Jesteś bardzo doświadczonym graczem, więc będziesz wiedział co robić dalej - grać, nie grać, jak dalej grać lub dooglądać sobie grę na yt :-) Po tym co piszesz wygląda jakbyś się zmuszał do grania. Może to po prostu formuła nie dla Ciebie. Ja mam taką zasadę, że każdej ważnej z jakiegoś powodu grze daję 10-20h i potem decyduję czy odkładam czy gram do końca. Jak decyzja jest na Tak, to wtedy skupiam się na tym jak w danej formule mieć najwięcej frajdy, nawet jak gra nie do końca mi pasuje. Ale gdybym nie miał jakiejś frajdy to bym się nie zmuszał. Nie jest moją ambicją, aby Cię przekonać do ER, czy coś udowodnić, ale skoro poświęciłeś tej grze sporo czasu i poświęciliśmy tej dyskusji trochę czasu dodam jeszcze kilka moich luźnych doświadczeń do Twoich punktów. Może się do czegoś przydadzą.
Po pierwsze nie wiem gdzie teraz jesteś. Zrozumiałem wcześniej, że w Stolicy, a teraz chyba skończyłeś Stolicę. Z drugiej strony masz już doświadczenie z Malenią? Tak czy inaczej, jeżeli to Stolica, to po niej są ci najwięksi, najciekawsi i najtrudniejsi bossowie. Może czeka Cię tam to, czego najbardziej oczekujesz w sensie bossów. Możesz wtedy polecieć do końca najkrótszą drogą, przez największe atrakcje gry, rezygnując z dokładnego czesania otwartego świata, którym jesteś zmęczony. Ewentualnie wrócić z ciekawości w pominięte obszary po zakończeniu, bez wchodzenia w NG+. Ja tak zrobiłem w pierwszym przejściu, głównie gnany ciekawością końcowych bossów, i byłem bardzo zadowolony.
Jeżeli ER i otwarty świat nie są jednak dla Ciebie, to i tak jesteś w dobrej sytuacji, bo możesz sobie jeszcze po DS i Sekiro wrócić do DS2, DS3, DMS, Bloodborne :-) Ja ze świata ER nie mam za bardzo gdzie wracać, bo nawet perfekcyjne DS3 jest już dla mnie trochę nudne :-(
Nie doprecyzowałem - pokonałem Morgotta i wysprzątałem stolicę, zostały mi tylko podziemia pod nią.
Często w tych wywodach piszesz, że gra ma problem lub jakiś boss ma problem. Bezpieczniej jest napisać, że Ty masz z tym problem, nie odpowiada Ci lub nie jest w Twoim guście. Inaczej narażasz się na to co tzw. płaczący guru na yt, których widziałem całą masę. Płaczący guru na yt robi profesjonalny 1,5h film zatytułowany "Critique of ER...", "ER is not a masterpiece", itp. Zaczyna, że ma za pasem wszystkie gry FromSoftware, ER to świetna gra, ale ma następujące problemy lub tak a tak zepsutą formułę. Nie, że mu się nie podoba, ale gra ma problemy i bardzo "merytorycznie" udowadnia jakie to problemy zestawiając z różnymi elementami i bossami innych gier. Kiedyś uważnie oglądałem te filmy, bo nie byłem pewny czy pomimo moich ewidentnie pozytywnych wrażeń, ER rzeczywiście jest u podstaw skopany i ci mistrzowie to widzą, a ja nie. Po x przejściach, sam już się śmiałem z tych filmów, i w myślach komentowałem - co on robi? po co on to robi? czemu tego nie widzi? czemu jest tak zafiksowny na tym? czemu nie korzysta z tego? Wtedy przestałem oglądać te filmy. Potem widziałem masę filmów przeciwstawnych, które pokazywały w czym płaczący guru się mylą, jak ER rozwija formułę i bossów w stosunku do innych gier FS. To wolałem. Ale to walka na słowne argumenty. Potem obejrzałem masę filmów z przejść i walk uznanych i mniej znanych streamerów, fanów i speedrunnerów. One najbardziej pokazują jak puste są krytyki płaczących guru, bo zwyczajnie rzadko ktoś, kto poświęcił ER trochę czasu i serca ma takie problemy. Miło za to popatrzeć na grację, płynność, taniec walki i sposoby przechodzenia gry tych osób. Też tak chciałem i sporo się od nich nauczyłem. Nie chodzi o to, aby być jak speedrunner lub przechodzić w formule wyzwania, ale po prostu podpatrzeć różne elementy i sposoby. Nie wiem czy zauważyłeś, że sam nie mówię (staram się), że DS, DS2, DS3 czy Sekiro ma jakiś problem. Mówię, że to świetne gry, tylko w moim przypadku nudzę się czymś, nie mam w czymś frajdy, coś jest za łatwe lub mi niepotrzebne, ale to też bardzo rzadko. Artoriasa pokonałem w 3-cim podejściu i przez to za dużo tej przyjemności nie miałem (czasowo), co nie przeszkadza mi mówić, że to rewelacyjny boss w DS. Nawet fakt, że przy pierwszym podejściu myślałem, że zajmie to chyba z 10 razy, a boss dał się dobrze wyczuć już w 3-cim uznałem na jego plus, że tak genialnie uczy gracza samego siebie. Żałuję znowu, że nie ma jakiegoś boss mode, aby tą przyjemność sobie powtarzać, bo za dużo jej nie było.
Już abstrahując od używanego przez Ciebie nazewnictwa (płaczący guru, serio?)... Jeżeli ludzie tworzą półtoragodzinne filmy, to raczej zależy im na grze. Poza tym, to nie jest tak, że Elden Ring jest złą grą - jest bardzo dobrą, z tym, że w wielu aspektach mógłby być dużo, dużo lepszy.
Smithing Stones i Somber Smithing Stones - gra ich nie rozdaje, a zdobywanie ich było dla mnie na początku dość ciekawym wyzwaniem. Idę przez grę i znajduję sukcesywnie kolejne kamienie o coraz wyższym poziomie. Zachęca mnie to do eksploracji świata, szczególnie kopalni i tuneli, których przejście może umożliwić ulepszenie broni na kolejny poziom. Musze zdecydować czy inwestować w broń normalną (SS) czy unikalną (SSS) i jaką, bo na początku nie mam tych kamieni za wiele. Odkrywam dungeony i ukryte miejsca z kamieniami, których mi brakuje. Potem zdobywam dzwonki i mogę już kupić dowolną ilość kamieni (teraz macie lepiej, bo w NG+ dzwonki zostają i nie trzeba ich zdobywać od nowa jak kiedyś), ale to kosztuje. Stwierdzam, że SSS są tańsze i łatwiejsze do zdobycia. Znowu decyzje do podjęcia. Potem myślę o sposobie zdobycia środków na te kamienie. Ponieważ oprócz NG+10 robiłem tez kilka speedrunów na nowych NG, to znalezienie w świecie szybkiej ścieżki, gdzie po drodze mógłbym sobie zebrać komplet kamieni do upatrzonej broni (zwykle SSS) było ciekawym zadaniem samym w sobie. Na koniec dnia, mając wszystkie dzwonki i sposoby szybkiego zdobywania run, kamienie i ulepszanie nie stanowią żadnego problemu. Powiem Ci tylko tyle, że mam prawie wszystkie bronie w grze, większość z nich po 2 sztuki, i dosłownie wszystkie na +24/25 lub +9/10. I nie wymagało to jakiegoś wielkiego farmienia, bardziej odbywało się przy okazji, ale to głównie dobrodziejstwo NG+. Na koniec pozostają te najcenniejsze kamienie, ulepszające bronie do +25 i +10. Tu znowu, odnalezienie wszystkich miejsc ich występowania, ograniczona liczba na przejście, jest fajnym wyzwaniem samym w sobie. Zgromadzenie całej kolekcji broni, tarcz, łuków, kusz, ballistów, kosturów, pieczęci, ulepszenie na max (-1) sprawiało mi ogromną przyjemność, bo też z większości z nich korzystałem, nawet przez krótki czas. W innych grach wymagałoby to nieprawdopodobnego grindingu, tutaj przychodzi mi to jakoś naturalnie i po drodze :-) Naprawdę.
Irytuje mnie po prostu, że przez sporą część gry nie mam jakiegoś konkretnego smithing stone'a. Przez dłuższy czas nie mogłem nigdzie znaleźć piątki, teraz nie mam siódemki. Zużyłem te, co miałem na inną broń, a jak na wiki sprawdziłem, to dzwonek na siódemki i ósemki upuszcza dopiero Godskin Duo. To już sam koniec gry, a tych, które można znaleźć przed nimi, starczyć mi będzie może na broń czy dwie.
Challenges - masz rację, absolutnie nie każdy musi je robić, ale można w nich podpatrzyć zawsze coś dla siebie z mechanik, technik walki, itp. Nigdy się nie spodziewałem, ze sam je będę wymyślał i robił, a tak wyszło, mimo że takie łatwiejsze na moją miarę. Kilka opisałem w wątku pod grą. Jestem z tego mega dumny :-)
Powinszować :)
"Większość przeciwników walczy podobnie" - w ER? to mamy zupełnie inne odczucia, zwłaszcza jeżeli chodzi o bossów i mini-bossów - główną zaletą ER dla mnie jest to, że za każdym razem to inny schemat.
Wiadomo, że każdy moveset jest inny, ale założenia niestety są zwykle podobne, zwłaszcza na bossach.
Moby z kolei, poza różnorodnością, przez swoje dziwne rytmy i movesety, potrafią czasem stanowić większe wyzwanie od bossów.
Prawda, sporo mobów potrafi niewiarygodnie wnerwiać (runebear...)
"Bossowie stworzeni pod summony, użycie summonów trywializuje walki" - no to jest dokładnie punkt z mojego wpisu, pod którym tu komentujemy :-) Zgadza się, że bossowie są stworzeni tak, aby uwzględnić walkę z summonami, a nawet do niej częściowo zachęcić. To po prostu nowość ER, może nawet okupiona zachwianiem balansu w niektórych miejscach. Długo o tym myślałem i sporo już pisałem. Swojego pierwszego przejścia nie byłbym w stanie zrobić bez duchów. A nawet z duchami gdzieś tak od Olbrzyma to wciąż była ciężka przeprawa wymagająca wielokrotnych podejść. Ale to słaby ja, bo potem zdziwiony widziałem wiele osób, w tym tu na forum, a u streamerów to reguła, przechodziły pierwszy raz grę solo melee i bardzo się dziwiłem - wracamy do wcześniejszych punktów: gra ma problem czy ja. Po swoich doświadczeniach dziś mam takie zdanie. Gra jest stworzona zarówno pod summony jak i solo, na różne poziomy i doświadczenie graczy, na różne buildy. Ciężko powiedzieć komu łatwiej - graczowi ze słabym buildem a dobrze dopasowanym summonem, czy graczowi z silnym świadomym buildem grającym solo? Summony ułatwiają lub w ogóle umożliwiają grę początkującym graczom lub za pierwszym razem. Gra jest do przejścia solo przez doświadczonych graczy, którzy wciąż mogą korzystać z summonów dla urozmaicenia rozgrywki lub różnych eksperymentów. Początkujący gracz może zadecydować czy chce walczyć 30 razy z Margit i poznać dokładne bossa, czy walczyć kilka razy z summonem, a wraz z doświadczeniem z nich zrezygnować, nawet w jednym przejściu dzięki powtórkom z kilku bossów. Doświadczony gracz ma wiele opcji - od solo do różnych sposobów wykorzystania summona. Po pierwsze, nie jest powiedziane, że summon zawsze ułatwia walkę. W niektórych scenariuszach, przy niektórych bossach, zwłaszcza na NG+, może utrudniać walkę doświadczonemu graczowi (nieprzewidywalność bossa, AI). Ja np. w jednym wyzwaniu na wysokim NG+ nie byłem w stanie pokonać szalejącego czarnego gargulca z summonem, tylko solo mogłem wejść w jego szaleńczy rytm. Po drugie, oprócz siły różne summony mogą przejmować różne role w trakcie walki i uzupełniać nasz styl. Przejmowanie głównego ciężaru walki, zbieranie aggro przeciwnika, odbijanie piłeczki z aggro w tandemie z graczem, ogłupianie (AI) bossa przez ilość duchów w prochach i ich natarczywość, dodatkowe DPS z dystansu, pomocnicze efekty nakładane na przeciwnika lub leczące gracza. Wreszcie przy najtrudniejszych bossach dwufazowych, kiedy opanowaliśmy już sami 1-szą fazę, możemy wykorzystać summona do szybkiego jej przejścia aby skupić się na ćwiczeniu drugiej fazy, gdzie zwykle summony i tak odpadają. Jest tego cała masa i dobieranie dobrego summona pod siebie i bossa jest oddzielną zabawą i sztuką. Już nie mówiąc o wyzwaniu takiego skonfigurowania summona, aby pokonał samodzielnie bossa - gracz, który to potrafi, nie ma z reguły kłopotu z pokonaniem bossa solo :-) Jeżeli chodzi o inne gry DS, to mają często summony, tylko same NPC. Dla mnie w uproszczeniu np. DS solo jest jak ER z summonami, a summony NPC w DS (jeśli dostępny) całkowicie trywializują walkę, więc ich od razu przestałem używać. Jeżeli zagrasz w DS2 to tam jest jeszcze łatwiej. Tzn. bossowie są jak dla mnie najłatwiejsi w serii DS, a jeszcze do tego summony NPC są bardzo powszechne. Mimo to DS2 jest dla mnie miodną grą 10/10 na jedno dokładne przejście, choć paradoksalnie brak w niej trudnych bossów i jest tak krytykowana przez fanów serii.
Moim zdaniem, system summonów był błędem. Kiedy przywołuje się NPC lub gracza, zdrowie bossa rośnie, co potrafi stanowić przeszkodę, jeżeli nasza pomoc padnie. Przy spirit ash, co tracimy tylko manę lub zdrowie, czyli coś, co łatwo odzyskać, a zyskujemy wymierną pomoc. Głównym problemem pozostaje oczywiście sztuczna inteligencja, która zupełnie sobie nie radzi w walce z wieloma przeciwnikami. Mam wrażenie, że te długie kombosy czy obszarówki, którymi tak lubią bossy częstować, to właśnie próba zbalansowania pod summony.
"Długi miecz + średnia tarcza - wolne ataki w porównaniu z przeciwnikiem" - Nie wiem jakiego masz dokładnie builda. Mogę Ci tylko powiedzieć, że sam walczyłem prawie wszystkimi możliwymi. Str, Dex, Quality, Int, Faith, Arc, i różnymi hybrydami. Do tego całym repertuarem magii, zaklęciami i inkantacjami. Wszystkimi rodzajami broni, wszystkimi wielkościami i ciężarem, z różnymi popiołami wojny i efektami typu krwawienie, mrożenie itp. od sztyletów do ogromnych mieczy, od samych pięści po najcięższe i najwolniejsze kolosalne bronie, katany, topory, młoty, halabardy. Robiłem całe przejście gry dwoma najcięższymi i najwolniejszymi młotami w grze. Nie było za wolno. Robiłem przejście z olbrzymim mieczem GUTS Greatsword i jeżeli stosuję tarcze to zwykle wielkie. Dlatego rozumiesz, że nie mogę Ci przyznać racji, że długi miecz i średnia tarcza są za wolne...
Odnoszę się konkretnie do mechaniki guard counter, nie samej szybkości broni.
Malenia - walczyłeś już z Malenią czy opierasz się na filmach?
Nie doszedłem do niej. Ale wywołuje we mnie ból tylnej części ciała, bo ludzie piszą, że najpewniej powstała na bazie bossa z anulowanego dodatku do Sekiro :)
Ja osobiście nie lubię walczyć z Malenią, ale nie sądzę, aby miała jakiś problem. Walczyłem z nią kilka razy, ale w 50% przejść ją pomijam, bo nie sprawia mi frajdy. Pokonywałem ją magią, kolosalnymi młotami, wielkim mieczem, kataną, w tym jej własną kataną z jej własnym waterflowl dance, z summonem i solo, ustawiłem też raz w dość wyrafinowany sposób mimica, który pokonał ją sam pewnymi inkantacjami, a ja sobie siedziałem z boku. Super zabawa. Dla mnie Malenia nie ma problemu. Do waterfowl dance gra daje graczowi równoważne narzędzie w postaci bloodhound's step, które dość łatwo pozwala uniknąć ataku. Można sobie z nim też poradzić przez zwykłe uniki i bieganie w odpowiednich kierunkach, i są do tego proste kilkuminutowe tutoriale na yt, ja korzystałem też raz z Kamiennej Opuszkowej Tarczy z odpowiednim talizmanem, która świetnie blokuje ten atak mimo lekkiego odbudowania paska zdrowia przez Malenię. Dlatego nie rozumiem dlaczego ten atak jest problemem Malenii. Jest raczej problemem gracza, który nie korzysta z co najmniej tych 3 sposobów, które wymieniłem, każdy na inny poziom doświadczenia gracza?
Być może nie czerpiesz z walki z nią przyjemności właśnie dlatego, że nagina zasady, którym podlega wszystko inne w grze.
Nie możesz zrozumieć mojego podejścia do unikalności? Podsumuję logikę unikalności z przykładami. Wszystko z dopiskiem "dla mnie". ER dla mnie ma doskonały balans różnorodności i unikalności, skrojony na różne sposoby przechodzenia gry i konstrukcję olbrzymiego, otwartego świata, zapewniający mi max przyjemności. Ogólna ilość bossów i ilość unikalnych bossów jest zdecydowanie większa niż w innych grach FS i absolutnie wystarczająca. Wszystko co ważne jest unikalne - to jest oczywiście istotne fabularnie w odbiorze gry. Występujące powtórzenia mają swój sens i różne motywacje, które wymieniłem wcześniej, a nie odbieram ich jako zapchajdziury. Mnie ta ilość, różnorodność, poziom unikalności i rodzaj powtórzeń bardzo odpowiada. Wydaje mi się, że przy skali gry zrobienie wszystkich 165 całkowicie innych bossów nie tylko byłoby niezwykle trudne i czasochłonne dewelopersko, ale nie dałoby mi wcale osobiście lepszego doświadczenia, może nawet stałoby się nużące i spowodowało kociokwik :-) Konstrukcja ER pozwala na jej wielokrotne przechodzenie i ustawiane sobie ścieżek tego przechodzenia, gdzie z jednej strony szybko i wygodnie poruszamy się przez grę, z drugiej strony zaliczamy po drodze ważnych bossów. Jednocześnie rozumiem, że ktoś może mieć dysonans, gdy spotyka coś powtórnie, nawet gdy w innej postaci. Sam miałem tak raz w pierwszym przejściu gry ze wspomnianym Astelem, który jako jedyny stracił wtedy przez to w moich oczach na swojej wyjątkowości. Doceniłem za to ten case bardzo w kolejnych przejściach gry, gdy bardzo chciałem z nim walczyć, a nie musiałem odwiedzać odległych, niedostępnych krain dla stoczenia walki. Jeden taki boss. Do tego kolejne moje ulubione przykłady "powtarzalności", gdzie sprawdza się ona dla mnie znakomicie. 1) Gargulce w wersji zwykłej i pobratymców czarnej klingi, w 2 wersjach broni: miecz + halabarda lub podwójne ostrze + topór, i potem najlepsze jako duo. Powiem tak: gdyby FS zrezygnowało z którejkolwiek z tych wersji byłbym bardzo zły, bo każda z tych walk jest fenomenalna na inny sposób i przygotowuje do kolejnej (poziom trudności, bronie, duo). 2) Tree Sentinele, Draconic Tree Sentinel przed stolicą i w Farum Azula - to jest genialny mini boss i koncept występowania. Pierwszy raz spotykany na początku gry. Ja dostałem od niego bęcki, poszedłem dalej w świat, wróciłem bardziej napakowany i dalej dostałem bęcki. Wsiadłem na konia i wygrałem bez problemu. Rewelacyjny boss mechanicznie i edukacyjnie - uczy standardowo, że a) może nie jesteś na razie gotowy i idź pozwiedzaj świat, oraz że b) jest też koń w tej grze i może czasem logicznie jest z przeciwnikiem na koniu walczyć również będąc na koniu. Draconic Tree Sentinel przed stolicą, super przepustka, różnorodny i wymagający boss do nauki, tu możemy się jeszcze posłużyć summonem NPC i drugim duchem własnym. Draconic Tree Sentinel w Farum Azula ta sama wersja, ale nie możemy użyć summonów, za to możemy go spokojnie przebiec i pominąć, czego nigdy nie robię. To jest doskonały przykład, kiedy czułem, że umiejętności zdobyte w nauce bossa przed stolicą nie są zapomniane, tylko mogę je powtórnie wykorzystać i sprawdzić w trochę innym settingu. Boss rewelacja, występowanie rewelacja, skalowanie trudności rewelacja, i niesamowita przyjemność 3) Przy okazji, co się dzieje jak zaczynasz ER i wychodzisz otwarty świat? Na dzień dobry mini boss Tree Sentinel, który jest na poziomie głównych bossów z DS / DS2, 2 fajne mini bossy w pobliskich dungeonach, smok, dyniogłowy, troll przy burzowej bramie. Zanim dotrzesz do pierwszego głównego bossa masz tyle fajnych różnorodnych bossowych wyzwań co przez prawie pół gier z serii DS, nawet nie zbaczając za bardzo z głównej trasy. A ten troll to jest autentycznie identyczny jak pierwszy główny boss w DS2, tylko trochę ładniejszy i płynniejszy. Dlatego zupełnie nie rozumiem logiki twierdzeń o braku różnorodności czy powtarzalności bossów.
