games wydało pierwszą część, ta zyskała opinie dobrego zręcznościowego racera. Druga edycja o podtytule „Point of Impact” była już niezwykle mocnym punktem w bibliotece wyścigowych gier na PlayStation 2. Olbrzymie prędkości, nagradzanie gracza za niebezpieczną jazdę (bliskie mijanie samochodów, jazda pod prąd, czy efektowne poślizgi na zakrętach), dopracowana oprawa graficzna – te wszystkie, doskonale ze sobą skomponowane elementy gracze chwalą sobie po dziś dzień. Jednak nic nie trwa wiecznie i tak też supremacja „Point of Impact” dobiegła końca. Znalazł się następca drugiej części „Burnouta”, a stała się nim gra z tej samej rodziny, jednak tym razem wydana pod opiekuńczymi skrzydłami Electronic Arts. Criterion Games we współpracy z EA uzyskało niemal idealną formę swego dzieła. Ja wcześniej nawet nie śmiałem marzyć o tym, czego stałem się świadkiem po wsadzeniu pełnej wersji „Burnout 3: Takedown” w paszczę mojej konsoli.

Reżyser ulicznej destrukcji

Nie skłamię, jeśli napiszę, że tryby gry zostały w zasadzie „tylko” rozbudowane (znalazł się jeden zupełnie nowy – ale o nim później) w stosunku do poprzedniej edycji. Diabeł jednak tkwi w szczegółach i one właśnie – pod postacią zmian/modyfikacji – przeobrażają oblicze tej gry w niemalże arcydzieło elektronicznej rozrywki.

Główna osią zabawy jest „World Tour”, gdzie pokonując kolejne zadania/eventy odblokowujemy następne na trzech różnych kontynentach. A różnorodność form zabawy z początku może zaszokować. Są wyścigi zwykłe i z modyfikacjami (np. ostatni obibok na kolejnym okrążeniu odpada), są pozwalające wyżyć się „crashe” (wpadamy w pełnym pędzie na zapchane samochodami skrzyżowanie i staramy się nabić jak najwięcej punktów w zainicjowanym przez nas karambolu ), mamy też pojedynki czasowe, wyścigowe bitwy jeden na jednego (wygrywamy samochód delikwenta), czy też zawody polegające na wywaleniu z trasy lub po prostu zmasakrowaniu konkretnej liczby przeciwników. I tu się na chwilkę zatrzymajmy. Ta ostatnia akcja to właśnie tytułowy „takedown”. Jest to chyba najbardziej znaczący, nowy element całej serii. Polega na pozbyciu się z trasy rywala – to już wiecie. Ale to na jak wiele sposobów możemy to uczynić, wprawia mnie w prawdziwy zachwyt! Ostre wbicie biedaka na bandę, wepchnięcie pod nadjeżdżający drugim pasem autobus, wywalenie na zakręcie w przepaść, wepchnięcie na słup, wjechanie mu pod tylni zderzak i wyrzucenie do góry – wysoki poziom adrenaliny nie ma prawa Was zawieść w takich chwilach! Wszystko to przy ogromnych prędkościach i takim tempie akcji, że włosy stają dęba! Jakby tego było mało, jeśli przypadkiem i Wy zaliczycie „dzwona”, albo Waszym udziałem stanie się nie do końca spodziewany lot koszący wszystko i wszystkich, możecie spowolnić akcję odpowiednim klawiszem i pokierować jeszcze wykorzystującym pęd zderzenia wrakiem (ta opcja to tzw. „aftertouch”). Cel? Zawalenie drogi przeciwnikowi, czy też zebranie dodatkowych bonusów znajdujących się na trasie (to akurat tylko w trybie demolki na skrzyżowaniu - na początku widzicie przejazd kamery pokazującej szczegóły trasy, dzięki czemu przed masakrą można obrać sobie tor jazdy i odpowiednią strategię). Mało Wam? To dorzućcie do tego kotła jeszcze to, że jeśli w karambolu weźmie udział odpowiednia ilość bezbronnych, niewinnych kierowców, możecie DETONOWAĆ to co zostało z Waszej gabloty celem...jeszcze większej rozpierduchy! Bo naprawdę nie wiem jak to już inaczej, dosadnie ująć. To nie są jakieś stłuczki czy kraksy. To nie są nawet karambole – to uliczna masakra, destrukcja w której samochody kończą swój żywot w formie, jakiej jeszcze nie widzieliście na oczy.

Recenzja gry NFS Heat – nowy Need for Speed dowozi... i nie dowozi
Recenzja gry NFS Heat – nowy Need for Speed dowozi... i nie dowozi

Recenzja gry

Need for Speed: Heat to najlepszy NFS, ale tylko na tle dwóch ostatnich odsłon. Zapamiętamy go jednak na zawsze dzięki wyjątkowym przygodom z policją. Uberpolicją!

Recenzja gry Forza Horizon 4 – tak się wygrywa bitwę o Anglię
Recenzja gry Forza Horizon 4 – tak się wygrywa bitwę o Anglię

Recenzja gry

Forza Horizon 4 zmienia się w pełnoprawne, samochodowe MMO. To bardzo dobra gra, która błyszczy na tle konkurentów, a zawiedzie odrobinę jedynie weteranów serii.

Recenzja gry The Crew 2 – odtwórcza rewolucja
Recenzja gry The Crew 2 – odtwórcza rewolucja

Recenzja gry

To, co zrobił Ubisoft z The Crew 2, zakrawa niemal na skandal. Takiego recyklingu w sandboksach jeszcze nie było. Ale wiecie co? Nie chce mi się podnosić larum, bo jeżdżenie po USA (a także latanie i pływanie) wciąż potrafi być nad wyraz przyjemne.