Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 26 września 2003, 12:57

autor: Ziuziek

Neverwinter Nights: Shadows of Undrentide - recenzja gry

Shadows of Undrentide to pierwszy dodatek do Neverwinter Nights stworzony jest przez firmę BioWare oraz nowo powstałe studio FloodGate, składające się przede wszystkim z byłych członków zespołu Looking Glass Studios.

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

Kraina Faerun ma wyjątkowego pecha. W mieście Neverwinter jeszcze nie zdążyła rozprzestrzenić się na dobre Wyjąca Śmierć, wysysająca dusze i niszcząca ofiary dosłownie od środka, a tu już następne niebezpieczeństwo czyha na bezbronnych mieszkańców. Ktoś pragnie obudzić zakopaną pod tonami piasku potęgę i wykorzystać ją do własnych celów, ktoś chce władzy, którą może dać mu tylko legendarna magia... A wszystko zaczyna się w małej osadzie Wysoczysko (Hilltop), leżącej w Srebrnych Marchiach, gdzie stary krasnolud, mistrz Drogan, prowadzi szkołę dla przyszłych poszukiwaczy przygód...

Na dodatek do Neverwinter Nights przyszło czekać nam długo. Niecierpliwili się szczególnie ci, którzy wolą grać w polskojęzyczne wersje gier. Doczekali się jednak, gra pod koniec wakacji trafiła na półki sklepowe. Ponieważ Shadows od Undrentide nie jest osobną grą, a dodatkiem, to nie będę rozpisywał się na przykład o oprawie – w recenzji szukajcie jedynie tego, co jest nowe w stosunku do podstawowego Neverwinter Nights.

Podróż rozpoczynamy w mroźnym Wysoczysku, w szkole dla poszukiwaczy przygód prowadzonej przez Mistrza Drogana. Zaraz po wyjściu z pokoju spotykamy parę osób, które później będziemy mogli wybrać jako swoich towarzyszy. Krzyki dobiegające z parteru nakazują się tam udać – używamy więc specjalnego pierścienia służącego do teleportacji lub po prostu korzystamy ze schodów... i tu pierwsza niespodzianka. Animacja! I nie chodzi tu o filmiki pomiędzy rozdziałami, a animację zrobioną na engine gry. Muszę przyznać, że wygląda to całkiem efektownie – otoczony magiczną kulą Drogan odpiera ataki bezbronnych (wydawać by się mogło) koboldów, spalając, porażając i zabijając ich zaklęciami. Jeden z koboldów jest jednak o wiele sprytniejszy – teleportuje się blisko Mistrza Drogana i wbija w niego magicznie zatruty sztylet. Koboldy uciekają, zabierając ze sobą kilka magicznych i niebezpiecznych przedmiotów, które Drogan przechowywał w swej piwnicy. Uczniowie szkoły próbują pomóc mistrzowi, ale nie odnosi to skutku... Więcej wyjaśnień udzieli przybyła właśnie Ayala, członkini Harfiarzy, która śledziła koboldy. Ona właśnie oznajmia graczowi, jak wielkie niebezpieczeństwo może zostać wywołane, gdy skradzione artefakty dostaną się w niepowołane ręce...

Ponieważ Ayala sugeruje wybór towarzysza, warto zrobić to przed wyjściem ze szkoły. Możemy wybrać dwóch – Xanosa Messamosa lub Dornę Trapspringer. Niestety, piękną paladynkę Mischę będziemy musieli zostawić w spokoju, co niewątpliwie zasmuci męską część graczy. I znów niespodzianki. Po pierwsze, mamy teraz pełny dostęp do ekwipunku towarzyszy. Daje to wiele użytecznych możliwości – nasz najemnik może nieść przedmioty, jeśli nie starcza nam sił na zabranie wszystkich. Można też mu zmieniać broń i pancerz tak, aby był on jak najefektywniejszy w walce. Po drugie, możemy decydować, w jakiej dziedzinie awansuje towarzysz. Co prawda jest to ograniczony wybór (w przypadku Xanosa – barbarzyńca lub czarownik, Dorny – złodziej lub kapłan) wynikający z faktu, iż twórcom gry „nie chciało” umieszczać się kilku lub kilkunastu najemników, ale i tak cieszy. W ogóle współtowarzysz więcej mówi, komentuje zdarzenia, posiada wspomnienia i plany, którymi z początku niechętnie się dzieli. Niestety, nie ma żadnych zadań związanych z najemnikami, jak to było w podstawowej wersji gry. Ale za to jest trzeci najemnik, który pojawia się w Przerywniku – ale nie powiem o nim nic więcej, by nie popsuć zabawy tym, którzy jeszcze w Shadows of Undrentide nie grali.

Recenzja gry Kenshi – Mount and Blade dla fanów Gothica
Recenzja gry Kenshi – Mount and Blade dla fanów Gothica

Recenzja gry

Z jednej strony model rozgrywki, który powinien stanowić wzór i inspirację dla wszystkich, którzy chcą robić prawdziwe erpegowe piaskownice dla pojedynczego gracza. Z drugiej natomiast festiwal gliczy niczym z najgłębszych odmętów steamowego piekła.

Graliśmy w DLC Legacy of the First Blade do AC Odyssey – wreszcie asasyni w asasynie
Graliśmy w DLC Legacy of the First Blade do AC Odyssey – wreszcie asasyni w asasynie

Recenzja gry

Podobnie jak przy Tyranii króla Waszyngtona, Ubisoft dzieli DLC do Assassin's Creed: Odyssey na trzy części. Sprawdziliśmy, jak sprawdza się pierwsza z nich. Oto Legacy of the First Blade.

Recenzja gry Fallout 76 – zlepek wszystkiego i niczego
Recenzja gry Fallout 76 – zlepek wszystkiego i niczego

Recenzja gry

Najnowsza gra z uniwersum Fallouta wzbudza skrajne emocje. Czy słusznie? Wycieczka do Wirginii Zachodniej może nie była taka najgorszą rzeczą, jaka mnie spotkała w grach, ale... dobrą też jej nie nazwę. Fallout 76 to niby nowa gra, a wygląda jak DLC.

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
10.04.2008 12:03
ujemny
53
Prezenter TV

Większa kontrola nad najemnikiem ogranicza się jedynie do edycji jego ekwipunku. Podczas walki sojusznik w żaden sposób nie wykorzystuje posiadanego potencjału, co podczas starciem z silniejszym przeciwnikiem bywa wręcz frustrujące.
W dodatku nie poprawiono krytycznych błędów związanych z "znikaniem" tur, fatalnego poruszania się postaci podczas starć, ogromnej losowości poziomu trudności pojedynków.
Na plus zasługuje ciekawsza fabuła, oraz wątki poboczne.

11.04.2008 12:24
odpowiedz
ujemny
53
Prezenter TV

Jeszcze jedna uwaga. Scenariusz pojedynków z mocniejszymi przeciwnikami zawsze przybiera następującą formę: na 3 tury przeciwnika wypada 1 gracza, celność ataku przeciwnika to 75%, gracza 30%. Programiści niestety nie pokusili się o bardziej ambitne sposoby pokonania przecinków niż łopatologiczne uderzanie, czy rzucanie czaru.