Zgódźmy się nie zgadzać.
Łupy z dungeonów - naprawdę nie wiem czego oczekują inni gracze, ale rozumiem, że np. ktoś może grać tylko melee, znajdzie na końcu katakumb coś z magii i powie, że mu to do niczego nie potrzebne. W moim stylu gry wszystkie te łupy się jakoś przydały i zbierałem je przez wiele przejść, i talizmany, i bronie, i zaklęcia, i ubiory. Wszystkim się chyba nie dogodzi. Ale znowu dobra rada - nie trzeba odwiedzać wszystkiego, ewentualne zastanowić się czego brakuje do builda, sprawdzić na yt gdzie jest i tam przechodzić katakumby czy inne jaskinie.
Na ile oczywiście zawsze będzie tak, że tylko mniejszość znalezionego łupu będzie dla danego buildu użyteczna, tak problemem dungeonów jest fakt, że poza tym przedmiotem, który może użyjesz, a może nie, nie oferują nic. Nagrody w runach są bardzo niskie - gdyby były wyższe, miałoby się dodatkową motywację je zwiedzać, a tak, to poza tymi potrzebnymi dla builda, po prostu nie warto.
Nie odbieraj tych tekstów jako kłótnię.
Nie odbieram, prowadzimy cywilizowaną rozmowę.
Rozumiem, że masz rozjazd z tą grą, co widziałem wcześniej u innych i nie jest dla mnie nowością. Dzielę się tylko swoimi doświadczeniami, bo ER wpasował się w moje preferencje idealnie i lubię się tą pasją dzielić. Jedyny dylemat jaki mam z ER to, że naprawdę mam teraz problem aby znaleźć inną grę, w którą by mi się chciało grać bardziej od robienia kolejnego przejścia czy wyzwania w ER :-) No i na sam koniec pamiętajmy, że DLC do ER jeszcze przed nami, choć ja nie czuję, abym się już nasycił podstawką, więc mi się nie spieszy. Ale miło mieć świadomość, że do tego całego dobrodziejstwa dostaniemy jeszcze jakieś Elden Ringowe "Artoriasy."
Zobaczymy. DLC na pewno wyjdzie, nie uwierzę, że From Soft nie będzie doił sukcesu gry.
Dziękuję za taką drobiazgową analizę komentarza. Super, że masz takie doświadczenie z DS i Sekiro. Zauważyłem, że prawie każdy, kto zaczynał od pierwszych DS, ma do nich szczególny stosunek, to zrozumiałe. Ja zaczynałem od DS3 i przez to one pozostaną dla mnie punktem odniesienia, a DS RE ograłem na samym końcu, w związku z czym wszystkie dobrodziejstwa formuły poznałem najpierw w innych grach. Może dlatego patrzę na DS bez sentymentów, choć oceniam bardzo wysoko, i doceniam jej wkład w zapoczątkowanie serii. Powodzenia z Sekiro. Jeżeli nie chce Ci się grać w ER, to odłóż, na jakiś czas albo w ogóle, nie mówię złośliwie - możesz zajrzeć do moich rad w drugim komentarzu poniżej, dotyczącym sposobu przechodzenia gry. Może to gra nie dla Ciebie, a może przechodzisz przez typowe punkty kryzysowe jak inni gracze - często pierwszym jest stolica, a drugim śnieżna kraina. Jeżeli zdecydujesz się w nią dalej grać, to sugeruję podejść do niej na taki sposób, do jakiego została stworzona, niekoniecznie jak Ty byś chciał, aby dokładnie była, to sobie zaoszczędzisz "niezgodności". Jeżeli np. oczekujesz od gry, aby wszyscy bossowie byli unikalni, to ta gra taka nie jest, i jak widzisz są gracze, którzy są z tego bardzo zadowoleni. Możesz zatem albo narzekać, że gra nie jest zgodna z Twoimi warunkami lub cieszyć się z dodatkowych okazji do wyśmienitych walk. Zadaj sobie też pytanie co Ci tak naprawdę sprawia przyjemność? Czy jak otworzysz grę i pójdziesz do pierwszego lepszego obozu powalczyć z mobami, czy z pierwszym lepszym mini bossem, jakąś ciekawą upatrzoną bronią - to czy to jest przyjemność sama w sobie czy nudne bo już raz czy dwa to robiłeś. Czy sama eksploracja świata na koniu sprawia Ci przyjemność, czy to puste, nudne przestrzenie pomiędzy tym co Cię interesuje? Czy interesuje Cię zaliczenie gry czy samo granie? Czy chcesz wszystko przeczesać, bo oczekujesz, że wszędzie gdzie zaglądniesz będzie na Ciebie czekać coś wyjątkowego? Czy na końcu dungeonu musi być jakaś wyjątkowa nagroda? Zawsze podaję przykład z Zeldy BotW, gdzie nagrodą za największe wyzwanie w grze zebrania 900 koroków jest złota kupa, dosłownie. Gracze, którzy tak czesali świat w oczekiwaniu wyjątkowej nagrody musieli zrozumieć, że nagrodą była sama droga, którą przebyli w grze. Jak w życiu ;-) Poniżej kilka odpowiedzi do Twoich punktów, pamiętaj też, ze podobnie jak autor artykułu, jeżeli nie przeszedłeś jeszcze ER, to może się okazać, choć nie musi, że niektóre stwierdzenia sam zrewidujesz, jeżeli zdecydujesz się dojść do końca. Tego Ci życzę (przejścia gry w całości).
Problem polega na tym, że dla mnie im dalej w las, tym mniej frajdy. Na początku byłem Elden Ringiem zauroczony, ale z czasem zacząłem widzieć niedociągnięcia. Pierwsze zmęczenie miałem jakoś w Liurnii, i z każdą koleją lokacją mi się wzmaga - nie ruszyłem Elden Ringa na dłużej od końca czerwca, a nie jest to pierwsza przerwa.
Lubię kończyć gry w całości, a przy Elden Ringu mi się zwyczajnie nie chce, czego nie uważam za dobry znak - projekt świata męczy mnie tak, jak męczyło Skellige w "Wiedźminie 3", gdzie mało który pytajnik oferował coś ciekawego. Takie samo odczucie mam przy lokacjach pobocznych w Elden Ring. Jazda konna po świecie jest fajna, ale ile można? Wiadomo, że wizualnie Elden Ring jest znakomicie zrealizowany, ale po jakimś czasie sama jazda przestaje być motywująca, bo już widziałem wszystko, co dana lokacja pod kątem wizualnym miała do pokazania. Nie pomaga też, że nie brakuje "przeszkadzajek" - na przykład łucznicy w Siofrze. Nie czuję też satysfakcji ze znajdywania przedmiotów, przede wszystkim dlatego, że gra zbyt skąpo rozdaje smithing stone - przez w zasadzie cały czas brakuje mi któregoś, co zabija we mnie chęć eksperymentowania z różnymi zabawkami.
W kwestii Zeldy się nie wypowiem, gdyż zwyczajnie w nią nie grałem, i raczej nie zagram - nie mam "pstryczka", a żadna gra Nintendo nie interesuje mnie na tyle, żeby go nabyć.
"Ograniczanie się" - to dla mnie nie korzystanie z masy dobrodziejstw i możliwości gry
Korzystam chyba ze wszystkich. Używam broni, inkantacji, przywołań, kilkakrotnie odwiedzałem Rennalę. Wciąż uważam, że problem jest po stronie gry.
"To zupełnie jak Dark Souls" - super, czyli Dark Souls jest prawie tak "małe" jak Elden Ring
W kontekście wybrania optymalnej ścieżki, jak najbardziej - w końcu, to ten sam twórca.
"Całkowicie subiektywne odczucie" - dokładanie tak, dlatego niektórzy wolą gry otwarte, inni koleinowe - ja się w nich teraz trochę duszę, subiektywnie
"Wolność i elastyczność otwartego świata" - nie wiem jak Ci to lepiej wytłumaczyć, jeżeli tego nie czujesz lub patrzysz na grę znowu w jakiś swój predefiniowany sposób, którego nie znam. Czy to ma być tak, że po rozpoczęciu gry mam mieć możliwość dostępu do końcowego bossa jak w Zeldzie? Czy ma być jakaś ilość alternatywnych ścieżek, o których piszesz? Ile tych ścieżek - 2, 5, 10? To wtedy będzie dobrze. To, że są punkty wymagane czy bossowie, przez których trzeba przejść, to nie rozumiem dlaczego to jest ograniczenie? Napisałem, że przeszedłem grę kilkanaście razy różnymi ścieżkami, tak naprawdę za każdym razem innymi. Zaczynam grę, wsiadam na konia, i lecę tam gdzie chcę, planuję, albo spontanicznie. W zależności od tego co chcę robić, czy to poznanie czegoś konkretnego, w kierunku jakiegoś zakończenia, jakieś nowe wyzwanie, boss rush czy speedrun. Gram teraz w DS3 i to jest przejście po sznurku, na którym mogę tylko wybrać kolejność niektórych węzełków. Myślę, że to dokładne rozumiesz, tylko ten otwarty świat nie sprawia Ci po prostu przyjemności.
Ja zwyczajnie nie czuję, żeby otwarty świat z założenia był lepszy. Dobrze zaprojektowana korytarzówka - a taką jest znaczna część pierwszych Soulsów - może dostarczyć tyle samo możliwości, co otwarty świat. W praktyce niestety otwarte światy często stanowią po prostu bardzo duże lokacje zamknięte i są tylko makietą. Nie grałem w RDR2, ale czytałem, że ludzie bardzo chwalili właśnie zaprojektowanie żyjącego świata, gdzie rzeczy dzieją się bez udziału gracza. Elden Ring jest niestety pod tym względem mocno statyczny.
"Po zdobyciu Lordvessel gra dużo traci" - potrafię to zrozumieć, ale u mnie było akurat odwrotnie. Nie oczekuję od gier łatwizny i wygody, ale nie lubię gdy gra marnuje mój czas. Uważałem, że to jest tak specjalnie zrobione, aby zachęcić gracza do poznawania i docenienia wszystkich przejść i skrótów, i to jest bardzo w porządku. Przy moim sposobie gry to się jednak nie sprawdziło i nawet odrzuciłem przez to grę za pierwszym razem. Lubię dużo eksperymentować, ulepszać, często odwiedzać kupców i kowali. Dlatego ilość pustych kilometrów, które zrobiłem na początku DS, wcale nie z ciekawości eksploracji, przeważyła nad funem. Dodatkowo pamiętam, gdy zszedłem dość wcześnie na sam dół Great Hollow to powrót stamtąd bez szybkiej podróży był mało przyjemnym doświadczeniem, wręcz małym zakleszczeniem i zauważyłem z yt, że ne byłem jedyny. Ogólnie chodzi o to, że nie lubię marnować czasu w grze na aktywności nic nie wnoszące do mojego funu, a to był taki efekt, choć dla innych może być urocze.
Pierwsze Soulsy są grą niedokończoną, i to niestety widać w drugiej połowie. Tak, jak Undead Burg i Parish, Darkroot Garden i Basin, a nawet Depths, Blighttown, Anor Londo, Sen's Fortress i Valley of Drakes to prawdziwy majstersztyk, poprzecinany skrótami i połączeniami, tak dalsze lokacje już ich tylu nie mają i potrafią zmęczyć. Bez Lordvessel nawigowanie po świecie byłoby bardzo trudne. Być może gdyby została dokończona, wyglądałoby to inaczej.
"ER ma jedną podstawową wadę" (walka) - nie zauważyłem tej wady, odsyłam to licznych wpisów w wątku gry dotyczących systemu walki, mechanik, z pouczającymi i edukacyjnymi filmami. Ja gdy miałem jakieś problemy z walką zawsze oglądałem speedrunnerów lub fanów robiących różne własne wyzwania walki. Mówiłem sobie, skoro ktoś może przejść najtrudniejszych bossów solo, melee, na golasa, ze zwykłą pałką lub samymi pięściami, to problemy muszą być po mojej stronie, a nie gry. I faktycznie, przeszedłem całą drogę od magii z summonami i dystansu do melee solo w zwarciu, przez masę różnych buildów, broni, mechanik, popiołów wojny, przedmiotów, talizmanów, wyposażenia, ćwicząc z różnymi summonami, ogólnie poznając masę możliwości. Musiałem tak sporo ćwiczyć, bo mistrzem świata nie jestem i nie mam dobrego refleksu. Nie odnajduję się w Twoich problemach, a rzeczy typu kombosy, opóźnione ataki, obszarówki czy olbrzymie obrażenia zadawane przez bossów są dla mnie naturalne. Mówię to już po najtrudniejszym NG+7, gdzie obrażenia zadawane przez bossów i ich odporność jest największa. Odmienność ER polega na tym, że właśnie nie jest ani DS ani Sekiro jeżeli chodzi o walkę, tylko przełamuje różne zasady i stwarza najcięższe wyzwania, ale daje też do nich najwięcej narzędzi. A jak masz dość to możesz wziąć Rivers of Blood czy Blasphemous Blade, jeszcze z mimickiem i iść dalej. Dzięki temu gra jest tak popularna, bo jest atrakcyjnym wyzwaniem zarówno dla największych kozaków, jak i realnym wyzwaniem dla początkujących zwykłych graczy, którzy odbijali się kiedyś od Soulsów. Nieszczęsny pasek staminy? I to mówi kolega od Dark Souls. Przecież to jest jedna z obserwacji osób, które po ER wróciły do DS - że nagle w DS muszą tak bardzo pilnować staminy, a w ER prawie o niej zapomnieli. Osobiście nie pamiętam, kiedy miałem kłopoty w ER przez brak staminy.
Nie uważam, żeby zestawianie z challenge runami było zasadne. To, że można coś zrobić, nie znaczy, że trzeba, a nawet, że się powinno :) Wystarczy casus Let Me Solo Her, ale raczej wolałbym, żeby nie balansować gry dookoła tak świetnych graczy.
Krytykuję pasek staminy, bo moim zdaniem jest on w Elden Ring niepotrzebnym reliktem. Po balecie, który From Software zaserwowało w Sekiro, i który w dużej mierze utrzymuje się przy przeciwnikach, ślamazarny w porównaniu z nim ruch postaci gracza jest zwyczajnie męczący. Przy częściowej implementacji systemu postawy z Sekiro, gra bardzo dużo by zyskała.
Większość przeciwników walczy niestety bardzo podobnie, co zabija oczekiwania, bo w zasadzie nie ma różnicy, czy walczę z humanoidem, zwierzęciem, czy czymkolwiek innym - będzie to kolejna ultraszybka istota z łańcuchem kombosów, skacząca po mapie i wyposażona w atak zdolny dorwać mnie z każdego dystansu.
Używałem przez część gry średniej tarczy - moim ulubionym buildem na postać w Souls jest rycerz z tarczą i długim mieczem, wzmacniający się inkantacjami. Niestety, tu to zbyt dobrze nie działało, zwłaszcza przez wolne w porównaniu z przeciwnikami ataki, co w dużej mierze ogranicza nową mechanikę, czyli guard counter. Przynajmniej moim zdaniem, zbyt mocno czuć tu różnice między graniem optymalnie, a nieoptymalnie - bossy był wyraźnie projektowane z myślą o używaniu summonów, tyle tylko, że użycie dobrego summona trywializuje walki.
Nie wiem czy mówiąc o odradzaniu masz na myśli ukryty "pasek" postawy czy PŻ, ale pierwszy raz słyszę, że to problem.
Chodzi mi oczywiście o wskrzeszanie się.
"Elden Ring jest zdecydowanie łatwiejszy, niż pierwsze Soulsy" - OK, dla Ciebie, ewentualnie wróć tam po ER i sprawdź czy na pewno. Ja tymczasem w moim pierwszym przejściu DS pokonałem wszystkich bossów z podstawki za 1-2 razem z biegu, nawet bez konieczności typowego rozpracowywania, z wyjątkiem O&S - którego rozpracowałem swoją metodą w kilku podejściach i scenariuszach, i przestał stanowić jakiekolwiek wyzwanie. Opisałem te przygody z bossami DS dokładnie w wątku pod ER przez porównanie. Dla mnie różnorodność narzędzi, które umożliwiają łatwiejsze lub trudniejsze przechodzenie gry nie jest wadą, ale zaletą. Każdy może się tu odnaleźć i zdecydować. Ja jestem na tyle słaby, że nawet z różnymi wspomagaczami niektórzy najtrudniejsi bossowie ER zabierali za pierwszym razem wiele podejść. Dodatkowo, im wyżej z NG+ tym bardziej liczy się czysty skill.
Na tym etapie znam bossów w Dark Souls na pamięć (z wyjątkiem, o ironio, Taurusa - nieważne, ile bym nie grał, nie mogę zrozumieć jego ataków), więc mogę zdać się jedynie na wspomnienia, i tam za pierwszym razem o wiele dłużej tłukłem się z bossami. Elden Ring daje graczowi znacznie więcej narzędzi, więc summa summarum jest prościej. Same summony są w stanie całkowicie ztrywializować wiele walk.
Malenia - przecież to najbardziej ulubiony boss graczy w wielu rankingach, nawet polskich - patrz ankieta u Demonidias, jak to możliwe, skoro to według Ciebie tak źle skonstruowany boss?
Malenia oszukuje na dwa sposoby - pierwszy, może zignorować stagger z lekkiej broni. Drugi, podczas Waterfowl Dance jedynym sposobem na przerwanie ataku jest zaaplikowanie statusu - staje się całkowicie odporna zarówno na stagger (co jest akurat typową mechaniką hyperarmor), jak i otwarcie na finisher. Zabawne jest to, ze licznik pozy cały czas jej leci, więc jeżeli w klatkę po zakończeniu ataku zaaplikujesz jej nawet jeden punkt poise damage, a w czasie Waterfowl została wyzerowana, to natychmiast jest otwarta na finisher.
"Unikalność bossów i im więcej unikatowej zawartości tym lepiej, byłoby fajne gdyby" - hmm, i znowu to samo, a dlaczego, dla kogo lepiej? dla Ciebie lepiej czy dla mnie lepiej, dla Ciebie fajne czy dla mnie fajne, i co to znaczy unikatowej? Czy Mohg który jest silniejszy na swojej głównej arenie i daje nam fantastyczny wycisk pozostaje unikalny czy już nie, gdy występuje jako słabszy mini boss na trudniejszej arenie, gdzie walczy się z nim inaczej i dodatkowo z przeszkodami na ziemi. A w ogóle jak to fajnie spotkać go drugim razem. Ogólnie zostaniemy przy swoich zdaniach i proponuję też abyś się spotkał z wszystkim bossami, bo na etapie stolicy najlepszego jeszcze nie widziałeś, to będziesz miał pełniejszy obraz. Zgadza się co napisałeś o DS, napisałem kiedyś dokładnie to samo w innym wątku. I dlatego przy małej ilości bossów w DS tak widać te powtórzenia, jeżeli komuś to przeszkadza. Mnie to zakuło głównie dlatego, że gracze DS tak wytykali ER brak unikalności. Również dlatego, że ci bossowie choć inni, to byli bardzo podobni mechanicznie w turowym schemacie atak-unik-otwarcie. Co do ER, to nie zamierzam dyskutować z twoimi preferencjami, wyobrażeniami, kryteriami czy gustami, bo to Twoje indywidualne. Na początku słuchałem tych wszystkich teorii, że FS nie miało czym zapchać dużej przestrzeni gry, stąd powtarzalność. I z tym się absolutnie nie zgadzam. Dla mnie i dla mojego stylu gry sposób występowania bossów jest idealny dokładnie z powodów które wymieniłem wcześniej. I widać to coraz bardziej z kolejnymi przejściami. Po prostu lubię walki w tej grze i możliwość ponownego wykorzystania zdobytych umiejętności z jakimś przeciwnikiem jest dla mnie dużym plusem. Jeżeli coś lubię, to chcę tego jak najwięcej. Dlatego nigdy mi się nie znudziły walki z setkami Lyneli i Strażników w Zeldzie. Jednocześnie to, co ma być unikalne, jest w ER unikalne. A same wyliczenia unikalnej ilości też zamieściłem kiedyś w postaci filmu pod grą jeżeli ktoś chce koniecznie sprawdzić matematycznie.
Masz taki gust, rozumiem to. Niestety, ja mam inny.
"Nawet nie wiem, jak to skomentować. To absurdalny argument" - co jest absurdalnego w tym, że bardzo lubię jakiegoś bossa i mogę z nim powalczyć w jednym z dwóch miejsc, lub obu, w zależności od tego jak przechodzę grę, i jaką ścieżkę sobie akurat obrałem? A co jest w Astelu takiego unikalnego fabularnie, aby odmówić mi tej przyjemności? Tak, przy pierwszym przejściu spotkałem go te 2 razy i się zastanowiłem, ale od drugiego przejścia już dokładnie zrozumiałem i bardzo sobie cenię to rozwiązanie i tą walkę. Ty może go już spotkałeś, albo nigdy go nie spotkasz, albo spotkasz go powtórnie, to zależy jak przechodzisz grę, jaki będziesz miał nastrój po stolicy i do dungeonów. Jak spotkasz drugi raz, to krzywda Ci się nie stanie. Lepiej dwa razy pokonać niż ani razu takiego świetnego bossa nie spotkać, co może się absolutnie zdarzyć w otwartym świecie.
"Dziesiąty raz w jednym cyklu NG to samo, jaka frajda!" - kto decyduje, co jest frajdą dla mnie - Ty czy ja? Jeżeli dla Ciebie nie jest frajdą to nie musisz przecież z nimi walczyć. Kto Ci każe? Nie uwierzysz, ale dla mnie za każdym razem to frajda, tzn. autentycznie nigdy nie przepuszczę żadnemu Awatarowi i dodatkowo bardzo lubię ich bronie, oba rodzaje i po dwie sztuki na max do powerstance'u.
Zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć Twojej logiki. Na ile rozumiem zamiłowanie do poszczególnych walk - sam absolutnie uwielbiam walkę z Genichiro w Sekiro, i wielokrotnie ją powtarzałem przy posążku - w pewnym momencie i tak napotkam danego przeciwnika, jeżeli odpalę NG+. W miejsce reskinu z drobnymi różnicami, wolę napotkać coś zupełnie nowego. Jest to wielokrotnie przyjemniejsze dla mnie, niż walka z nawet najlepszym bossem dwa razy podczas jednego przejścia - znacznie obniża to wartość oryginalnej walki, o ile nie jest umiejętnie wplecione w grę, jak na przykład Genichiro właśnie. Nie czułem tego samego przy Margicie/Morgocie - być może dlatego, że przez rozmiar gry ledwo go pamiętałem, kiedy w końcu do niego dotarłem w stolicy.
Godskin Duo - nie walczyłeś jeszcze, a już coś wiesz lub słyszałeś, sugeruję obejrzeć film Brandona Sandersona, który załączyłem w wątku pod grą. Wyjaśnia w nim dlaczego Godskin Duo to jego ulubiony boss, pokazuje całe doświadczenie przygotowania i przechodzenia tego bossa, łącznie z sensem występowania pojedynczego, a potem jako duo. Jeżeli będziesz miał ochotę możesz tam też poczytać moje wpisy porównujące moje własne doświadczenia z Godskin Duo vs Orstein & Smough. Myślę, że moje spojrzenie Ci się spodoba. Uważam, że O&S jest świetnym bossem, choć ostatecznie łatwym i z trywialną drugą fazą. Uważam też, że Godskin Duo jest fenomenalnym bossem, choć wkurzał mnie mocno przy pierwszych przejściach. Podaję tam moje własne wymyślone 3 poziomy trudności przechodzenia tych bossów. Uważam też, że O&S ma lepszy klimat walki niż GD :-) Ale mogę się mylić, choć przeszedłem tego bossa kilkanaście razy, a może Ty będziesz miał rację jak go pierwszy raz przejdziesz, a może zmienisz zdanie jak go pokonasz n-ty raz. Kto wie...
Oglądałem sporo Elden Ringa - prawdę powiedziawszy, to jedna z nielicznych gier, którą wolę oglądać, niż w nią grać - i nie zauważyłem zachwytów nad tym bossem. Mam ogólnie wrażenie, być może subiektywne, że w temacie duetów, ludzie są zmęczeni ciągłymi próbami odtworzenia Ornsteina i Smougha.
Dungeony - ta sama historia, nie lubisz, nie opłaca się - nie zaglądaj. Dlaczego kwestionujesz moją frajdę z ich przechodzenia i odkrywania różnych smaczków. Mi się podoba ta różnorodność i ilość, i rzeczy które tam znalazłem i cały czas odkrywam. Lubiłem się tez bawić z różnymi summonami, słabymi i mocnymi, bo każdy ma trochę inne zastosowanie, w zależności jak chcesz przeprowadzić walkę i na jakim poziomie trudności. Z jednej strony narzekasz, że masz łatwe walki, a z drugiej że znajdujesz w dungeonie słabe prochy. Może te słabe prochy umożliwią ci ciekawszą, trudniejszą, unikalną walkę, w jedynym w swoim rodzaju unikalnym duo: mocny Ty i słabszy summon.
Na początku, jak jeszcze nie wiedziałem, że miażdżąca większość łupów z lochów jest słaba, zwiedzałem każdy, jaki znalazłem, ucieszyłem się na przykład bardzo, gdy znalazłem uchigatanę - wiedziałem już, gdzie jej szukać, kiedy zacznę postać samuraja. Niestety, im dalej w las, tym bardziej widziałem, że większość rzeczy, które znajduję, jest zbędna, a zduplikowane kolejnych przeciwników nie nastrajało mnie chęcią do zwiedzania mapy. Wolałem iść szukać nowych wyzwań, bossów ciekawszych, niż kolejny Watchdog... tylko, że ci ciekawsi bossowie jakoś nie nadeszli. Przynajmniej z mojej perspektywy.
"Oczywiście, że otwarty świat Elden Ring jest słabszy. Jeżeli (a to bardzo duże jeżeli) będę w niego grał w przyszłości, to odwiedzę kilka lochów, w których będzie coś istotnego dla mojego builda, a reszty nie tknę" - dokładnie tak, brawo za odkrycie, tak też można. Absurdalność tego stwierdzenia o słabości polega na tym, że w otwartym świecie możesz sobie wykroić formułę liniową DS, a w drugą stronę nie bardzo.
"Dark Souls przynajmniej stara się być unikatowe. Nie zawsze wychodzi" - widzę, że ta unikatowość to jakaś obsesja. Ja np. nie miałem żadnych problemów z unikatowością w żadnej z gier FS, łącznie z DS. Ty szukasz uparcie tej unikatowości, i nawet w DS jej nie znajdujesz, i może właśnie przez to masz mniej radosne doświadczenia.
Jak wcześniej pisałem - dużo lepszą zabawą jest dla mnie nowe wyzwanie. Na silniejszą wersję bossa, którego już pokonałem, przyjdzie czas w następnym cyklu NG. Odczuwam pewien niesmak, wręcz mam wrażenie, że jest to ze strony twórców pewna trywializacja i brak szacunku do przeciwnika, którego pokonałem.
"Gdybym w jednym cyklu NG Dark Souls miał walczyć z czterema wariantami Artoriasa" - ja też, doskonale rozumiem, gdybym w jednym cyklu miał walczyć z czterema wariantami któregokolwiek z głównych bossów ER, np. Olbrzymem, Malikethem, Hoarah Loux, to może uznałbym to za przesadę. Żałuję tylko, że do niektórych mogę wracać dopiero w kolejnych przebiegach. Miałem to z DS3. Tak lubiłem Tancerkę czy Abyss Watchers, że musiałem przechodzić tą grę 7 razy, aby ich ponownie spotkać.
Na koniec wspomnę tylko, że po moich przygodach z DS napisałem, że Artorias to dla mnie boss idealny i najlepszy w DS. Mam nadzieję, że to nas trochę zbliży ;-)
Artorias jest zdecywanie najlepszym bossem z pierwszych Dark Souls... chociaż najtrudniejszym jest bez wątpienia ogon Kalameeta ;)
Here we go again...
Ah shit...
W Eleden Ring spędziłem jak na razie 550h i jestem dziś na NG+10. Przed premierą ER grałem tylko w DS3 do NG+7 i Sekiro do NG+4.
A ja spędziłem w nim 137 godzin, nie skończyłem, czyszczę stolicę... i mi się nie chce dalej grać. Ukończyłem na kilka sposobów pierwsze Soulsy (500h między PTDE i Remastered), oprócz tego dwa podejścia do Sekiro (łącznie 60 godzin), które planuje niebawem nareszcie ukończyć.
W trakcie gry w ER, chcąc szczerze sprawdzić te wszystkie tezy, mądrości, "critique" od płaczących soulsowych weteranów, porównania DS vs ER, ograłem równolegle stare DS dokładnie dwa razy z NG+ i DS2 jeden raz. Uwielbiam wszystkie gry FS, dlatego wszystkie te gry: DS* czy ER czy Sekiro to dla mnie 9-10/10. Szanuję też gusta innych graczy.
Tak szanujesz, że dwa zdania wcześniej piszesz o płaczach.
Nie cierpię za to uprzedzeń i stereotypów związanych ER, z reguły niezgodnych z prawdą, kilka z nich wymienię poniżej, w tym tezę autora. Często wynikają z przyzwyczajeń soulsowych. Tak jak graczowi Dark Souls trudno się przestawić na Sekiro, tak samo będzie kręcił nosem i narzekał w ER, jeżeli nie wejdzie w formułę tej gry, tylko będzie zafiksowany na swoich wyobrażeniach i przyzwyczajeniach. W efekcie taki gracz idzie na jedno kopyto przez całą grę, nie korzysta z 90% możliwości gry, nie korzysta z dobrodziejstw ogromnego, różnorodnego i otwartego świata, i narzeka, że mu źle. Ostatecznie ER jest według mojego gustu zdecydowanie najlepszą grą FS, zawiera w sobie całą formułę Dark Soulsów, jeżeli ktoś koniecznie chce się ograniczyć tylko do tego, ale daje o wiele więcej na każdym polu, korzysta z wielu elementów wszystkich poprzednich gier FS, ale tworzy swoje własne, unikalne doświadczenie, które zapewnia jej praktyczną nieśmiertelność i nieskończoną grywalność :-)
To znaczy jakie są te "uprzedzenia"? Elden Ring to dalej formuła Dark Souls. Na czym ma polegać "ograniczanie się? Używasz masy ogólników, ale mało tu konkretów.
"większe nie znaczy lepsze" - ogólnikowy frazes, który można przyłożyć do wszystkiego, ER jest tak duże lub tak małe jak chce gracz, przejście gry na NG+ zajmuje mi trochę ponad 2h lub kilkadziesiąt godzin, w zależności na co mam ochotę i jak chcę się bawić, każde z kilkunastu przejść było inne, nigdy nie myślałem o wielkości gry, bardziej o różnorodności ścieżek w połączeniu z różnymi buildami, które sobie za każdym razem tworzę (w wątku pod grą podałem moje ulubione 25 sposobów przechodzenia ER), ostatecznie zamiast mówić, że w ER większe znaczy lepsze, powiem że znaczy zupełnie inne, DS2 też jest ogromne i też jest dla mnie grą 10/10, ale bynajmniej nie ze względu na wielkość, a jak komuś pasuje DS to proszę bardzo też pięknie :-) Gra jest dobra lub słaba nie przez wielkość.
To zupełnie jak Dark Souls. Przy ponownym przejściu, mając Master Key, można spokojnie skończyć grę w parę godzin, ignorując sporą część zawartości.
"otwarty świat zaszkodził formule" - bzdura, po ER wszystkie DS nazywam grami dzierganymi i sznurkowymi, od punktu A do punktu Z, ewentualnie z mniejszą lub większą opcją kolejności wyboru ścieżki C-D czy E-F, z tajnym przejściem z D do G. Za każdym razem to samo. Mając poczucie lekkiej klaustrofobii i powtarzalności w Soulsach ciężko mi się do nich teraz wraca po ER.
Całkowicie subiektywne odczucie.
Wczoraj odpaliłem sobie właśnie z ciekawości DS3, głównie chciałem sprawdzić czy będzie tak trudna jak mi się kiedyś wydawało. Ale pierwsze co natrafiłem to te proste utarte ścieżki, O jak bardzo oczekuję teraz wolności i elastyczności otwartego świata....
Zatem ile tychże alternatywnych ścieżek jest w Elden Ring? Możesz sobie jeździć po świecie godzinami, ale w końcu i tak musisz zabić dwóch na czterech dostępnych przed stolicą Shard Bearers, a w ich lokacjach gra całkowicie zapomina o owym otwartym świecie.
Również pierwsze Dark Souks ze wszystkimi swoimi genialnymi przejściami, skrótami, połączeniami - nie, nie jest pod tym względem ciekawsze od ER, ER ma ich zwyczajnie więcej i odkrywa się je nawet w 10 przejściu, jak ktoś ma na to ochotę, i w ER nie utyka się bezsensownie w kozim rogu i nie robi kilometrów biegania do ognisk przez pierwszą część gry przez brak szybkiej podróży.
I właśnie ta pierwsza połowa jest najlepiej pamiętana. Po zdobyciu Lordvessel gra dużo traci.
Ogólnie, ogromny świat ER przemierza się szybciej, ciekawiej i przyjemniej niż którąkolwiek z gier Dark Souls.
Bo po prostu lecisz przed siebie i mało co jest w stanie Cię dogonić.
"historia" - osobiście w gry FS gram głównie dla gameplaya, walki i bossów, trochę jak FightinCowboy. Elden Ring jest pierwszą grą FS, w której zainteresowała mnie historia i lore, mimo, że mi nie po drodze filozoficznie, zgłębiłem ją na swój sposób, poznałem teorie innych, stworzyłem swoją teorię, swoje motywacje, i jest to wyjątkowy, długotrwały i wymagający proces, w którym codziennie odnajduję nowe puzzle i niespodzianki.
Tutaj pełna zgoda, opowieść Elden Ring jest bardzo dobrze rozpisana.
"poziom trudności ER, najłatwiejsza, najtrudniejsza, ER jest za trudne solo, a za łatwe z duchami" - kolejna bzdura, tak jak to, że Sekiro jest trudniejsze od Soulsów, Sekiro jest dużo łatwiejsze od Soulsów jak się gra w przewidzianym rytmie Sekiro, bo to gra rytmiczna z parowaniem i przełamywaniem postawy, a nie unikowej turlanej walki "turowej" jak Dark Soulsy. Próbując walczyć w Sekiro jak w Soulsy gracz jest skazany na niepowodzenie lub długotrwałą katorgę. ER łamie wszelkie rytmy, schematy, tworzy walkę wymagającą, realistyczną, w której przeciwnik jest po to, aby nas zabić, a nie wymieniać w kolejności grzecznościowe gesty "teraz ty, a teraz ja", z zaawansowanym combo branchingiem zależnym od dystansu, pozycji, nawet otwarcie na leczenie trzeba sobie wywalczyć, bo działania z pozycji neutralnej kończą się tragicznie, i wymaga od gracza różnego podejścia do różnych walk, stosowania różnych mechanizmów, a przede wszystkim inteligencji i kreatywności, niekoniecznie samego refleksu.
Elden Ring ma jedną podstawową wadę - zamyka gracza w wolniejszym, bardziej metodycznym systemie walki z Dark Souls, miotając w niego kolejnymi przeciwnikami, którzy idealnie sprawdziliby się w Sekiro. Liczne kombosy, opóźnione ataki, "input reading", obszarówki, szarże, uniki. A gracz ma nieszczęsny pasek staminy, którego musi pilnować jak oka w głowie. Że nie wspomnę o gargantuicznych obrażeniach, jakie bossy są w stanie zadać, ale w przeciwieństwie do Sekiro nie ma tu mechaniki odradzania się w walce.
Gra jest tak łatwa lub tak trudna jak chce gracz. Z jednej strony ma najtrudniejszych bossów jakich FS kiedykolwiek stworzyło, z drugiej strony daje do nich najlepsze narzędzia. I niestety, mity o trudności DS i DS2 legły w gruzach w zestawieniu z ER. Grając w te gry równolegle, stwierdziłem, że dawne soulsy to mało wymagający spacerek po parku. Jedyni w miarę wymagający bossowie DS występują w DLC, nawet O&S w drugim podejściu to pestka, DS2 nie ma praktycznie żadnych trudnych bossów, a najbardziej mnie przeraża, że jak gram teraz w DS3 to pierwsi bossowie też jawią się na poziomie mobów z ER. Mam nadzieję, ze jak dojdę do Gaela to czar nie pryśnie zupełnie.
Elden Ring jest zdecydowanie łatwiejszy, niż pierwsze Soulsy. Trudność jest pozorna, gra dostarcza multum możliwości dowalenia wszystkiemu. Problem pojawia się, gdy się chce grać "normalnie", bez serwowania kilogramów sera - wtedy okazuje się, że bossowie są frustrujący. Właśnie przez wspomniane już przeze mnie zamknięcie gracza w Dark Souls, gdy wszystko inne gra w Sekiro.
"marni, niesprawiedliwi, źle zbalansowani, bossowie" - bzdura, patrz punkt wyżej
Ignorując na przykład Malenię, która dosłownie łamie zasady, którym podlega wszystko inne... Tak, bossowie są źle zbalansowani. Patrz wyżej na powody.
"powtarzalność / reskiny bossów" - to największa głupota jaką zawsze czytam i jednocześnie jeden z najlepszych patentów ER. Po pierwsze jak ktoś ma ten zarzut, to niech zagra sobie w pierwsze Dark Souls.
"Jedynka" ma dokładnie jednego bossa, który jest użyty kilka razy (Asylum/Stray/Firesage), oprócz tego gargulce, pinwheel, moonlight butterfly, taurus i capra, które pokazują się jako zwykłe moby w czterech lokacjach.
Po drugie, kto powiedział, że każdy boss ma być absolutnie unikalny.
Nikt. Ale im więcej unikatowej zawartości, tym lepiej.
Zagrajcie sobie w takie arcydzieło jak Zelda BotW, która ma jednego unikalnego bossa i dziesiątki odmian Lyneli i Strażników. ER ma 165 bossów, największa różnorodność ze wszystkich gier FS.
Bossów, którzy nie mają żadnej powtórki jest, uwaga, ośmiu. Ogólnie bossów jest niecałe 70, z czego kilkunastu pojawia się jako zwykli przeciwnicy. Dla porównania, pierwsze Dark Souls ma 26 bossów, z czego trzy to powtórka, a pięć pojawia się jako mob. Daje to 18 unikatowych bossów.
Ci najwięksi i najważniejsi fabularnie typu Radagon, Elden Beast, Rennala, Radahn, Malenia, Rykard są uniklani. Możecie sobie ich pobić i zapamiętać raz do końca życia. Inni występują w dodatkowych odmianach, które służą albo skalowaniu trudności i przygotowaniu gracza do walki właściwej (np. Margit / Morgott, Godfrey 1/2, Tree Sentinel/Draconic Tree Sentinel), albo powtórki z rozrywki (dlaczego nie, np. Mohg na innej arenie z przeszkodami jest inną super walką),
To by było fajne, gdyby zrobiono to raz czy dwa.
albo przygotowania do walki z podwójnym bossem przez danie okazji do poznania najpierw przeciwników pojedynczo (np. Godskin Duo),
I to nic nie da. Bo duety w Elden Ring to wrzucenie dwóch bossów, które w żaden sposób nie były pomyślane jako wspólna walka. Sam do Foreskin Duo nie dotarłem, ale dość o nich czytałem/oglądałem, żeby wiedzieć, że wcale mi się nie chce. Miałem natomiast wątpliwą przyjemność walczyć z gargulcami, i powiem tyle - postoję. Zero synergii między nimi.
albo w ogóle do możliwości spotkania danego bossa bo gracz w otwartym świecie nie musi robić wszystkich ścieżek i trafić na wszystkie występowania bossa (np. Astel, gdy wcale nie musicie robić questu Ranni czy schodzić do Nokronu, a możecie go spotkać w odległych tunelach, lub na odwrót, korzystam z tego z przyjemnością w każdym przejściu)
Nawet nie wiem, jak to skomentować. To absurdalny argument.
lub po prostu dawanie komuś łupnia dla czystej frajdy n-ty raz, tak, nawet Awatary Drzewa).
Dziesiąty raz w jednym cyklu NG to samo, jaka frajda!
"powtarzalność katakumb, jaskiń, kopalń, tuneli, pieczar w ogromnym świecie nieunikniona" - już sama ilość rodzajów dungeonów przyprawia o zawrót głowy, i nie, katakumby nie są takie same i się nie nudzą, to raczej gracze są nudni bo osądzają po pierwszym wrażeniu - na oko wygląda podobnie.
Rodzajów dungenonów jest dosłownie kilka. Jaskinia, kopalnia, katakumby, grobowiec, ruiny. A na końcu czwarty reskin Burial Watchdog. Który upuści kilka-kilkanaście tysięcy dusz. I jakieś kolejne słabe Spirit Ashes. Frajda!
Itd. itp.
Ogólnie z gustami się nie dyskutuje i każdemu może się podobać lub nie dowolna gra FS, ale teza pt. większa gra z otwartym światem nie jest koniecznie lepsza jest co najmniej sztuczna, bo ER nie jest lepszy przez swoją wielkość, ale przez to jaką fenomenalną formułę i jakość stworzył.
Oczywiście, że otwarty świat Elden Ring jest słabszy. Jeżeli (a to bardzo duże jeżeli) będę w niego grał w przyszłości, to odwiedzę kilka lochów, w których będzie coś istotnego dla mojego builda, a reszty nie tknę. Bo po co? Żeby walczyć z mini bossem, którego wariantów w tym NG ubiłem już trzy?
Podobnie Dark Souls jest świetne nie przez swój mniejszy rozmiar. Paradoksalnie w NG+ w Dark Souls muszę zaliczyć dużo więcej pustego i powtarzalnego biegania niż w Elden Ring, aby się spotkać z końcowym bossem.
Dark Souls przynajmniej stara się być unikatowe. Nie zawsze wychodzi, zwłaszcza po Anor Londo i w Lost Izalith, ale gra bardzo próbuje pokazywać cały czas coś nowego. Elden Ring z kolei prezentuje mi któryś wariant żołnierzy, których pokonałem dziesiątki w Limgrave. Ale ci akurat mają specjalny atak błyskawicą zamiast magią i żółte wdzianka zamiast niebieskich. Niesamowita różnorodność.
Kończąc, gdybym w jednym cyklu NG Dark Souls miał walczyć z czterema wariantami Artoriasa, z czego pierwszy rzucałby szlamem, drugi ogniem, trzeci błyskawicą, a czwarty był duetem pierwszych dwóch, krytykowałbym to dokładnie tak samo, jak krytykuję Elden Ring.
Demon Ruins i (zwłaszcza) Lost Izalith są uważane za najsłabsze lokacje w pierwszym Dark Souls, a Bed of Chaos za najgorszego bossa. Mimo, że ta część gry jest niedokończona (a szkoda, bo pod względem konceptu jest super), to i tak powtarzalność jest mniejsza, niż w Elden Ring. Choćby dlatego, że segment z Capra i Taurus demonami to pięciominutowa sekwencja, a nie po kilkanaście razy ten sam boss, jak to ma miejsce w Elden Ring.
Cavill to byłby fenomalnym Conanem, ma do tego idealny wygląd. Fajnie by było, jakby ktoś nakręcił film bliższy opowiadaniom Howarda.
Jak dla mnie najlepszy „Wiedźmin” ex aequo z „Sercami z kamienia”. Walka może nie idealna, ale Redzi nigdy nie umieli robić dobrego gameplay'u, natomiast fabularnie i pod kątem atmosfery „Wiedźmin 2 najlepsza gra”. Strasznie mi się podobało, że poszli w realistycznym kierunku w wyglądzie świata, stworzyli bardzo fajny, późnośredniowieczno-renesansowy klimat.
Piszę o tym odskoku po zakończeniu kombo. Margit mi z tym najbardziej się rzucił w oczy, wydaje się, że masz parę sekund na ataki, ale nie, boss robi hop do tyłu albo w bok. Jeżeli już zacząłeś atakować, to raczej w tym "okienku" go nie trzaśniesz.
Gram od premiery, wbiłem prawie sto godzin, zrobiłem Limgrave, Weeping Peninsula, Siofrę, Liurnię i Caelid, liznąłem Altus, skończyłem wątek Ranni, i na coraz dłuższy czas odechciewa mi się grać. Tak jak początek był świetny, to im dalej w las, tym bardziej mam wrażenie, że ja gram w Dark Souls, a wszystko inne w Sekiro. Bossy są bardzo szybkie i mają liczne kombosy, pląsają po całej arenie, do tego sporo z nich odskakuje po atakach, a ja jestem ograniczony staminą, i nawet na lekkim obciążeniu nie dorównuję im mobilnością. Coraz więcej jest tak dużego rozmiaru, że w zasadzie nie widać, co robią, do tego dochodzą animacje ataków, podczas których boss "zawiesza" się na chwilę, po czym w ułamek sekundy zadaje cios.
Niezbyt dobrze to wygląda. Grafika strasznie słaba, zarówno modele postaci, środowiska, jak i animacje, do tego kiepskie projekty bohaterów. Te skrawki gameplay'u, które pokazali, też nie napawają optymizmem. Dubbing nie zachwyca, tylko muzyka w zasadzie daje radę. Dobry pomysł to niestety nie wszystko.
Skoro lubisz takie klimaty, to zerknij na tę gierkę:
https://store.steampowered.com/app/1307690/The_Darkest_Tales/

Tak to można walkę w każdej grze streścić. Nie ma niczego złego w tym, że Soulsy Ci nie podchodzą, nie musisz w to grać.
No, chyba, że tak naprawdę ciśniesz je, bo jesteś za cienki. W takim wypadku...
Ale przecież to tak działa w każdej grze, o ile nie jest samograjem. Dopóki nie wiesz, co Cię czeka, musisz posuwać się ostrożnie. Dopiero kolejne próby idą łatwiej, bo wiesz, czego się spodziewać.
Na czym polega fenomen tego Batmana? Oglądałem parę lat temu ten z Jokerem (Dark Knight?) i absolutnie nic z niego nie pamiętam. Zupełnie nie rozumiem zachwytów nad nim. Może to kwestia tego, że dla mnie superbohaterowie są idiotyczni, i jedyne, co ewentualnie mi się w nich podoba, to strona wizualna, jak na przykład w Batman Arkham.
Songs of Conquests wygląda super, ale nie jest jedyną grą w stylu Heroes 3. Główny projektant H3 pracuje nad Fanstratics, niestety jeszcze sobie na nie poczekamy.
http://heroes3wog.net/fanstratics-frequently-asked-questions-update-3/
https://www.fanstratics.com/
Dubbing do jedynki robił CDP i tylko wydana przez nich płytowa wersja go miała.
Wiedźminowi 3 można zarzucić absolutnie wszystko, co Cyberpunkowi, może poza skalą problemów technicznych. Jazda Płotką była drewniana i potrafiła się na kamyczku zgliczować, miasta były wyłącznie tłem, AI nie istniało, machanie mieczem było typowym ARPG, system lootu był niezbalansowany, prawie cały system rozwoju postaci sprowadzał się do +5% do obrażeń, ekwipunek był mało wygodny, pełno było, zwłaszcza na Skellige, pytajników sprowadzających się do zanurkowania po skrzynie, zabicia bandytów czy wysadzenia gniazda potworów. I tak dalej, i tak dalej.
Nastawiałem się na fajną fabułę i ciekawe postacie, a to wszystko w ładnej grafice, i dokładnie to dostałem. Spodziewałem się przeciętnego gameplayu, i nastawiłem się, że na premierę dostanę masę błędów. W zapewnienia marketingowców o żyjącym mieście i innych cudach na kiju nie wierzyłem ani trochę, bo to jak wierzyć w obietnice polityków. Ale jak widać i po Cyberpunku, i politykach, ludzie niestety łykną wszystko.
ResetEra to szambo, ale jest tam od groma ludzi związanych z branżą, zarówno zweryfikowanych, jak i incognito. Także nie przekreślałbym tych przecieków.
https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_Dungeons_%26_Dragons_video_games
Są tytuły najróżniejsze.
No i co z tego? Istnieją też liczne gry, których tytuł nie nawiązuje do lokacji.
A dlaczego tytuł koniecznie musi nawiązywać do położenia geograficznego?
Moje o rozdzielczości też nie było ad personam, więc nie wiem, o czym mowa. Co do kontynuacji, twórcy mówią, że osią fabuły jest inwazja Illithidów i gramy zupełnie innym bohaterem. Nic nie sugeruje, żeby BG3 poza lokacją było powiązane z wydarzeniami ze starych Baldur's Gate. Nie ukrywam, że podoba mi się to bardziej, niż gdyby była to kontynuacja - nie jestem szczególnym fanem sequeli, w których nie gramy postaciami z poprzednich części.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że setting Baldur's Gate nie był stworzony przez BioWare. Natomiast Baldur's Gate 3 ma się dziać sto lat później i gołym okiem widać, że nie jest kontynuacją, a tytułu takiego użyto tylko, aby przyciągnąć graczy.
Ja ogólnie uważam, że klasyki powinno się zostawić w spokoju, a na Baldur's Gate 3 czekam, bo to, co pokazali, wygląda super. Więc nie zestawiaj mnie z fanatykami pikselozy i naucz się grać w jedynej słusznej rozdzielczości 640x480. 1024x768 jest dla pozerów.
Mogą sobie nazwać, jak chcą, ale jak dają dla gry nie dość, że Baldur's Gate, to jeszcze trójkę, mimo, że gra poza settingiem nie ma z nimi nic wspólnego, to ciężko to inaczej określić. Bo ta gra mogłaby się nazywać Larian's Dungeons and Dragons i nikt by nie zauważył różnicy.
Powiem tak, ta gra na pewno będzie dobra, a może nawet bardzo dobra, ale Baldur's Gate to nie jest. Gameplay jest zupełnie inny, styl graficzny również, a historia, z tego, co mówili, też nie będzie mieć nic wspólnego z bohaterami 1&2. Dali nazwę Baldur's Gate chyba tylko po to, żeby na marce żerować. Także rozumiem narzekania fanów oryginałów.
Lepiej w myślach nazwać tę grę Sword Coast i się nie przejmować oficjalnym tytułem.
Może by tak rodzice wykazali trochę inicjatywy i wybadali, co to za gra, którą ich dzieciak chce, zamiast zrzucać wszystko na twórców? W gry grają nie tylko dzieci.
W Stanach wyżej od kategorii M(17+), którą obecnie ma RDR2, jest jeszcze AO(18+), którego bardzo, ale to bardzo nie lubi większość sklepów i producenci konsol.
Powiem szczerze, że efekty w pierwszym „Parku jurajskim” robią lepsze wrażenie, niż te z Jurassic World. Są znacznie bardziej, nazwałbym to, namacalne.
Ich DLC praktycznie nigdy nie są na zniżce 75%, jeżeli już, to na 50%, co przy ilości - walą nimi jak EA lootboxami - doprowadza do absurdalnej sytuacji, gdzie za całość siedmioletniej gry trzeba zapłacić ponad 400 złotych. Tyle na zniżce kosztuje całość Crusader Kings 2. Jakby rzeczywiście stare DLC można było wyrwać za 1/5 ceny, nie byłoby problemu, ale tak nie jest.
Kolejnym problemem jest rozdzielanie dodatków na gameplay i kosmetykę. Jest to zagranie wyjątkowo paskudne, na poziomie Bethesdy i niesławnej zbroi dla konia.
Argument cena za godzinę nie ma najmniejszego sensu, bo w żaden sposób nie odnosi się do jakości gry.
Akurat Biden to Demokrata, przeciwnik broni palnej i wróg NRA.
Także można powiedzieć, że strzeliłeś sobie w stopę.
Już to kiedyś pisałem.
Murzyni mieszkający sobie w miejscu silnie bazującym na średniowiecznej Europie tworzą dyzonans, porównywalny z dużą populacją białasów żyjących w pseudo chińskim imperium. Na szczęście, nie pamiętam, żeby ktoś wpadł na idiotyczny pomysł z punktu drugiego, ale niestety ktoś uznał, że punkt pierwszy jest OK.
Twoja kolej. Jaki jest racjonalny powód, żeby byli?
Bzdura. Elektrownia atomowa dostarcza bardzo tani prąd. Do tego nie jest zależna od kaprysów pogody i działa kilkadziesiąt lat, nie wspominając, że nie emituje CO2 i zajmuje kilka promili powierzchni, którą potrzeba, aby uzyskać tyle samo energii ze źródeł odnawialnych. Jest dzięki temu dalece mniej inwazyjna dla środowiska, niż turbiny wiatrowe czy kolektory słoneczne.
Posty tak brzmiące mają zawsze dokładnie jedno zdanie, i brzmi ono dokładnie tak. Na tym forum esejów dobrze napisanych nie brakowało.
Natomiast te trzy na cztery argumenty, które podałeś, i tak mają więcej sensu, niż, "bo to fantasy".
- bo nie pasuja
Bo choćby na uszach stanąć, nie pasują. Co innego w Cosmere.
- bo nie ma czarnych elfow
Są, drowy, ale mroczne elfy u Sapkowskiego uświadczysz najwyżej w "Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini."
- bo my wiemy lepiej JAK ma wygladac uniwersum Sapkowskiego i jakie rasy tam zyja
Sapkowski mówił, że dla niego świat jest tylko tłem dla opowieści, więc jakby uznał, że mu się tak podoba, to by nagle w Wyzimie wylądował Enterprise. Szkoda, że nie uznał, i Wiedźminland to dość konsekwentne pseudo-średniowiecze. Nie ma nic, co by sugerowało obecność Murzynów w Królestwach Północy. Jedyna Murzynka, o jakiej jest wzmianka, jest w jasny sposób zasugerowana jako egzotyczna atrakcja.
- bo u wiekszosc autorow elfy sa biale
Bo są. Praktycznie każde fantasy używa typowych elfów.
- bo tak!
To zupełnie jak Twoje argumenty "za"
Ale powiedz mi, bo jak ostatnim razem o tym dyskutowaliśmy, to się nie dowiedziałem - czy napis "to jest fantasy", z którym rodzą się według mnie wszyscy ludzie w Wiedźminlandzie, ma sens, czy nie ma? Bo to przecież tylko fantasy
Gollum cały czas mówił do ssswojego sssskarbu, natomiast w filmowych "Dwóch wieżach" jest scena starcia osobowości.
https://www.youtube.com/watch?v=NB2CNr692RE
Nie było chyba tej sceny w książce, ale głowy sobie odciąć nie dam.
Przeciwnicy Murzynów w Wiedźminie:
Komentarze często-gęsto o długości małego eseju argumentujące, dlaczego Murzyni pasują do settingu jak pięść do nosa.
Zwolennicy Murzynów w Wiedźminie:
To tylko fantasy, a tak w ogóle to rasiści jesteście.
Jak to było? Widzisz drzazgę w oku bliźniego, ale nie widzisz belki w swoim?
Wątek starcia osobowości może być ciekawy, pytanie, czy twórcy poradzą sobie z wiszącym nad postacią fatum - w końcu, w "Hobbicie" jasno widać, że Gollum stłamsił Smeagola.
Napisał autor następującego komentarza:
Generalnie to Slowanie sie pluja, z tego co widze. "Szto niegry zdies? Bladz!". Tzn. ci glupsi Slowianie.

To żaden dowód, native speaker kontra non-native speaker często wygląda tak, jak na poniższym obrazku, co więcej, zdziwiłbyś się, jak często ludzie z Europy Zachodniej kaleczą język angielski.
O, znalazł się jaśnie oświecony pan nadczłowiek, zstępujacy między plebs...
Jak najbardziej mają, wystarczy popatrzeć na komentarze pod dowolnym filmem na ten temat na YouTubie.
Otóż nie. Mylisz się.
Prequele nie są słabsze pod względem dialogów. To taki dziwny efekt poznawczy. Gdy wyszło mroczne widmo, stare ramole zaczęły narzekać, że to nie to samo, że za bardzo komputerowe, że kiedyś to było. Oczerniali sequele z góry na dół za wszystko, niezaslużenie. Ponieważ, do każdego filmu, można mieć takie zastrzeżenia. Zauważ co sam piszesz. Słabe dialogi? Sory, ale oryginalna trylogia miała gorsze dialogi. W sequelach gra dużo więcej znanych i dobrych aktorów, więc poziom aktorstwa jest wyższy. Natomiast ocenianie samych dialogów jak tekstu, jest bezsensem. Bo zwykle oznaczy tyle, że AKURAT TEN wątek komuś się nie podoba, więc rozmowa o nim, dla tej osoby jest bezsensu. W ten sposób można zjechać najlepsze filmy w historii kina, tylko dlatego, że z góry ma się do nich złe nastawienie.
Ocenianie dialogów jako tekstu jak najbardziej ma sens. Możesz wziąć najlepszego aktora, jeśli linie, które ma powiedzieć, wywołują uśmiech politowania, to nie zdoła uratować całej sceny.
Sceny z "Ataku klonów" z Anakinem i Padme to tragedia. A słynne "nie lubię piasku"? Nagle z "Gwiezdnych wojen" robi się "Zmierzch".
Poza tym, Hrabia Dooku i Grievous to postacie znikąd? A skąd był Luke Skywalker? Przed 4 częścią widziałeś 20 filmów o nim, że nie był znikąd? Obi Wan Kenobi, żyjący sobie od tak na pustyni i pojawiający się z czapy od tak, nie był znikąd? Imperator w V części, mimo, że w 4 go nie było, nie był znikąd? Tam wszystko jest znikąd, bo to filmy zbudowane od zera. I to żaden argument. Równie dobrze, po co zawracać sobie głowe Twoim komentarzem, skoro jest znikąd? Nawet efektów specjalnych nie miał.
Chodzi mi o to, że masz postacie, które nagle się pojawiają, ale nie są w żaden sposób rozwijane. Pojawiają się, spełniają swoją rolę i padają czy w inny sposób znikają. Bez żadnego rozwinięcia, bez żadnego kontekstu. Bo potrzeba gościa, który poprowadzi armię złych.
Na ten sam syndrom cierpią sequele, tylko tam jest jeszcze gorzej. W przypadku Dooku wiemy przynajmniej, że był narzędziem Sidiousa i dawnym uczniem Yody, w przypadku Snoke'a wiemy... Nic?
Sytuacja w oryginalnych filmach jest inna. Imperator jest wspominany bodajże w jednej trzeciej "Nowej nadziei", "senat nie będzie nam już przeszkadzał. Imperator rozwiązał radę", do tego jego istnienie jest logiczne. Imperium musi mieć imperatora, a ani Vader, and Tarkin nie są tak tytułowani.
W przypadku Landa, od razu wiadomo, kto to. Znajomy Hana. Postać Jabby miała być w filmach od części pierwszej, a w wersji rozszerzonej rzeczywiście jest. Nawet jednak bez tego, Han pod koniec "Nowej nadziei" mówi, że wisi komuś grubą kasę, i będzie miał problemy, jeśli nie odda.
I niestety, efekty w OT miażdżyła jaja, fakt. Ale tak samo, efekty te były doskonałe w sequelach, proporcjonalnie do czasów. To że w czasach 4 części, nie było żadnych filmów, które miały choć cokolwiek podobnego, nie oznacza, że można jeździć po następnej trylogii, bo efekty już się wszystkim przejadły i nie robią wrażenia. Człowiek pracuje z tym, co jest dostępne na rynku. Nie wymyślą od tak, nowej metody efektów specjalnych w pół roku, żeby zachwycić wszystkich na nowo, jak w 1973, sorry.
Chodziło mi o to, że nie było tego efektu wow, jak przy starej trylogii. Nie zmienia to faktu, że prequele mają efekty na bardzo dobrym poziomie.
Walki na miecze nie były przekombinowane. To walki w OT były niedokombinowane. Zobacz jak wygląda walka Vadera z Obi. Przecież to jest jakaś ciężka patologia. Walczą tymi mieczami, jak dwójka starych dziadów, która właśnie znalazła kije w parku.
Coby nie mówić, sekwencje w prequelach prezentują się bardzo dobrze, uważam jednak, że przegięto w nich w drugą stronę. Ale i tak jest lepiej, niż w sequelach, gdzie w jednym ujęciu nóż tajemniczo wyparowuje z dłoni przeciwnika Rey.
Niestety, trylogia sequeli to najgorsze co mógł zrobić Disney. Bo o ile do prequeli można mieć wąty, to obiektywnie patrząc, nie były to złe filmy.
Zgadzam się w 200%
Już bez przesady.
Fabularnie wszystkie filmy z "Gwiezdnych wojen" są takie sobie i bazują na starych kliszach, w zasadzie jedyne ciekawe rewelacje to "Luke, jestem twoim ojcem" i "Leia jest moja siostrą". Tak ogólnie to są opowiastki o walce dobra ze złem.
To, czym SW stało, to wizja. Widoki, statki kosmiczne i stworzenia, do kompletu w oryginalnej trylogii niesamowicie wykonane - i do dziś dobrze się prezentują! Nie było chyba przed SW filmu z takimi efektami.
Prequele są słabsze pod względem dialogów, z kilkoma dziwnymi, mało potrzebnymi postaciami - z całym szacunkiem do kunsztu Christophera Lee, hrabia Dooku to postać znikąd, tak jak zresztą generał Grievous, o Jar Jarze nawet nie wspomnę, a efekty specjalne już takiego opadu szczęki nie powodowały. Mimo to, filmy miały wiele fajnych scen. Walki na miecze świetlne, choć przekombinowane, robiły wrażenie, bitwa o Geonosis dalej wygląda super, Rozkaz 66 jest świetnie zrealizowany, plus miały niesamowitą muzykę, Duel of the Fates na przykład.
Nowe filmy mają dokładnie te same wady, co prequele, ale brakuje im zarówno zapadających w pamięć scen, jak i tego czegoś, co sprawia, że SW jest super. W sumie jedynym, który się ratuje, jest "Łotr jeden", ale to tylko dlatego, że to jeden wielki fan service, a i tak w pamięć zapada wyłącznie scena końcowa z Vaderem, a pierwsza z jego udziałem jest kiepska, bo traci w niej część swojej aury grozy.
"Przebudzenie mocy" to po prostu rzemieślnicza kalka "Nowej nadziei", a "Ostatni jedi" jest po prostu filmem słabym. "Hana Solo" nie widziałem, "Rise of the Skywalker" również nie zamierzam.
pod tym względem Sekiro wydaje się mocno okrojone
Nie jest okrojone, bo to nie są Soulsy. To zupełnie inna gra, z zupełnie inną formułą.
Schreier jest dokładnie taki sam, jak inni pismacy growi, ale w przeciwieństwie do nich ma dojścia i znajomości.
Moim zdaniem hipotetyczny trzeci dodatek do Wiedźmina 3 powinien być poświęcony Iorwethowi. Dolina Kwiatów byłaby świetnym miejscem, można by dać też Yaevinna, Toruviel i Torque'a.
No to już jest bliższe prawdy. Ja jednak raczej bym się powstrzymał przed krytykowaniem czarnoskórych statystów bazując na mitach, baśniach i legendach. Trochę się tu sam zaorałeś więc nie będę się dalej pastwił.
Czy ty się kolego trochę nie zagalopowałeś?
Wiedźminland intensywnie używa średniowiecznej Europy, czy Ci się to podoba, czy nie. To, że bazuje również na mitach w żaden sposób tego nie zmienia. Zwłaszcza, że to mity w dominującej mierze europejskie.
Po pierwsze, nie mam problemu z nieistotnymi różnicami, a żadna z tych o których wspominałeś nie była istotna. Część z nich to nawet nie są żadne różnice a jedynie twoje domysły odnośnie tego co autor książek miał na myśli. Sam autor mocno odcina się od tej mitycznej słowiańskości Wiedźmina, a umieszczanie tej książki w świecie średniowiecznej Europy środkowo-wschodniej to wymysł jakiejś grupy osób i nie ma nic wspólnego z intencjami Sapkowskiego.
Po pierwsze, dla mnie te różnice są istotne, po drugie, ja mityczną słowiańskość Wiedźmina zwalczałem lata temu, zanim to było modne.
Po drugie, serialowy Wiedźmin to jest adaptacja i to nie jest jakieś moje usprawiedliwianie tylko najzwyczajniej w świecie FAKT.
I nie musi mi się podobać, co w tej adaptacji robią.
A to nie wiem, nic takiego nie pisałem.
Cytując:
Po prostu ja nie krytykuję i nie neguję serialu przed jego premierą tylko dlatego że gdzieś w grupie statystów na trailerze mignęła twarz murzyna.
Odebrałem to jako sugestię, że ja serial neguję.
Super, tylko Wiedźmin taką fikcją nie jest, a na pewno nie bazującą na jednym "konkretnym miejscu na świecie"
Nie zgadzam się.
Imiona, nazewnictwo, kultura, technologia bazują stricte na średniowiecznej Europie, a spora część fabuły opiera się na europejskich legendach, mitach i baśniach, wreszcie Starsza Mowa bazuje na językach celtyckich. Jeżeli Wiedźmin nie bazuje na Europie, to żadna fikcja na niej nie bazuje.
Nawet gdybym na potrzeby tej dyskusji się z tym zgodził (a nie zgadzam się)
I w tym sęk. Masz do tematu inne podejście, dokładnie tak, jak pisałem wcześniej.
to nadal nijak ma się to do Wiedźmina bo on najzwyczajniej w świecie nie jest zakorzeniony w jednym konkretnym miejscu, o czym mówił sam autor.
Nie znam tej wypowiedzi, i nie mam pojęcia, co miał na myśli, skoro wyraźnie brał materiał z Europy i jej legend.
Nie masz problemu z różnicami między książkami a serialem. Każdą usprawiedliwiasz tym, że adaptacja. Jaki inny wniosek mogę wyciągnąć?
Natomiast ciekawi mnie, skąd Twój wniosek, że ja serial neguję.
Wyrażam swoje niezadowolenie amerykanizacją, objawiającą się między innymi upychaniem wszędzie murzynów, co jest obecnie w amerykańskiej twórczości nagminne. Nie podoba mi się również zbroja mosznowa czy aktorka grająca Triss, gdyż wygląda zupełnie inaczej, niż według opisów z książki. Podoba mi się natomiast wybór Cavilla, na początku byłem sceptyczny, natomiast w miarę kolejnych zdjęć i trailerów zacząłem się przekonywać do niego. Co prawda jest według mnie zbyt napakowany, zabija to nieco wrażenie szybkiego, zwinnego wiedźmina, ale wygląda ogólnie okej. Do Ciri natomiast dobrano aktorkę idealnie, szkoda, że nie każda postać miała tyle szczęścia.
Ja lubię, gdy w fikcji bazującej na konkretnym miejscu na świecie, ludzie ją zamieszkujący oddają je również swoją rasą. Nie wyobrażam sobie świata bazującego na średniowiecznej Japonii, gdzie co trzeci mieszkaniec jest innego koloru, i analogicznie nie wyobrażam sobie, żeby w fikcji opartej na Masajach ćwierć plemienia stanowili biali. Pół biedy, jeśli za obecnością tych ludzi stoi jakaś historia, ale w 99% przypadków takiego wytłumaczenia brak.
Inna sprawa, kiedy uniwersum jest od początku do końca fikcyjne. Na przykład światy Brandona Sandersona, które nie opierają się na konkretnym miejscu w realnym świecie. Tam nie mam z tym problemu, bo to światy całkowicie fikcyjne, które ze średniowiecza biorą najwyżej poziom technologii.
Według mnie problem z obcymi ma dwa źródła.
Pierwsze to ograniczenia ludzkiej wyobraźni. Ciężko nam wyobrazić sobie coś naprawdę obcego, na dodatek jesteśmy ograniczeni pięcioma zmysłami i trudno stworzyć istotę, która używa innych.
Drugi problem dotyczy przede wszystkim filmów i gier i chodzi oczywiście o humanoidalność. Animacja takiej postaci jest dość prosta, dla odmiany stworzenie obcego, który z humanoidalną sylwetką nie ma nic wspólnego, jest dużym wyzwaniem.
Bardzo chętnie widziałbym więcej rzeczywiście obcych obcych w SF, ale raczej się nie doczekam.
I tutaj się panie JohnDoe666 różnimy. Dla ciebie przejdzie wszystko, bo to tylko fantasy i adaptacja. Dla mnie nie.
Mi najbardziej pasuje do tych opisów „Eden”. W książce była pustynia, eksploracja nieznanej planety, użycie broni i robotów, a bohaterowie nie byli żołnierzami.
Jak się będziesz brać za Lema, polecam na start „Opowieści o pilocie Pirxie”. Moim zdaniem najbardziej przystępna książka Mistrza, pozwala się zaznajomić ze sposobem jego pisania przed sięgnięciem po cięższe dzieła. Na koniec zostawiłbym „Cybieriadę” i „Głos pana”. To znakomite książki, ale trudne w czytaniu i zrozumieniu.
Ja wiem że wiele osób pisało o tym już setki razy, ale akcja wiedźmina nie toczy się w średniowiecznej Europie, a już na pewno nie w białej Europie, więc umieszczenie tam akcji nie jest "trzymaniem się książki".
Prawda. W związku z tym ja postuluję, żeby każda postać miała napisane na czole "To jest fantasy". W końcu to tylko fantasy i adaptacja, więc czemu nie.
Ale serial jest.
I co z tego? Może sobie być i chiński, ale książka, na której bazuje, nie przestanie być polska.
Nie powinien bo akcja nie toczy się w Europie, a utrzymanie klimatu książek nie oznacza trzymania się ściśle absolutnie każdej linijki tekstu z książki.
Patrz punkt pierwszy.
I to jest bardzo charakterystyczne dla "fanów" twojego pokroju. Z jednej strony tłuczesz tyradę o tym jak to serial powinien się trzymać bezwarunkowo książki, a na końcu rzucasz jakiś swój z dupy wyjęty pomysł który nijak z książką związany nie jest i to już twoim zdaniem jest znakomita opcja :).
Faktycznie, genialny pomysł, wrzućmy w tę opowieść o nietolerancji i ksenofobii wesołego araba sprzedającego koraliki i falafele, brzmi jak dobry plan.
Pomysł w kontekście wierności oryginałowi idiotyczny, ale sam z siebie ma precedens, czyli Borch i Zerrikanki.
A gdzie to niby w sadze jest opisany naturalny kolor skóry driad?
Nie jest, ale wspomniane jest, że wśród driad zdarzają się blond włosy i niebieskie oczy. Raczej nie jest to cecha murzynów. Co więcej, jasnowłosej Braenn, która z pochodzenia driadą nie jest, nie zdradza kolor skóry. Można wywnioskować, że driady raczej nie są z Brooklynu.
W zasadzie całą tą dyskusję można streścić w jednym zdaniu - część ludzi lubi, gdy światy fantasy zachowują spójność i pewną wierność materiałowi źródłowemu, części to nie obchodzi, a wojna jest, czyja racja jest czyjsza.
Raczej to, że ten dowcip jest stary i nieśmieszny. Tutaj wkracza po prostu filmowa logika. Główny bohater przeżyje wszystko i wszystkich, jeśli taki jest zamysł twórców.
Co ciekawe, celność szturmowców ma pewne fabularne uzasadnienie:
https://m.imgur.com/gallery/w5MHii8
Od kiedy PoE jest RPG'jem ? (jestem jedną z tych osób które nawet skyrim'a uznają za nie-RPG'a)
Chodziło mi o Pillars of Eternity, nie Path of Exile. "Tekstowe" RPG działają na innej zasadzie, niż "mówione", chociaż w nich też jest miejsce na dubbingowane postacie z historią (Divinity: Original Sin 2)
Jaki masz dać głos bohaterowi w grze w której gracz może stworzyć postać daleko wykraczającą poza wybór płci ? I z wielką pulą dodatkowych dialogów których część graczy i tak nie usłyszy ?
Bądźmy szczerzy, w większości RPG wybór rasy ma bardzo mały wpływ na dialogi. Wybór płci, choć zwykle ma większy, zwykle też za dużo nie zmienia.
Jako kontrargument mogę dać, po co w takim razie w ogóle dawać możliwość wyboru rasy, skoro dla NPC tak czy inaczej trzeba nagrać kwestie.
W Planescape jeśli się nie mylę (a mogę się mylić) gramy postacią wykreowaną przez deweloperów
Tak, i to sprawia, że gra jest tak dobra. Nie byłoby możliwości stworzenia tej historii dla, nazwijmy to, "postaci gracza". Gramy konkretnym gościem, który posiada konkretną przeszłość, ale co zrobi, to już od nas zależy. Moim zdaniem jest to o wiele lepsze rozwiązanie, niż "jesteś sobie jakimś losowym człowieczkiem z nie-wiadomo-skąd"
marcinxkrz
Ja się nie zgodzę.
Komputerowe RPG to nie papierowe RPG. W komputerowych widzimy bohatera, jego wygląd, gestykulację. Nasze czynności są ograniczone przez grę, a milczący bohater tworzy tylko dysonans między znakomicie zagranym i napisanym NPC, a pustą, pozbawioną historii wydmuszką, którą jest postać gracza.
Nie mogę nadać postaci emocji, bo jak? We własnej głowie? To działa w RPG typu "tekstowego", np PoE czy Shadowrun, ale nie w pełni "mówionych", czyli np KotOR.
W Mass Effect czy Dragon Age uwielbiam, gdy w grze wychodzą w rozmowie rzeczy z przeszłości bohatera. Jak na przykład w rozmowie z Ashley, jak okazuje się, że ona i Shepard byli trenowani przez tego samego oficera. Mark Meer i (zwłaszcza) Jennifer Hale w ME są świetni, dzięki nim i własnej przeszłości postać Shepard(a) żyje. Nie byłoby takiej chemii między postaciami, gdyby komandor był niemy.
Przypominam, że jeden z najbardziej legendarnych, jeśli wręcz nie najbardziej legendarny erpeg, Planescape: Torment ma postać z historią, którą to poznajemy w trakcie gry i ma głos.
Yoghurt
I jak napisałem, masz rację, że usprawiedliwianie ich ekscesów jest idiotyczne. Ale bez sensu jest też podejście, co im po tym.
Na temat Korwina pisać nie będę, bo jak większość tematów politycznych prędzej czy później dojdzie do obrzucania się błotem, ale Sapkowskiemu jego oczytanie umożliwiło wykreowanie Wiedźmina, zdobycie rozpoznawalności, a teraz - najpewniej ustawienie się do końca życia, bo umowę z Netflixem podpisał bez wątpienia dużo lepszą, niż z CDP.
Yoghurt
Najśmieszniejsze jest, że i Ty, i obrońcy Sapkowskiego i Korwina macie do pewnego stopnia rację.
Korwin gada takie głupoty, że aż uszy więdną, ale nie można odmówić mu, że to inteligentny i oczytany czlowiek.
I tak samo jest z Sapkowskim. Skromny, delikatnie mówiąc, nie jest, ale fakt jest faktem, że jest człowiekiem niezwykle oczytanym. Nie zdziwiłbym się, gdyby przeczytał więcej książek, niż całe to forum razem wzięte. Czytałem jego „Rękopis znaleziony w smoczej jaskini” i jest on niezłą próbką wiedzy autora na szeroko pojęty temat fantasy, od mitologii, przez legendy arturiańskie, aż do nowoczesnej fantastyki.
Oczywiście, że są kpiny tylko dlatego, że Kościół. To teraz takie fajne, odważne i nowoczesne.
Z prequeli można się w moim zdaniem uczepić dwóch rzeczy.
1) Jar Jar Binks. Gdyby teza o Jar Jarze lordzie sithów była w filmie, był by to świetny wątek, ale tak wyszła mało zabawna i irytująca postać.
2) W "Ataku klonów" wątek Anakina i Padme był niestety kiepsko zrealizowany. Do tego wizualnie nie pasował do reszty filmu. Pikniki, łąki, kominki są mało "starłorsowe", nie do takich widoków fani są przyzwyczajeni.
Na ile oryginalną trylogię uważam za lepszą, tak prequele miały wiele fajnych scen. Walka z Darthem Maulem, bitwa o Geonosis, pościg za niedoszłą zabójczynią Padme, pojedynek Anakina z Obi-Wanem, gra aktorska McGregora w "Zemście Sithów" i Neesona, rozkaz 66. Nie dorównują poziomem starym filmom, ale mają sporo plusów. Lukas może i nie jest najlepszym filmowcem, ale zdecydowanie potrafi kreować niesamowite wizje.
O kolejny, co widzi wszędzie spiski lobby kopalnego, ale innych wyzywa od czapeczek.
Będę się czepiał Chińczyków. Ich emisja rośnie, więc daruj sobie gadki, jak dbają o środowisko.
Po drugie, odnawialne wcale tanie nie są. Są drogie, a używa się ich, bo rządy dopłacają.
Po trzecie, Polska czarnym punktem? Per capita Polska emituje mniej, niż Niemcy. Ci sami Niemcy, którzy ostatnio odchodzą od atomu. Francuzi za to emitują przy o ponad połowę większej populacji nieznacznie tylko więcej, niż Polska,a ich energetyka opiera się prawie wyłącznie na atomie i jednej z dwóch sensownych form energii odnawialnej - energii wodnej. Mają również jedną z najniższych cen prądu w Europie. Niemcy natomiast - jedną z najwyższych. W tych dwóch krajach średnia pensja jest niemal identyczna.
Co do Polski, anty-atomowa histeria w naszym kraju bardzo mnie boli i mam nadzieję, że kiedyś zmądrzejemy. Nie głosowałem również na nasz kochany rząd i szczerze ich nie cierpię.
Po pierwsze, tu masz swoje walczące o klimat Chiny:
https://biznesalert.pl/chiny-zwiekszenie-mocy-energetyka-wegiel/
Zaraz mi powiesz, że OK, bo procentowy udział węgla w ich energetyce spada, tylko co to ma za znaczenie, skoro ilość spalanego wzrasta?
Po drugie, OZE to sposób na wyciąganie kasy przez korporacje. Jedyną formą bezemisyjnej i pewnej energii jest atom.
Po trzecie, ich emisja per capita jest nieznacznie tylko mniejsza od Polski, i wynika raczej z tego, że sporo ludzi w Chinach żyje w biedzie. Jeśli poziom życia tych ludzi się poprawi, szybko nas przegonią.
Zastanów się przy okazji, jak absurdalnie brzmisz. Kraj o blisko czterdziestokrotnie liczniejszej ludności i trzydziestokrotnie większej powierzchni ma, uwaga, okrągłe dwa razy tyle energii "ekologicznej", co malutka Polska. Normalnie zbawcy świata.
Oczywiście.
Chiny, główny emiter CO2 na świecie, odpowiedzialny za blisko 30% światowej emisji, robi dla klimatu więcej, niż Polska, która nie emituje nawet 1% światowego CO2.
Jeszcze coś mądrego masz do powiedzenia?
Bo w praktyce nie robią nic, dalej będą produkować w Chinach, które nie dbają w ogóle o środowisko naturalne.
To zwykły PR-owy ruch, żeby ludzie się podjarali, jakie Sony jest bio i eko.
Byłem i widziałem.
Dobry film rozrywkowy, który nie próbuje być niczym więcej. Trochę przerysowany, przez co przy co poniektórych zabójstwach wywołuje śmiech, ale bardzo przyjemnie się oglądało. Fajna gra aktorska Stallone'a.
Na minus dziury fabularne, które mimo prostej fabuły rażą, i zakończenie, które nie pasuje do ostatniej odsłony serii.
Ja to bym chętnie coś takiego z Brudnym Harrym zobaczył.
Stary Harry, siedzący na emeryturze gdzieś na prowincji, zostaje poproszony o pomoc w rozwiązaniu sprawy sprzed lat przez młodego policjanta.
O tak, byłoby to świetne. Szkoda tylko, że styl Lovecrafta nie jest przyjazny adaptacjom.

Ppaweł
Oczywiście, że tak się skończy. Ale dajo, więc jest dobrze! Co z tego, że kradną, tamci kradli, a nie dawali!
Atrycze
Ty zdajesz sobie sprawę, że wyższa minimalna oznacza wyższe koszta, a wyższe koszta oznaczają wyższe ceny? Przez to dziesięć laty ceny rosły i rosnąć będą dalej.
Powiesz mi pewnie, że nie będziesz korzystał z usług tych, co ceny podniosą. Znaczy to, że nie będziesz wspierał polskich firm, bo jak myślisz, kogo będzie stać na tą samą albo nieznacznie tylko wyższą cenę? Międzynarodową sieć dyskontów czy Januszex sklep spożywczy?
Nie wiem, czy wiesz, ale dla pracodawcy zatrudnienie każdego pracownika to kolejne kilka tysięcy złotych w plecy. Obecnie prywaciarz nawet z jednym pracownikiem potrzebuje ciężkiej kasy, żeby w ogóle wyjść na zero, że o zarobieniu nawet nie wspomnę. Więc może grzeczniej do ludzi.
Co do 500+, każdy, kto pracuje na etat (~160h miesięcznie) płaci znacznie więcej niż 500 zł podatku i innych danin. A ja, sorry bardzo, nie chcę z moich pieniędzy finansować Karyny i Seby, gdzie Seba robi na pół etatu, a Karyna w domu zgarnia 500+ na trzy bachory.
A cyrk z emeryturami to będzie, jak się Karyny i Seby obudzą, że mają minimalne, bo całe życie robili za grosze, bo 500+ był.
Wyłącz czasami TVP Korea i użyj mózgu. Twój ukochany PiS to lewica pełną gębą, tylko, że zamiast przed tęczową flagą klęka przed krzyżem. Zresztą, widzę, że przyswoiłeś już hasełka lewicowe typu "ciemnogród"
teslllaa
Gowin o Ukraińcach:
https://www.bankier.pl/wiadomosc/Gowin-Powinnismy-zaczac-sciagac-do-Polski-przyszle-elity-7732758.html
Od lat jeżdżę niemal codziennie przez pół Warszawy. Nigdy nie widziałem tylu cudzoziemców, co teraz. Poza tym, jak myślisz, że wyższa minimalna to mniej Ukraińców, to znaczy, że nie myślisz. Będzie ich tylko więcej, bo jeszcze bardziej opłaci się gnieździć we czterech w jednym pokoju.
A tu bonus, wasz Mateusz. Jakby to był polityk PeŁo, to byście się darli, że zdrajca Polski.
Imf888
Nie wiem, czy wiesz, ale jeśli gra zniknie ze sprzedaży na Steam, absolutnie każdy, kto ją kupił, dalej ma do niej dostęp
Mała korekta do wcześniejszego komentarza, szkoły jako strefy wolne od broni wprowadzono na dziesięć lat przed Columbine
bhall2
Ano zaostrzyli. Tyle, że przez ostatnie dwadzieścia lat była tam dokładnie jedna strzelanina (właśnie w meczetach), a wskaźniki zabójstw mieli tam przez ten czas niższe od Polski.
Co do pozostałych krajów na liście, nie wypowiadałem się o nich.
Oczywiście, że nie są to zbiegi okoliczności, że prawo do posiadania broni jest zaostrzane po strzelaninie. Pytanie brzmi, czy ma ono rzeczywiście wpływ na redukcję zabójstw, a nie tylko redukcję zabójstw z broni palnej. Bo wbrew pozorom nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.
W Ameryce histeria po Columbine doprowadziła do wprowadzenia gun free zones, a liczba strzelanin w szkołach wzrosła
Bezi2598
Widzisz, ja czułbym większy komfort psychiczny mając broń i nie obchodzi mnie, dlaczego Ty nie chcesz, żebym ją miał.
A co do "nie kupują", to skąd to wiesz? Bo ja myślę, że kupują, może niekoniecznie noszą, ale nasze społeczeństwo po prostu nie ma problemów, jakie posiada amerykańskie.
Na świecie są kraje z luźnym dostępem do broni i minimalnymi wskaźnikami zabójstw (Nowa Zelandia), i takie, gdzie legalny dostęp do broni w zasadzie nie istnieje, a zabójstw jest więcej, niż w Ameryce(Meksyk)
Bezi2598
A jaki jest Twój racjonalny argument za ograniczeniem dostępu do broni? Że psychol weźmie pistolet i zacznie strzelać?
Psychol może też, na przykład, wziąć samochód i wjechać w tłum. Może kupić benzynę i zrobić koktajl Mołotowa. Może wziąć nóż i zacząć dźgać. Zakażesz samochodów, benzyny, noży?
Ja tam rozumiem Rosjan, mają tam wielu kandydatów...
ROTT21
DAI ciężko nawet nazwać Dragon Age'em, a to za sprawą półotwartego, mmo-wego świata. Większość questów dostajesz w formie kilkuzdaniowej rozmowy, albo wręcz notatki, w większości są to typowe fetch-questy - biegnij pół mapy, zabij X mobów, zbierz X przedmiotów i leć z powrotem, po drodze walcząc z respawnującymi się wrogami. Gra jest naćkana znajdźkami - wysoce kiepskimi, a poziom postaci czy dialogów jest taki sobie. Fabuła przez konstrukcję lokacji jest mocno rozwodniona, walka jest taka sobie, a system rozwoju postaci jest mocno uproszczony. Nie mam pojęcia, jakim cudem ta gra zdobyła takie oceny, bo na ile fatalna nie była, na dziewiątki nie zasługiwała.
Największą wadą dwójki jest to, że jest niedokończona. Stworzono ją zdaje się w ciągu roku, więc gra cierpi na KOSZMARNY recycling lokacji - 90% jaskiń, podziemi itd to kilka map, z zależnie od zapotrzebowania kilkoma ścieżkami otwartymi lub zamkniętymi.
Uproszczono rozwój postaci i walkę, co również nie jest fajne, poziom postaci i dialogów jest generalnie dużo niższy niż w DAO, ale tragedii w większości nie ma - z naciskiem na większość. Ogólnie gra była średnia.
Najlepszym Dragon Age'em był, jest i będzie Początek. Postacie są świetne, dialogi stoją na wysokim poziomie, walka jest taktyczna i fajnie zrobiona, fabuła też jest dobrze poprowadzona, rozwój postaci oferuje sporo możliwości. Zestarzeć się mogła najwyżej grafika, ale dalej ma bardzo ładny, przyjemny klimat.
W Początku na wzmiankę zasługuje to, jak zrobiono tło bohatera. Nie jesteś jakimś losowym człowieczkiem z cholera-wie-skąd, tylko zależnie od wybranego pochodzenia, zaczynasz w innej lokacji - część z nich potem odwiedzasz - i do świata wprowadza Cię trwająca godzinę-dwie misja. Cześć postaci w grze reaguje potem na Ciebie zupełnie inaczej. Bardzo fajny pomysł, szkoda, że nie zastosowany chyba nigdzie indziej.
Chyba największą zaletą Początku jest to, że fabuła jest generalnie samodzielna. Oznacza to, że kolejne gry można na luzie zignorować :)
Mr. JaQb
Też tak uważam, trochę mi hype opadł, jak przeczytałem, że nie będzie trzecioosobowych cutscenek.
Nie zgadzam się.
To Quinn wyciągnęła tę sprawę na Twittera i zainicjowała polowanie na czarownice.
Jeżeli rzeczywiście popełnił samobójstwo, jest odpowiedzialna za jego śmierć w stopniu większym niż twitterowy motłoch, który go atakował, gdyż bez niej w ogóle by do całej sytuacji nie doszło.
To, czy oskarżenia były prawdziwe, czy nie, nie ma znaczenia, bo Twitter nie jest ani policją, ani sędzią.
Ja naprawdę nie ogarniam tego narzekania na fpp z jednej strony, a gadania o imersji z drugiej.
Tpp by się w tej konkretnej grze ni cholery nie sprawdziło, dużo tu małych pomieszczeń i korytarzy, kamera by głupiała. Koniec moim zdaniem tematu.
Akurat decyzję o charakterze V uważam za dobrą.
"Puste karty" nie posiadają historii, maniery ani osobowości. Argumentuje się, że to po to, aby gracz mógł tę pustkę wypełnić sobą, ale dla mnie jedynie tworzyło to dyzonans, gdy wchodziłem w konwersację ze świetnie napisanym i zagranym NPC.
Kasację scen trzecioosobowych uważam za błąd. Znacznie wspomaga to "imersję", gdy widzi się, jak wytworzona przez gracza postać gestykuluje, i można się przyjrzeć mimice i detalom modelu.
kAjtji
Pograsz, w przyszłości :)
Adam11$13
Dlatego można mieć oba sprzęty
EDIT
w złym miejscu odpowiedź
JohnDoe666
Ten post jest tak absurdalny, że albo jest baitem, albo autor nie ma pojęcia, o czym pisze.
Tak jak z ceną jeszcze można na upartego polemizować, bo ludzie mają różne wymagania, tak gadanie o tym, że co kilka miesięcy upgrade, jest czystym absurdem. Nowe części wychodzą co rok-dwa i nie oferują takiego wzrostu mocy, żeby się natychmiast trzeba było ulepszać.
Nie ma moim zdaniem obiektywnej odpowiedzi na pytanie, co lepsze, wszystko zależy od człowieka.
Za konsolami przemawiają generalnie exy, cena, rynek wtórny, i znacznie mniejsze problemy z rozgrywką.
Za pecetami RPG/strategie/indie (spora część z tych gier nie wychodzi na konsole), mody, większa możliwość wyboru sterowania, przeceny i większa płynność rozgrywki.
Nic też nie stoi na przeszkodzie, żeby mieć konsolę i peceta.
Ogame_fan
https://www.wsj.com/amp/articles/sony-cracks-down-on-sexually-explicit-content-in-games-11555427944
Akurat nie uważam, żeby Sony odpowiadało za cokolwiek w RDR2, ale fakt jest faktem, że cenzurę ogłosili.
A skoro jesteś zdziwiony, jak to jest, że seks jest zły, a brutalność dobra, to chyba nigdy nie słyszałeś o amerykańskiej moralności :)
JohnDoe666
Ok, niech Ci będzie. To są gracze, a ja jestem sportowcem i historykiem. Przyjąłem.
A co do decydentów, powiedz mi, dlaczego cały czas ich przywołujesz? Oczywistym jest, że chcą sprzedać swój produkt jak największej grupie ludzi. Co wcale nie musi mi się podobać. I czemu daję wyraz, nie kupując sporej liczby mainstreamowych tytułów.
Nie uważam się za kogoś lepszego. Uważam natomiast - nie bez podstaw - że jestem lepiej obeznany w temacie gier od faceta, co w toalecie w pracy pogra przez dziesięć minut na telefonie, a jego następny kontakt z grami będzie, jak za tydzień odpali FIFĘ, bo koledzy wpadli. W mojej opinii człowiek taki nie jest graczem, zresztą, jak sam zauważyłeś, raczej sam się za takiego nie uważa.
Ciekawe, że użyłeś cytatu z mojego posta, gdzie stwierdzam, że nie chcę być porównywany do niedzielnych graczy, ale nie tego, gdzie nie chcę, by prawdziwi sportowcy byli zestawiani ze mną, amatorem, co sobie parę razy w tygodniu sztangą pomacha. Gdyż to afront byłby dla sportowców.
JohnDoe666
Jedno nie wyklucza drugiego. Można mieć dużą bazę odbiorców i równocześnie ta baza może nie być przez społeczeństwa jako całość uważana za poważną formę rozrywki.
Z Twojej logiki wynika, że ja jestem sportowcem, mimo, że ze sportem mam bardzo mało wspólnego. Bo chodzenie na siłownię to sport, więc jestem sportowcem. Nie dzielę Twojego podejścia, nie uważam się za sportowca i nie uważam, że powinienem być do worka z nimi wrzucany.
Jestem toksyczny, bo uważam, że gry komórkowe to nie gry, a ludzie, którzy w nie grają, to nie gracze. Zapomniałem dodać, że chodzę w kominiarce po ulicach, w kurtce z napisem "prawdziwi gracze" i tatuażem PCMR na czole i biję ludzi grających na telefonach... Serio, TO jest toksyczne? Bo wyrażam moją opinię na temat gier komórkowych?
Co do Sekiro:
https://www.pcgamer.com/i-am-never-going-to-finish-sekiro-shadows-die-twice/
JohnDoe666
Proszę, wskaż mi, gdzie w tej dyskusji użyłem słowa "nisza".
Obawiam się, że nie dojdziemy w kwestii nazewnictwa do porozumienia.
Ja uważam, że aby zostać określonym jako osoba angażująca się w hobby, należy w temacie trochę głębiej siedzieć, niż tylko liznąć temat, a pasja ma dużo do rzeczy.
Ty natomiast masz podejście, że każdy, kto czegokolwiek się dotknie, z automatu może zostać określony jako uczestnik hobby.
Dwie przeciwstawne opinie, których nie da się pogodzić.
I tak, mam problem z tym, że wrzuca się mnie do wora z osobą, z którą mam wspólnego tyle, co z Pudzianowskim. Nie dlatego, że jest kobietą - nie jest i nigdy nie była dla mnie problemem obecność kobiet w gamingu - ale mam problem z tym, że korporacje dalej będą gry upraszczać, zarzucając sieć coraz szerzej.
Mam też problem z dziennikarzami, którzy mówią mi, że jestem toksyczny, bo chcę, żeby powstawały gry, w których mogę się dobrze bawić, którzy żądają wręcz, żeby każda gra była dla każdego (przykład - narzekania na trudność Soulsów i Sekiro)
JohnDoe666
Nie chodzi o liczbę sprzedanych kopii czy urządzeń, ale o moment, w którym gry przestały być postrzegane jako rozrywka dla dzieci czy nerdów. Nie nazwałbym lat dziewięćdziesiątych tym okresem.
Co do udziału w pikniku motoryzacji, czy zachowałeś się, jak opisałem? Albo czy w prasie motoryzacyjnej ukazał się artykuł, że każdy kierowca to pasjonat motoryzacji, a ci, co uważają inaczej, to zakompleksieni chłopcy szukający sobie identyfikacji? Rozróżniajmy może między ludźmi, którzy swoją przygodę z hobby zaczynają, a tymi, którzy tylko je lizną. Inaczej zgodnie z Twoją logiką, ja jestem sportowcem, bo na siłowni ćwiczę. To, że w żadnych zawodach nie uczęszczam i nie mam pojęcia o bardziej skomplikowanych ćwiczeniach, i nie mam zamiaru w temat wchodzić nie ma przecież nic do rzeczy, bo na siłownię tuptam, prawda?
A co do tego, jak korporacje czy analitycy zowią ludzi, to żaden argument. W kampaniach reklamowych używa się najróżniejszych sloganów, a korpomowa to marketingowy bełkot, mający sprzedać produkt.
Co więcej, radził bym uważać na kształtujących branżę, bo oni patrzą coraz chciwiej na Chiny. A tam kasę się trzepia na mikropłatnościach na potęgę.
Bamboleusz
To po co awanturę prowokujesz?
JohnDoe666
Nie zgodzę się z Tobą. Gry stały się powszechną, akceptowalną rozrywką pod koniec poprzedniej dekady, a biorąc pod uwagę zamiłowanie mediów do winienia ich np za strzelaniny, dalej nie są w pełni częścią mainstreamu.
Analogię samochodową uważam, za niedokładną. Samochód to środek transportu, często ludzie muszą z niego korzystać. Nie jest to stricte hobby, ale ok, przyjmijmy, że jest. Jak zareagowaliby pasjonaci motoryzacji, gdyby na ich forum czy zjazd wbił sobie taki niedzielny kierowca, i zaczął się deklarować, jakim to on nie jest wojownikiem szos. Albo co by powiedzieli fani rapu, gdybym oznajmił, że znam się na rapie, bo lubię posłuchać Die Antwoord. Pewnie w wysoce niecenzuralny sposób pokazaliby mi drogę do drzwi. Dlaczego nie można zastosować tego samego podejścia do gier i "graczy", których wiedza o zaczyna się i kończy na Candy Crush czy Wiedźminie?
Nie chodzi tu o budowanie elitarnego klubu, bo takiego klubu nigdy nie było. Natomiast zalew gamingu przez niedzielnych graczy jest dla np wyżej podpisanego rzeczą irytującą. Dotyka to co prawda głównie dużych gier, obliczonych na jak największą bazę odbiorców w jak najbardziej przystępny sposób.
Podsumowując, ludzie mogą się bawić, w co chcą. Ale niech nie tytułują się pasjonatami, bo odrobinę liznęli temat.
Fascynujące, że to zawsze ludzie narzekający na "złych graczy", co "nie chco kobiet wpuszczać!111!!!" miotają obelgami i odsądzają innych od czci i wiary.
Stanowicie żywą odpowiedź na pytanie, czemu co poniektórzy gracze was nie chcą w swoim hobby.
I wcale mi się to nie podoba.
Wolałem, jak gry były rozrywką dla nerdów, a mainstream patrzył się dziwnie.
Swoją drogą: kojarzy ktoś, jak się skończyła sprawa (również chińskiego) plagiatu overwatcha?
O GG ciężko mi się wypowiedzieć, bo nie grzebałem wtedy w anglojęzycznym necie, a dzisiaj, zależnie od strony barykady, albo jest mówienie, że to była walka o etykę w dziennikarstwie growym, albo gadanie o seksistach wśród graczy.
Nie wiem, czy rzeczywiście GG walczyło o jakąkolwiek etykę, i ilu wśród nich było seksistów. Ale fakt pozostaje faktem, że dziennikarze growi już dawno przestali nimi być, zamieniając się w lewicowych, żeby nie powiedzieć lewackich, aktywistów, których bardziej od historii czy gameplayu interesuje, czy w grze są geje, czy można wybrać zaimki, i czy mniejszości etniczne są prawidłowo przedstawione.
Ale to gorszy sort graczy :)
/prezes mode
A tak na serio, ciężko mi nazwać takich ludzi graczami. Na ile jeszcze ci, co na konsolach czy pecetach grają, to jeszcze na upartego ujdą, tak gościa ze smartfonem, co pogra w autobusie, a z gier może nazwie Wiedźmina, już zdecydowanie nie
Na ile w swojej growej "karierze" zauważyłem, że większość graczy to faceci, to zaobserwowałem, że jeżeli kobiety przysiądą do kompów czy konsol, to zwykle przyciągają je gry z rozbudowanym modułem społecznościowym, zwłaszcza z co-opem. Kumpel wspomina, że w gildii w WoWie miał sporo dziewczyn, ja sam widziałem dużo w Warframe, w Left4Dead 2 też przyuważyłem ich trochę.
Sam nie za bardzo rozumiem ciągłe przepychanki o "female gamer". Na kilometr widać, że mniej kobiet niż mężczyzn interesuje się grami, ale to jest cecha życia, kobiety i mężczyźni mają różne zainteresowania, i na ile nie można zaszufladkować, że dziewczyny lubią X, chłopaki Y, to pewne trendy są. Zauważyłem na przykład, że kobiety częściej niż mężczyźni sięgają po kryminały.
Jeżeli kogoś nie interesują growe newsy, gra tylko na smartfonie w candy crush albo na kompie lub konsoli w najbardziej rozpoznawalne, popularne tytuły po dwie-trzy godziny w tygodniu (i to nie dlatego, że nie ma czasu, ale dlatego, że zwyczajnie nie jest to dla niego istotne hobby) i nie ogarnia mniejszych gier/serii/gatunków, to chyba ciężko go określić inaczej, niż casualem/normikiem/niedzielnym graczem?
To trochę tak, jakby ktoś deklarował, że jest prawdziwym fanem metalu, bo zna Nothing Else Matters, 40:1 i Uprising, wie, kto to Nergal, i słyszał o Iron Maiden.
Yoghurt
Niestety, mam wrażenie, że metoo nie doprowadziło do niczego dobrego. Efekt był taki, że pojawiło się sporo fałszywych oskarżeń, w konsekwencji zaufanie do zeznań ofiar spadło.
A może być jeszcze gorzej. Z tego, co pamiętam, sprawa przeciw Weinsteinowi nie ma się zbyt dobrze. Będzie to wyglądać fatalnie, jeśli człowiek, przez którego akcja się rozpoczęła, odejdzie wolny.
Decapitated, fanka oskarżyła ich o gwałt, materiał dowodowy okazał się tak słaby, że nie doszło nawet do procesu.
https://metalinjection.net/metal-crimes/all-rape-kidnapping-charges-against-decapitated-dropped
Andy Signore, twórca Honest Trailers. Oskarżony o gwałt, wyleciał z pracy.
https://www.youtube.com/watch?v=3wgOFa4A0UM
To tylko dwa przypadki, które mi przyszły do głowy.
I to nie jest obrona, cytując, zboczeńców i gwałcicieli, tylko jednej z najważniejszych zasad wolnego państwa, czyli niewinny, póki nie ma dowodów. No, chyba, że kolega DanuelX wolałby żyć w Trzeciej Rzeszy, Związku Radzieckim albo Korei Północnej.
http://giphygifs.s3.amazonaws.com/media/qWnxA0E2LmcMM/giphy.gif
Ja się uwziąłem, żeby zrobić 100% pytajników (no... 99%, bo Hjalmar)
Tak jak Velen, Novigrad i Toussaint było bardzo przyjemne, to po dziesięciu minutach na Skellige ściągnąłem moda na szybkość łodzi, a pod koniec miałem ochotę odinstalować grę
System rozwoju postaci i walka w DAI to akurat uproszczenie i tak uproszczonego systemu z DA2. Chyba, że w kolejnych patchach coś pozmieniali, bo grałem krótko po premierze (a wymęczyła mnie tak, że nie mam siły do niej wracać), ale gra nie miała na swoją obronę w zasadzie nic. "Otwarte światy" są tak otwarte, jak lokacje w większości korytarzowych - są co prawda większe, ale naćkane respawnującymi się mobami, bezwartościowymi znajdźkami i fetch-questami rodem z MMO.
Pamiętam, jak grałem w jedynkę. Miałem wtedy ze 13 lat i jak plot twist się pokazał, to wybrałem opcję "nie, to nie możliwe", bo sam tak myślałem :)
Chyba jedyny plot twist, który mną tak samo mocno wstrząsnął, był w Jade Empire.
Ehh, gdzie to stare BioWare :(
Ale takie są realia. Sam przyznajesz, że miażdżąca większość białych strzelców to wykluczeni ze społeczeństwa psychole. Ich skrzywienie polityczne nie ma wiele do rzeczy. Kontrola broni palnej też nie, tacy ludzie potrafią być diabelnie kreatywni w jej zdobywaniu. Problem strzelanin leży i leżał w amerykańskim społeczeństwie. Szwajcarzy na przykład są uzbrojeni po zęby, a strzelaniny to u nich rzadkość. Tak samo w Nowej Zelandii, przez ostatnie dwadzieścia lat mieli dokładnie jedną strzelaninę (Christchurch), przepisy posiadania broni pozostawały przez cały ten czas luźne.
I tak, miażdżąca ilość czarnych strzelców to są gangsterzy, tak samo latynoscy. W przypadku muzułmanów, praktycznie sami islamiści. W przypadku białych, głownie psychole (w sensie ludzie rzeczywiście z problemami) i garstka neo nazioli.
NRA ma siłę nie dlatego, że ma pieniądze - NRA ma siłę, bo jest jedną z największych organizacji w Stanach. Mają ponad trzy miliony członków. To, a nie pieniądze zbrojeniówki (która kasę trzepie na sprzedaży ciężkiego sprzętu dla wojska, a nie karabinkach dla Johnów Doe) decyduje o ich wpływie.
Co chcesz, żebym przyznał? Że Fox News to Fake News? Przyznaję. Tak jak chyba każda medialna stacja na świecie. Każda forsuje jakąś narrację i każda manipuluje. Sugerujesz na przykład, że propagandy Foxu nie da się porównać do lewicowych szmatławców typu Huffington Post, czy CNN reżyserującego protest muzułmanów przeciw terroryzmowi? Oczywiście, sami zainteresowani wszystkiemu zaprzeczają, ale jak mówi powiedzenie, jak złapią cię za rękę, krzycz, że nie twoja.
Co do Covington, ignorujesz to, że lewicowe media rozpętały polowanie na czarownice. To jest problemem. Nie to, że Indianiec atakował ich bębnem.
W Stanach wszystkie media są odpowiedzialne za wytworzenie obecnej sytuacji. Każdy forsuje swoją narrację i idzie po trupach do celu.
Co do transów i drag queens, ile netu muszę przekopać, ile przykładów muszę podać? Bo tego jest więcej. Znacznie więcej. No, ale zapomniałem, zawsze pojedyncze przypadki. Są bez znaczenia. I tu, w przeciwieństwie do homofobów, równi pochyłej jak widać nie ma.
Co do Szwecji, nie wspomniałem, bo kraj jest. Nie prorokowałem jego upadku.
Fake news? Gdzie?
Jak widać, gwiazdy nie mają nic przeciwko drag queens.
https://www.bbc.com/news/av/world-us-canada-47177250/the-drag-kid-who-has-madonna-and-rupaul-as-fans
Proszę bardzo. Najwyraźniej sądy australijskie nie mają nic przeciwko terapii hormonalnej dla ludzi poniżej 18 lat.
Co do Covington, linkować mogę w nieskończoność, wszystkie amerykańskie mainstreamowe media atakowały tych chłopaków, tworząc narrację, że straszni, nastoletni biali supremaci w czapkach MAGA otoczyli biednego, indiańskiego weterana. Okazało się, że sam do nich podszedł i tłukł w bębenek pod ich nosami, nikt nie krzyczał rasistowskich haseł, a on sam nigdy nie był w Wietnamie.
Co dalej, strzelec z Dayton był lewicowcem. Co oznacza, że raczej nie strzelał ku chwale człowieka pomarańczy.
https://heavy.com/news/2019/08/connor-betts-twitter-politics-social-media/
Też fajnie udało Ci się uniknąć odpowiedzi. Z 60 ataków nazioli nagle zrobiło się sześć, a większość strzelanin ogólnie jest, cytując "inspirowana politycznie, bo to polityka odpowiada za takie a nie inne przepisy dotyczące posiadania broni i ta sama polityka kastowości i mitu "amerykańskiego snu" doprowadza do jeszcze większej izolacji jednostek wykluczonych społecznie (to właśnie życiowe niepowodzenia uważa się za jedną z głównych przyczyn strzelanin)"
W odniesieniu do poprzedniego postu, fajno, że pamiętałeś o nożowniku z Gdańska, który Adamowicza zamordował w imię własnej vendetty, a zapomniałeś o strzelcu z biura poselskiego PiS, który nienawiść do tejże partii zadeklarował.
https://www.tvn24.pl/raporty/mord-polityczny-w-biurze-pis,311
Fajnie też, że zestawiasz rodzimych homofobów, których największą zbrodnią jest burda na paradzie równości, z muzułmańskimi terrorystami, którzy gejów brutalnie mordują.
https://www.thesun.co.uk/news/3203292/isis-gay-execution-throw-man-roof/
No ale cóż, wszystko, żeby dokopać przeciwnikom politycznym.
A źródło tych rewelacji to?
Bo tak się składa, że w Wielkiej Brytanii zakazali broni palnej 30 lat temu, a przestępczość im ostatnio rośnie
Naprawdę myślisz, że prawica rośnie w siłę przez pajaca Trumpa? Bo to nie jego kwestia, na siłę prawicy pracuje lewica, na przykład pomysłami takimi, jak operacja zmiany płci dla dzieci, dziecięce drag queens, czy też fake newsy odnośnie dzieciaków z Covington.
Poproszę artykuły "konsekwentnej amerykańskiej lewicy". Bo ja mogę Ci podlinkować artykuły, gdzie tłumaczą, dlaczego islamu nie wolno łączyć z Orlando.
Największe ataki w Ameryce ostatnich lat to Las Vegas (polityczne sympatie strzelca nieznane, 59 zabitych, 851 rannych) i Orlando (islamista, 50 osób zabitych, 53 ranne), natomiast wczorajszą strzelaninę w Dayton przeprowadził lewicowiec.
Poproszę o konkrety odnośnie ataków prawicowych (zakładam, że chodzi o masowe strzelaniny) od 1982. Za ile z tych 64 ataków przeprowadzonych przez białych winę ponosi psychoprawica, a nie ludzie chorzy psychicznie? 1? 10? 60?
Weź pan nie chrzań.
Polska ma jeden z najniższych wskaźników przestępczości w Unii, a jak gangsterzy chcą, to mogą zdobyć broń w każdej chwili. Nie wspominając, że można u nas bez trudu kupić broń czarnoprochową.
Mała korekta do artykułu:
Cloudflare zrywa współpracę z 8chanem, sama strona ma dalej funkcjonować

Tak robi amerykańska prawica.
Amerykańska lewica robi tak:
Te driady to raczej rodem z Brooklynu, niż z Brokilonu. No, ale skoro w książce nie napisali, to na pewno wewnątrz lasu był klimat rodem z głębokiego Kongo.
Jak rozumiem, to, że Triss nie ma niebieskich oczu, to ja sobie wymyśliłem? I Yennefer, którą w książce opisano jako kobietę o bladej twarzy, to też mi się wydaje?
Podkreślam, skoro to fikcyjny świat, to postacie mogą mieć wyrastające z ramion różowe kalosze. W końcu to fantasy, prawda? Tak samo Geralt w sercu Wyzimy, i to nie takiej sci-fi, ale średniowiecznej, może sobie jeździć motorem, słuchając na empetrójce rapu i błyskając pięknym, trójpaskowym dresem. W końcu to fantasy, prawda? A Yennefer może się odpicować w ciuszki rodem z koncertu death metalowego, za to Jaskier właśnie wyszedł z pokazu garniturów Vistuli. W końcu, to tylko fantasy. A, i zapomniałem wspomnieć, że wszyscy tam rodzą się z literami układającymi się w napis "To jest fantasy" na plecach. W końcu to tylko fantasy i nie ma w książce nic o tym, że tak nie było.
Prawda jest taka, że Twoja argumentacja sprowadza się do "to fikcja, więc można wszystko". Wizja Wiedźmina jako bliższego średniowiecznej Europie ma więcej "za" z tego prostego powodu, że ten świat na niej bazuje. To, że "są hobbity i smoki" w żaden sposób temu nie przeczy, zwłaszcza, że w istnienie wielu stworzeń z Wiedźminlandu mieszkańcy średniowiecznej Europy święcie wierzyli. Wielu ludziom przeszkadza, że światy z amerykańskiej fikcji mają populację o zróżnicowaniu etnicznym współczesnego Los Angeles. Fajnie, że Tobie nie, ale nie każdy ma tak jak Ty. Ja lubię trochę autentyzmu w świecie fikcyjnym i dlatego podoba mi się, że w Jade Empire wszyscy są żółci, a obecność jedynej białej jest uzasadniona. Klimat gry mocno by ucierpiał, gdyby Sky był biały a Zu czarny.
lifter
Bo musi być jakaś spójność świata.
Wiedźminland ma poziom technologii pi razy drzwi późnego średniowiecza. W tamtym okresie podróże na duże odległości były bardzo ograniczone, więc obecność ludzi innego koloru skóry jest wysoce nieprawdopodobna. Nie niemożliwa, bo zawsze mógł się trafić kupiec czy podróżnik, ale to byłyby jednostki, i na pewno nie osiedlaliby się tam na skalę, która umożliwiłaby im utworzenie mniejszości etnicznej.
Dodaj do tego Wiedźminlandowy rasizm, który wyłuszczył Ci BrzydkiBrzydal i masz odpowiedź, czemu obecność czarnych jest bez sensu. Nie wspominając, że Yennefer czy Triss wyglądają zupełnie inaczej, niż w opisach książkowych. Uczepili się wszyscy tego tłumaczenia, a brzmią, jakby nawet książki nie dotknęli.
Są uniwersa, gdzie obecność ludzi różnych barw jest fabularnie uzasadniona - na przykład Pillars of Eternity, gdzie dwie duże nacje, jedna biała, jedna czarna, założyły kolonie w obszarze, w którym rozgrywa się akcja, a na północ od niego jest jeszcze nacja mieszana, żółto-biała. Ale w typowym, średniowiecznym fantasy takiego uzasadnienia brak, więc wypadałoby, żeby trzymało się realiów. I tyczy się to każdego uniwersum, nieważne, czy bazuje na Egipcie, Persji, Anglii, Chinach czy Aztekach. I tak, wkurza mnie zmienianie niebiałych postaci na białe.
Tak odnośnie Jaskra, to jest dublet:
http://s2.gambeson.pl/pf/5173/doublet.jpg
A to gajerek:
https://vistula.pl/product_picture/fit_in_1800x2400/d4504dbe322b9e74f3cec2c614377561.jpg
Ale w sumie przekonałeś mnie, chrzanić wszystko, Geralt będzie jeździł na motorze, który pieszczotliwie nazwie Płotką. W końcu, co za różnica, przecież to tylko fantasy!
https://66.media.tumblr.com/9e30a150e536bd7f6301b0adb119de72/tumblr_o2c1ufUo2M1qagmfjo2_r1_1280.jpg
Skoro to tylko fantasy, czemu nie dać Geraltowi dresu, Yennefer glanów na koturnach, a Jaskrowi garnituru?
Jak sam napisałeś, klimat buduje wiele czynników. W przypadku fantasy, o ile autor nie zdecydował inaczej (przykład: Brandon Sanderson i jego światy), domyślnie mamy do czynienia z pseudo średniowieczną Europą, zwykle pseudo Anglią. W przypadku Wiedźmina, mamy pseudo Europę północną i centralną. Obecność tam Murzynów pasuje jak pięść do nosa i ma tyle sensu, co tworzenie filmu z gatunku Wuxia, gdzie jedna piąta postaci nie jest żółta.
Bardzo polecam, kapitalne RPG
EDIT: Daty nie zauważyłem
OK, zwracam honor, ale nie wyskakuj z miejsca do ludzi z rasizmem. Po pierwsze nie każdy gra w papierowe RPGi, a po drugie drowy to zwykle elfy z czarną skórą, a nie Murzyni, których Amerykanie uwielbiają wpychać do filmów/gier/książek, czy ma to sens, czy nie
Depth polecam, świetna gra, ale trzeba sporo czasu poświęcić, żeby się dobrze nauczyć grać
A moim zdaniem Skyrim (nie grałem w żadną inna grę zrobioną przez Bethesdę) jest w najlepszym razie przeciętny bez modów. Polecam pogrzebać trochę w Skyrim Nexus
"Egranizacja" opowiadania Sapkowskiego "Coś się kończy, coś się zaczyna"?
Ja to tylko tu zostawię...
https://www.youtube.com/watch?v=3adatEVSL9M
https://www.youtube.com/watch?v=fOCD_T9Qqpc
Akurat Nosgoth był bardzo fajną grą, która upadła przez mamwyjebanizm developerów i wydawcy. Niepołatane bugi, kilka problemów z balansem, niemal zerowy kontakt z graczami, brak marketingu... Gra nie opuściła nawet early access.
O samym Dead Sun myślałem, że gra byłaby OK... Dopóki nie zagrałem w Soul Reaver. Nie, nie stałem się hardcorowym fanem, ale Dead Sun to zdecydowanie nie byłaby godna kontynuacja
Sama Rosja ma blisko cztery razy więcej ludności niż Polska, do tego trzeba doliczyć byłe republiki radzieckie. Myślę, że wyjdzie koło 200 mln ludzi mówiących po rosyjsku bądź dobrze go rozumiejących. Tak samo jest z hiszpańskim- w tym języku mówi kilkaset milionów ludzi.
W sprawie samej polonizacji zgadzam się Agrelmem. Co innego Banner Saga 2, co innego Battleborn
Moja ulubiona scena z homo w Wiedźminie to śmierć Detmolda. Taki to ze mnie homofob
Jakoś nie mogę zrozumieć tej fascynacji Imperium. Rozkładające się, totalitarne i tkwiące w technologicznej stagnacji. Eldarzy czy Tau są moim zdaniem o wiele bardziej interesujący
Moim zdaniem po Mass Effect 2 BioWare wypuszcza coraz słabsze gry. A na temat...
DA:O było świetne. Nie jestem szczególnym fanem klasycznych RPG, ale system walki mi się podobał. Świat, fabuła i postacie były fajnie zrobione i bardzo przyjemnie się przechodziło.
Są tylko dwie rzeczy, do których mogę się przyczepić. Pierwsza to nieco zbyt niewielki wpływ wybranego tła postaci na grę. Moim zdaniem mogło być więcej zmian w dialogach i zadaniach. Nie żeby było z tym źle, ale mogło być lepiej.
Druga to "cichy protagonista". Wielu ludziom pomaga to w identyfikowaniu się z bohaterem, ale ja wolę w pełni dubbingowane postacie.
DA2 było bardzo nierówne. Z jednej strony podobało mi się zmniejszenie skali- nie ratujemy świata, tylko jesteśmy uciekinierem z Ferelden i staramy się dbać (albo i nie) o rodzinę i przyjaciół. Z drugiej strony, jak napisałeś, fabuła była zbyt rozciągnięta w czasie i zwyczajnie zaczynała nudzić i brak było antagonisty.
Drażniło mnie też podejście do romansów. Przynajmniej w tej części, odpowiednio prowadząc dialog, można było całkowicie uniknąć jakichkolwiek rozmów o tym. Nie wiem co prawda, jak z Isabellą i Merrill, ale z Fenrisem i Andersem się dało.
No właśnie, Anders... Anders, co oni ci zrobili? Moim zdaniem Andersa zamordował zły bliźniak, który od tamtego czasu podszywa się pod niego.
Fajne było również kształtowanie osobowości Hawke'a, ale mogło być lepiej zrobione.
Podpadły mi też zmiany w wyglądzie elfów. Niemal każdy elf wygląda, jakby urwał się z jakiegoś anime. Przynajmniej na plus (moim zdaniem) można zaliczyć "nowych" Qunari.
Recycling lokacji i system walki pominę dyskretnym milczeniem.
W sprawie DA:I generalnie zgadzam się z recenzją, jaką napisałeś, więc nie będę się szczególne rozpisywał.
Szczękę z podłogi zbierałem po dwóch dialogach. Po raz pierwszy, gdy Leliana mówi o swojej przeszłości i przyjaźni z poprzednią Divine (ni diabła nie przypomnę sobie polskiego tłumaczenia), gdzie można ją zapytać, czy z nią spała. Drugi- gdy romansując z Josephine (Józefina Montilyet... kto to tłumaczył?) jako mężczyzna(!) można ją zapytać, czy spała z Lelianą.
Nie podobało mi najbardziej, że niemal kompletnie zlekceważono historie postaci. Zadziwia mnie, ze liderem Inkwizycji mógł ot, tak sobie zostać Qunari czy wolny elf. Ten ostatni powinien się bronić rękami i nogami. Tak jak w DA:O było dobrze, choć mogło być lepiej, tu było źle.
Mimo generalnego rozwodnienia fabuły nie zaprzeczę, że było parę fajnych momentów. Zwłaszcza etap w przyszłości, mimo, że cała gra była cukierkowa jak cholera był odpowiednio mroczny i ponury. Chyba z pięć razy zmieniałem drużynę, żeby zobaczyć, jak zareagują. Mimo powrotu do teraźniejszości ich śmierć była bolesna
Mam tylko nadzieję, że będzie więcej ras niż te trzy. I fajnie, że znowu jakaś gra, gdzie marines nie są jedyną frakcją. Mam dosyć "For the Emperor", chcę "For Kaela Mensha Khaine" czy "For the Greater Good"
Ja Youtuberów nie znoszę. Zdarza mi się włączyć jakiś let's play żeby zobaczyć, jak wygląda gameplay, jak przejść dany etap lub zobaczyć alternatywne wydarzenia, ale słuchać, jak jakiś palant drze paszczę i cholernie denerwującym głosem pieprzy bez sensu... Nigdy tego nie zrozumiem. Przyznaję, oglądałem parę filmików PewDiePie'a, ale szybko mnie znudziły
Zabawne jest to, że "słowiańskość" przypadkowo albo naumyślnie stworzono w pierwszym Wiedźminie. Bo Sapkowski, pomijając garść nawiązań i nabijania się z zabobonów ma negatywne podejście do "fantastyki słowiańskiej". Gdzie słowiańskość w Oxenfurcie, Novigradzie, Toussaint, Kovirze?
Gdzie w książkach jest ten "słowiański klimat"? Wszyscy się nim podniecają a ja szukam odpowiedzi na pytanie, gdzie on jest
Nosgoth był świetny, ale to musiało tak skończyć. Zamiast naprawić beznadziejny matchmaking, połatać bugi i polepszyć stabilność rozdawano 10000$ miesięcznie. I łatka LoK nie ma tu nic do rzeczy, z nią czy bez niej efekt byłby taki sam
Owszem, w filmie bohaterowie zawsze są niezniszczalni. Chodzi mi o to, że szturmowcy wcale nie są niekompetentni. Nigdy w filmie nie mieli problemów z pokonaniem Rebeliantów- pomijając momenty, w których mieli utrzymać cel przy życiu, czyli Gwiazda Śmierci i Bespin.
W Nowej Nadziei poza atakiem na Gwiazdę Śmierci Luke cały czas dostaje w łeb. Ludzie Pustyni, kolesie w kantynie, stwór w zsypie na śmieci... Jeżeli w tym filmie ktoś jest damą w opałach to on, nie Leia.
Ewoki to nieporozumienie. Idiotyczny, poroniony pomysł.
Co do tonf- Gwiezdne Wojny mają swoją popisową broń- miecze świetlne. Pojedynek na nie to najbardziej oczekiwana scena w każdym filmie. A tu zamiast tego są jakieś kijki. I to do tego przeciwko blasterom
Tak odnośnie "niekompetencji szturmowców" polecam się zapoznać:
https://www.reddit.com/comments/gwtio/regarding_the_accuracy_of_stormtroopers/
Jakoś ten zwiastun do mnie nie przemawia. Brzmi to tak, jakby ta dziewczynę zgarnęli z przysłowiowej ulicy. I te tonfy... Gdzie w oryginalnej trylogii były tonfy ja się pytam?
Chciałbym wierzyć, że im się uda. Ale po DAI nie mam nadziei, że BioWare zrobi jakąkolwiek dobrą grę
Bez kitu, ten film to jedna, wielka kopia poprzednich części. Tak jak uważam, że zły nie jest, to arcydziełem też nie. Na dobrą sprawę to Gwiezdne Wojny do kwadratu.
spoiler start
Nowy Imperator jest jeszcze mroczniejszy i brzydszy niż stary, nowy Vader(Kylo) jest jeszcze gorszym zdrajcą, nowa Gwiazda Śmierci jest jeszcze straszliwsza, humor jest jeszcze słabszy niż Mroczne Widmo, a pompatyczności jest więcej niż w całej sadze razem wziętej.
Swoją drogą nie zdziwię się, jeśli Han przeżyje. Ale jak tylko zobaczyłem w scenie miecz świetlny to wiedziałem, że albo się popłaczą i przytulą, albo Han dostanie.
A to, że Rey aka Luke W Spódnicy straci rękę jest niemal gwarantowane
spoiler stop
Uwielbiam to uniwersum, ale MMO nienawidzę. Mam nadzieję, że zrobią akcję z otwartym światem i dobrą fabułą
Jeśli się nie mylę absurdalne przepisy dotyczące obrony koniecznej to dziecko PRL-u, żeby obywatel bał się bronić, jeśli przyjdą do niego "nieznani sprawcy"
Nigdy nie zrozumiem, jak można było tak spieprzyć serię Dragon Age. Origins było znakomite, Awakening jeszcze lepsze, a potem tylko w dół
Według mnie rankingi powinny być robione z dopiskiem "kolejność przypadkowa". Byłoby trochę mniej narzekania typu "X na pierwszym miejscu, Y na ostatnim".
Ja mam gigantyczny sentyment do Zeusa i Faraona, chyba pierwsze gry, w jakie grałem samodzielnie. Z kolei (chyba) moją ulubioną grą z tamtego okresu- chociaż pierwszy raz grałem w nią około 2007 roku- jest Age of Wonders. Moim zdaniem żadna gra ani wtedy, ani dzisiaj nie zdołała tak dobrze oddać klimatu epickiego fantasy
Wiedźmin jedynka... Pamiętam jak grałem po raz pierwszy, miałem wtedy starego kompa z zepsutą kartą dźwiękową :) Dopiero kilka miesięcy później zagrałem z dźwiękiem :) Chyba muszę odświeżyć wspomnienia.
W trójkę niestety nie grałem, komputer za słaby, a pieniędzy na modernizację nie mam, ale dwójka bardziej mi się podobała. Po pierwsze z systemów walki wolę system akcji niż RPGowy, po drugie bardziej przypadł mi do gustu klimat. Do tego z miejsca zakochałem się projektach ubrań, zbroi i broni.
Ogólnie z nieścisłości zawsze irytowały mnie rude włosy Triss, jej dekolt, brak blizn po starciu ze strzygą na szyi Geralta, krótka broda Zoltana i sposób, w jaki przedstawiono wampiry wyższe. Po pierwsze było ich za dużo, po drugie tylko Bruxy pasowały do opisów z książki.
Dam cukierka osobie, która mi wyjaśni, jak można narzekać na system walki w skradance
Ja w podstawówce młóciłem z kumplami w Starcrafta :)
Jak tak teraz o tym myślę- skąd na kompach w szkołach wzięły się gry? Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem
Szkoda, że w zestawieniu nie ma soundtracków Age of Wonders I i III i Overlorda II. Age of Wonders I to jeden z moich ulubionych
Święta prawda. Za każdym razem jak odpalam Steama wyskakuje mi na stronie głównej kilka indie. Żeby to chociaż kosztowało ze 3 euro to może by człowiek kupił.
Smutna prawda. Szansa na to, że HL3, o ile kiedykolwiek wyjdzie, sprosta oczekiwaniom duża nie jest.
Ja tam dubbing ME uwielbiam, ogólnie jeden z moich ulubionych. A bluzgi po prostu pasują do Wrexa.
Nosgoth zaczął się jako multiplayer do LoK: Dead Sun. Grę anulowali, bo stwierdzili, że jest za słaba, ale multi przerodziło się w samodzielną grę
Ja się boję, że to będzie nowa Inkwizycja- krótka fabuła, pusty świat i miliard słabych i nudnych zadań pobocznych
@lynx44
A może po prostu odkryli przekaźnik prowadzący do Andromedy?
A ja się pytam- dlaczego cały czas Dziki Gon jest porównywany do GTAV, a nie Dragon Age: Inquisition?
Łącze się w bólu, ScovyT. Ja też poniżej minimalnych. Radeon HD 5700 i 4GB RAMu
Gra mi się podobała, ale ma trochę wad- niektóre sceny akcji skutecznie psują klimat, a zakończenie- przynajmniej moim zdaniem- jest bezbarwne.
spoiler start
Uścisk dłoni Earle'a i Petersena odbieram jako znak, że cała walka Cole'a z korupcją i jego śmierć poszły na marne.
spoiler stop
A nie mogą zrobić porządnego fabularnego z Isabelą? Jest tyle fajnych postaci z poprzednich części- Sigrun, Oghren, Merrill, Aveline, Finn, Nathaniel, Velanna- o których nie było w ogóle wzmianki albo tylko coś tam mruknięto.
@Mitsukai
Tym, że żeby zagrać w grę w wersji Steam musisz ją podpiąć do konta. CDPR tego nie wymaga.
@AL DU IN
Niby masz rację, ale dla większości graczy DRM to Denuvo czy konieczność podpięcia gry pod Steam/Uplay/Origin, a nie jednorazowe zabezpieczenie przed piratami. Nie instalujesz żadnego dodatkowego oprogramowania, nie masz obowiązku podpięcia gry pod GOG, jedyne, co robisz, to pobranie pliku, bardzo możliwe, że .exe gry. Dotyczy to tylko i wyłącznie pierwszej pudełkowej partii, każda kolejna będzie tego pozbawiona.
To nie jest DRM. Może jeszcze sami mają W3 na torrenty wrzucić, żeby pokazać, jacy są przyjaźni graczom?
Ja nie twierdzę, że rynek wtórny jest nielegalny, nie twierdzę też, że każda EULA jest zgodna z prawem. Z punktu widzenia firm to oczywiście zło wcielone, bo uderza w ich zarobki. A po co istnieją korporacje, jeśli nie po to, by zarabiać?
Zabawa z subskrypcjami polega na tym, że my kupujemy prawo do użytkowania gry. Wszelkie prawa do niej zostają w rękach wydawcy. Dowolna EULA, której 99% ludzi nie czyta, mówi, że nie możemy kopiować, wypożyczać ani sprzedawać nabytej gry, bo poskutkuje to zerwaniem umowy i tym samym będziemy grać nielegalnie. Jedyna różnica w dystrybucji cyfrowej polega na tym, że mają większą kontrolę nad tym, co z nią robimy.
Cóż... wygląda na to, że żadna następna gra od Bethesdy nie zagości na moim komputerze.
Super, zapowiada się Mass Effect: Inquisition. Pewnie znowu krótki wątek główny i nudne zadania poboczne typu idź, zabij, wróć. Do tego pewnie okraszone typową dla BW politpoprawnością. Nie zdziwię się, jeśli tym razem główny bohater będzie transseksualistą.
Jakoś nie jestem przekonany... Znając EA dostaniemy do tego 10 DLC za jakąś kosmiczną cenę. Szkoda, że singla przycięli, fajnie by było, jakby zrobili długą kampanię.
A sam trailer świetny, czuć klimat starych Gwiezdnych Wojen, ale do jednego się muszę przyczepić- na Endorze brakowało miejsca dla AT-AT, nie bez powodu nie było ich w filmie.
Zgadzam się, ja co prawda odpuściłem sobie polską wersję jakiś dzień po premierze, ale mrozlingowie i tygrysanie brzmią słabo... Jakby nie było starych, dobrych szroniaków i tigran.
Swoją drogą, co sądzicie o wymieszaniu się szroniaków z lodowymi wiedźmami? Jak dla mnie ci starzy byli dużo lepsi, ze swoim wyglądem przypominającym mieszankę niziołka i goblina. Ci nowi, czyli mieszanka Białej Czarownicy, Gry o Tron i sadomaso w ogóle mi nie podchodzą.
Co nie zmienia faktu, że dodatek jest świetny
UWAGA, OGŁASZAM PRZERWĘ TECHNICZNĄ!
Dziękuję Państwu za uwagę. Popcorn i colę rozdaję! Bierzcie, bo szybko schodzi!
Czekam z niecierpliwością :) Deus Ex: Human Revolution to jedna z najlepszych gier, w jakie grałem, z wielką przyjemnością znów wskoczę w buty Jensena :)
Ja to się nie mogę oprzeć wrażeniu, że Square Enix się w tyłkach poprzewracało po premierze Deus Ex: Human Revolution. Gra się znakomicie sprzedała i od tego czasu po każdej następnej spodziewają się nie wiadomo czego. I Hitman: Absolution i Tomb Raider sprzedały się w milionach, ale i tak oznajmili, że za mało. Anulowali Legacy of Kain: Dead Sun twierdząc, że za słabo by się sprzedał. Znając życie znowu liczyli na >5 milionów, w rzeczywistości by były pewnie 3-4, więc stwierdzili, że się nie opłaca.
Kąsolowcy lepiej od wydawców gier wiedzą, co się opłaca, a co nie. Powinni zostać doradcami w EA czy Ubisofcie
@Cyniczny Rewolwerowiec
Mam parę starych gier, normalnie opyliłbym je za 1/4 ceny, ale skoro lubisz przepłacać... co powiesz na 3/4?
Nie powiem, żeby ceny gier mi się podobały, ale średnio mi się chce wierzyć, że wydawcom opłacałoby się sprzedawanie ich w Polsce za 60 zł w dniu premiery.
Zgadzam się, że przelicznik to nie 4,2-1, ale jedyne, o co mi chodziło, to fakt, że nie płacimy u siebie "europejskich" cen.
@Cyniczny Rewolwerowiec
130zł<50 euro
@S.c.R.
Nie wrzucam. Zauważ, że kupując wersję pudełkową ze steamowym kluczem płacisz mniej, ale ma on zwykle(jeśli nie zawsze) ograniczenie regionalne. Po prostu większość deweloperów/wydawców nie daje polskiej ceny gry również na Steamie dla naszego regionu. Chyba jedyne z nią, jakie widziałem, to Dishonored i Fallout: New Vegas, a i tu nie jestem pewien.
@Strider
Ograniczenia regionalne są po to, żeby ludzie z biedniejszych krajów(Polska, Rosja, żeby daleko nie szukać) nie płacili po cenach europejskich, ale własnych. Dlatego gry na Steam kupione w sklepie są sporo tańsze. Nas po prostu nie stać, żeby płacić 50 euro za grę, jak na przykład Niemca czy Francuza. To, że Valve robi wszystko, żeby zwrotów nie było, to inna rzecz. Powinni wprowadzić możliwość oddania gry bez podania przyczyny w ciągu 24h od zakupu. Tak czy inaczej w końcu to do nich wróci i ugryzie w tyłek- Origin daje możliwość zwrotu gier od EA, GOG daje gwarancję, że albo gra zadziała albo zwrócą pieniądze.
@wysiak
Napisał człowiek używający konsol, najbardziej DRM-owych platform świata...
Wychodzi na to, że WrednySierściuch ma rację: "Klikając „Kup”, zgadzasz się na to, aby Valve umożliwiło ci natychmiastowy dostęp do dóbr zakupionych drogą cyfrową z pominięciem 14-dniowego okresu wycofania z transakcji. Tym samym zrzekasz się swojego prawa do odstąpienia od tego zakupu."
Bardzo dobrze, że Valve coś takiego dodaje. Może pozachęca to ludzi do odpalenia gry po zakupie zamiast trzymania jej niezainstalowanej w nieskończoność ;) a developerów do robienia długich, dobrych gier.
Co prawda drugiego zapisu jak napisał lordpilot nie da się wyegzekwować, ale to i tak krok w dobrym kierunku. Gry AAA zbierają wysokie noty, bo wydawcy dają w łapę i tylko gry mniejszych studiów są ocenianie obiektywnie.
@wysiak
Jakbyś poczytał, to byś zauważył, że Planescape: Torment czy Baldur's Gate też jest zachwalane.
Moim zdaniem PEGI złe nie jest. Co prawda niektóre gry mają złe oceny(na przykład ni cholery nie wiem, dlaczego Skyrim jest 18+, osobiście dałbym góra 16+), ale są gorsze na przykład ESRB i kategorie M(17+) i AO(18+). Serio, taka wielka jest różnica między ludźmi w wieku lat siedemnastu i osiemnastu? Jest też ten dziwny niemiecki, gdzie brutalność jest całkowicie tępiona(na przykład Left4Dead 2) i australijski, gdzie do niedawna w ogóle nie było 18+, a teraz bardzo niechętnie ją przyznają.
Ogólnie uważam, że to rodzice powinni kontrolować, w co dzieci grają i co robią w internecie. Tworzenie przepisów nie da nic poza rozrostem całkowicie niepotrzebnej biurokracji. Jeżeli już, to sprzedawca mógłby mieć prawo odmówić sprzedaży gry osobie poniżej sugerowanego wieku, ale nie mogłyby go spotkać żadne konsekwencje, gdyby tak nie zrobił.
W końcu ogłoszono nowe rozszerzenie!
http://ageofwonders.com/eternal-lords-expansion-announced-coming-to-windows-mac-and-linux/
Przez pół roku od premiery Shadow of Mordor sprzedał "tylko" 900k kopii... PC tak nie dochodowy...
Akurat przewaga F2P nie dziwi, większość ludzi instaluje je tylko po to, żeby po godzinie odinstalować.
Mam ją i z tego, co pograłem jest dobra, ale za mało grałem, żeby coś więcej powiedzieć.
Moim zdaniem pierwsze dwie części są świetne, a trójka i czwórka są słabe. Nie obraziłbym się, gdyby zmienili wydarzenia.
Myślę, że wiele osób źle patrzy na dwójkę. Owszem, obcy padają licznie, ale z drugiej strony znakomicie wyszkoleni komandosi, wyposażeni w najlepszą broń i technologie nie mają szans w walce z zabójcami doskonałymi.
...wojna trwa!
Muszę znowu prosić o popcorn, bo już w żadnym sklepie w okolicy nie ma.
spoiler start
Ludzie, wiecie jacy jesteście śmieszni? Z jednej strony zbiorowy orgazm konsolowego fanboystwa , że blaszaki dalej poczekają, z drugiej ból dupy pecetowego. Chociaż poziom merytoryczny pecetowego już dawno sięgnął dna, "kąsolowcy" ze swoim pieprzeniem, że nikogo pecety nie obchodzą, są jeszcze gorsi. Gdyby tak było ŻADNA gra AAA nie wyszłaby na PC. Tak, zgadza się, podstawowymi platformami R* są konsole, to poza wszelką dyskusją, ale skoro robią port na PC powinni przestać robić cyrki i go wydać. Osobiście mnie GTA obchodzi tyle, co zeszłoroczny śnieg, ale firmy nie powinny tak traktować klientów
spoiler stop
djbacu a końca seansu nie widać...
edit:@Lisek Chytrusek :D O, dzięki, może wystarczy :)
I znowu płacze, że opóźnione. R* celuje w konsole, tak ciężko to zrozumieć? Wersja na PC wyjdzie wtedy, gry uznają to za stosowne, czyli według mnie wtedy, gdy zyski z konsol spadną do odpowiedniego poziomu.
Jak na F2P Nosgoth na prawdę jest bardzo dobrej jakości. Niestety, od czasu do czasu wpada się na oszustów i matchmaking często szwankuje, ale w końcu to beta(TM). Tylko trzeba sporo grać, żeby nie robić błędów, bo to gra drużynowa i jedna słaba osoba może uniemożliwić zwycięstwo całemu zespołowi.
Po Prometeuszu nie wiem, czy chcę, żeby powstawały następne filmy w tym uniwersum, ale z chęcią zobaczę, co Blomkamp stworzy. Mam nadzieję, że połączy klimat pierwszej i drugiej części.
@Zdzichsiu
Dzięki za korektę.
Odnośnie Skyrima- pomijając Hearthfire wszystkie dodatki są naprawdę solidne i przyjemnie się w nie grało. Chociaż Hearthfire też ma swoje zalety.
@berial6
Bo człowiek w ogóle nie czytający książek to człowiek marnujący swój intelekt.
Milka, Hopkins:
spoiler start
Pamiętajcie o Melisandre. Nie zdziwię się, jeżeli wskrzesi Jona. Moja druga teoria jest taka, że Jon obudzi się w ciele swojego wilkora, trzecia- że porzucą go na pół martwego w lesie za Murem.
spoiler stop
@TobiAlex
Z góry zaznaczam, że mogę się mylić i poprawcie mnie, jeśli tak jest, ale wydaje mi się, że następne epizody są darmowe
@berial6
Nie mam nic do ludzi, którym się książkowa seria nie podobała. Co kto lubi. Ja nie zniosłem zachwalanej wszędzie Diuny, ale film mi się podobał.
@Cyniczny Rewolwerowiec
Mam dużą nadzieję, że masz na myśli tylko Pieśń Lodu i Ognia. Bo ogólnie książki powinien czytać każdy i nawet nie próbuj mi wmawiać, że jest inaczej.
A teraz wyzywam cię- znajdź mi miejsce, gdzie zaspoilerowałem cokolwiek z którejkolwiek części Pieśni Lodu i Ognia.
Wkurzające dla mnie jest po prostu ciągłe gadanie "nie spoilerujcie". Nie zamierzam tego robić, ale ciężko się tego słucha, gdy mówiący nawet tej książki w ręce nie miał.
Ludzie, przeczytajcie w końcu książki. One nie gryzą, mimo, że 2/3 Polaków zdają się tak myśleć.
Drażni mnie ten płacz w internecie, żeby nie spoilerować, i płacze aktorów, że czytelnicy są wredni. Owszem, są, ale dlatego, że Martin, trzepiąc kasę z serialu, wygląda, jakby całkiem zaniedbał pisanie ostatnich dwóch części. Gdyby nie czytelnicy dzisiaj by tyle nie zarabiał, a o Kicie Harringtonie czy Maisie Williams mało kto by słyszał.
Ja nie mam nic przeciwko DLC, nawet tym czysto kosmetycznym, dopóki cena jest rozsądna. Weźmy takie Crusader Kings II- DLC do tej gry to kpina. Gra kosztuje 40 euro, a wszystkie dodatki- i duże rozszerzenia, i małe, kosmetyczne śmieci- kosztują razem prawie 200. Ja rozumiem, że tworzenie gry nie jest ani proste, ani tanie, ale to jest ewidentne przegięcie pały.
@7oxiney
Powiedz mi, że żartujesz. Zakończeń jest 16, bo chodzi o kombinacje. Typu- kogo wsparłeś we Flotsam.
Wiedźmin 2: Zabójcy Królów
Dragon Age: Origins
Star Wars: Knights of the Old Republic
Vampire: The Masquerade- Bloodlines
Planescape: Torment
Ale sierpy i młoty pokazywać można. 50 lat radzieckiej propagandy dalej przynosi efekty.
W takim razie nie pobierzesz, musiałbyś mieć AoW3 na Steam kupione. Ale powiedz mi, jak to możliwe, że nie wiesz, co to jest Steam?
Mapy są w Steam Workshop. Nie wiem, czy ludzie wrzucają mapy również na inne strony.
Kiedy ci spamerzy się nauczą, że linki nie działają dla nowych użytkowników...
Czyli generalnie gra by uszła, ale jest zbugowana jak cholera i beznadziejnie zoptymalizowana. W takim razie po łatkach może być nawet fajna.
Gra trzyma w napięciu i wciąga, ale"wybory" to jakiś bardzo kiepski żart. Nie ważne, co zrobimy, bo twórcy mieli taką, a nie inną wizje wydarzeń, osoba, którą wybierzemy i tak zginie- jak nie tu to za dwa epizody- więc równie dobrze mogli sobie to darować i zrobić liniową grę.
Mrocznej rasy nie będzie, ale będziesz mógł być mhoczny :) jako nekromanta. Do tego w dodatku dojdą trzy specjalizacje, które wzmocnią przywódców zależnie od ich usposobienia.
Akurat 2014 dla gier strategicznych zły nie był, z gier o których wiem oprócz AoW3 wyszło Civilization: Beyond Earth i Endless Legend. W BE nie grałem, ale Endless Legend jest bardzo przyjemne.
Co prawda wątpię, żebyś kupił rozszerzenie, skoro średnio lubisz podstawkę, ale obecnie tworzony dodatek doda nekromantę jako klasę. To, co na jego temat ujawnili fajnie wygląda. Wracają też szroniaki, ale niestety strasznie je pozmieniali, i to nie na lepsze. Mam wrażenia, że się za dużo Gry o Tron naoglądali.
Mi tam osobiście flagi nie przeszkadzają.
Brak złej rasy jest powiązany ze zmianami w systemie dobra i zła. Ma to plusy i ma minusy. Ujawnili w jednym z dzienników developerskich, że pracują nad zmianami w systemie relacji między rasami. Nie dam sobie głowy odciąć, ale też chyba będą zmiany na linii dobro-zło. Z tego, co pamiętam, zmiany te będą częścią darmowego patcha.
Jeśli chcesz wiedzieć, co się stało z Meandorem i dlaczego nie ma mrocznych elfów(leśnych tez nie swoją drogą) poczytaj ten artykuł, który zalinkowałem.
Z kolei odnośnie modów- ja żadnych do poprzednich części nie instalowałem, jedynka jest świetna bez nich, a dwójka ogólnie mi średnio podeszła. Ludzie na forum cały czas pytają o narzędzia do modowania. Pewnie w końcu je wypuszczą, pytanie tylko kiedy.
Wszyscy, którzy twierdzą, że gry PC się nie sprzedają, powinni wykonać parę prostych działań. Gdyby zysk między PS4 a X1 i X360 a PS3 rozłożył się po równo, to PC zarobiłby najwięcej ze wszystkich platform. Ponieważ na pewno tak nie było, PC najpewniej jest na drugim miejscu, wyprzedzony przez jedną konsolę nowej generacji, może na trzecim, chociaż nie wydaje mi się, żeby któraś z konsol poprzedniej generacji zgarnęła 3/4 ze swojej puli.
@FanBoyFrytek
Gdzie napisałem, że nie widzę różnicy? Do dzisiaj gram w poprzednie części, chodziło mi o duże różnice w rozgrywce.
System przywódców to połączenie obu poprzednich części.
Grafika? Wiadomo, najlepszą ma pierwsza część, według mnie najpiękniejszą i najbardziej klimatyczną, jaką widziałem, ale w AoW3 Triumph też dał radę. Pola bitew są wspaniałe, zwłaszcza podziemne oblężenia. Ale zgadzam się, animacje często kuleją, a wielu jednostkom przydałoby się małe przemodelowanie.
Cieszy mnie też, że muzykę skomponował Michiel van den Bos, zwłaszcza nowe wersje utworów z pierwszej części są fajne.
Z kampanią zgadzam się, fabuła jest dość słabo widoczna i mogłaby być lepsza, ale jest. Polecam Ci natomiast poczytać to:
http://ageofwonders.com/lore-galore-age-of-wonders-world-timeline/
jeśli już tego nie widziałeś. Do tego fabuła nowego rozszerzenia może być ciekawa, bo
spoiler start
Melenis powraca
spoiler stop
Co do interfejsu, to co kto lubi. W nowych strategiach często ciężko go ogarnąć, miałem ten problem na przykład w Endless Space.
Jednostek w oddziałach jest więcej, bo chcieli, żeby bitwy wyglądały jak bitwy, a nie starcia zwiadowców. Mam co do tego mieszane uczucia, bo to trochę komiczne, jak bohater trzema ciosami niszczy ośmioosobowy oddział. Z drugiej strony fajnie to wygląda, gdy smok rozrzuca piechotę na wszystkie strony.
O co Ci chodziło z flagami i zmianą wyglądu jednostek? Bo nie przypominam sobie takiej możliwości.
Dodam, że powinieneś znowu odpalić grę. Łatki bardzo ją zmieniły, mocno przebalansowano klasy i jednostki i poprawiono AI
@nomik7
Grasz solo, że tak często giniesz? WF jest skupiony na kooperacji, członkowie drużyny mogą cię ożywić zanim się wykrwawisz. Ja ani razu nie kupiłem revive'ów, a gram ponad pół roku.